niedziela, 9 lipca 2017

Pęknięcia - Rozdział 16

Minęło sporo czasu, a ja nie mam nic na swoje wytłumaczenie. Po prostu siadałam, otwierałam Worda i pisałam tylko kilka zdań, bo nie mogłam się przemóc, żeby coś z siebie wykrzesać. A poza tym opowiadanie trochę wymknęło mi się spod kontroli, musiałam zmienić wszystkie swoje plany z nim związane i pewnie dla niektórych ta historia może być już nudna... Dobra, dość, bo już bredzę.
Dziękuję wszystkim za komentarze, bo naprawdę każdy jest dla mnie bardzo ważny i mi pomaga, nawet jeśli nie widać tego w postaci jakichś wyraźnych rezultatów. Dlatego mam nadzieję, że pod tym rozdziałem pojawi się ich jeszcze więcej (nawet tych krytycznych), bo jak na razie zostawia po sobie ślad tylko nieliczna grupka, a wydaje mi się, że czyta te moje wypociny trochę więcej osób (przynajmniej tak mi pokazują statystyki :P).
Przedłużyłam już wystarczająco, więc zapraszam na rozdział.
Pozdrawiam! :D
____________________________________________________________________

Pozostały trzy dni do wyjazdu, gdy Blake ze zdumieniem odkrył, że zaczął się gapić. A było to w najmniej oczekiwanym momencie i uderzyło w niego z taką mocą, że musiał wyjść, aby zapalić.
Wszystko zaczęło się od tego, że Jacques, dzień po tym, jak zjedli kolację w pobliskim miasteczku (jeszcze długo będą mu się śniły te panierowane, bycze jądra), zaproponował, iż upiecze ciasto. Najwyraźniej obrał sobie za cel wprowadzanie go w stan ciągłego zdumienia, bo nie potrafił inaczej zareagować na tę propozycję. W końcu pamiętał, jak chłopak zarzekał się, że nie jest kurą domową i nie zamierza robić nic, co mogłoby go uszczęśliwić. Najwyraźniej w ciągu tygodnia wszystko uległo zmianie i Blake nie do końca był w stanie to wszystko ogarnąć.
Wylądował w kuchni na krześle, które przyniósł sobie z „salonu”. Nawet nie wiedział, dlaczego to zrobił, bo w międzyczasie mógł zająć się czytaniem drugiej książki, którą ze sobą zabrał. Jakoś wcześniej nie znalazł na to czasu. Mimo to postanowił przyglądać się Jacquesowi, który przemilczał jego obecność w pomieszczeniu, z wprawą zabierając się za przygotowywanie ciasta.
 Rozmawiali o wszystkim – szkole, planach szatyna, wydawnictwie i sprzedaży książek… Znów można było wyczuć tę nić porozumienia pomiędzy nimi, a Blake po raz kolejny nie mógł wyjść ze zdziwienia, że wcześniej nie zauważył, jak inteligentny jest ten chłopak. I jak miły potrafi być, kiedy tylko chce. Rozmowy z nim sprawiały mu prawdziwą przyjemność i ich wcześniejsze kłótnie, których przez ostatnie miesiące było naprawdę wiele, wydały mu się absurdalne. Wystarczył tydzień, żeby zrozumieli, że tak naprawdę mają wiele wspólnych tematów i są w stanie się dogadać. Może faktycznie pomysł Katherine miał sens?
I wtedy stało się TO. Jacq uwinął się ze wszystkim naprawdę bardzo szybko i kiedy pochylił się, żeby otworzyć piekarnik, a następnie wstawić ciasto, jego spodenki obsunęły się, ukazując kawałek opalonej skóry, a Blake po prostu się zagapił. Spojrzał na jego wydatny, choć niewielki tyłek i przemknęło mu przez myśl, że to pociągający widok. I dopiero ta myśl otrzeźwiła go na tyle, by odwrócił wzrok, zanim syn jego narzeczonej zamknął piekarnik i ustawił odpowiednią funkcję.
- Idę zapalić. – Poderwał się z krzesła nieco zbyt nerwowo, by nie zwrócić na siebie uwagi Jacquesa, ale ten tylko kiwnął głową i zabrał się do sprzątania, najwyraźniej niezbyt zainteresowany jego dziwnym zachowaniem. Szybko przeszedł przez pokój, który w założeniu miał być odpowiednikiem salonu, wszedł do swojej sypialni i zgarnął paczkę papierosów z szafki nocnej. Następnie opuścił domek i usiadł na werandzie, bezmyślnie wgapiając się w szczyty gór.
Nie powinien był się na niego gapić. Nie miał do tego prawa. Jacques był zaledwie osiemnastolatkiem. I był synem jego narzeczonej. Blake zupełnie nie rozumiał, co mu strzeliło do głowy. To było absurdalne.
Zaciągnął się mocno dymem, próbując się uspokoić. Czasem zdarzało mu się zerknąć na czyjś tyłek, ale nigdy nie myślał przy tym o czymś szczególnym. Potrafił po prostu docenić ładne pośladki. Problem zaczynał się wtedy, gdy te pośladki były męskie. Czasem czuł się przez to winny, czasem nie (choć zwykle tak). Ale ocenianie tyłka Jacqa było po prostu niewłaściwe na tylu płaszczyznach, że jego wzrok nawet na chwilę nie powinien tam wylądować. A nawet jeśli już tak się stało, to nie powinien rozważać atrakcyjności tego widoku. Bo to mogło skończyć się źle. Był tego pewien.
Coś się działo. Wyczuwał to dziwne napięcie pomiędzy nimi, widział to czasem we wzroku chłopaka… Nie rozumiał tego, ale wątpił, by ta specyficzna atmosfera, która tworzyła się, gdy czasem na siebie patrzyli, zniknęła wraz z ich powrotem do Chicago. Nie potrafił tego nazwać, ale to, co wydarzyło się przed chwilą, nie pomagało. Musiał wziąć się w garść. I wypalić jeszcze jedną fajkę.

***

Ciasto było obłędne. Jabłkowe nadzienie było słodkie, lekko cynamonowe i rozpływało się w ustach. Już sam jego zapach sprawiał, że ślinka ciekła mu z ust, ale gdy w końcu ugryzł kawałek…
Pomruk, który wydobył się z jego gardła, był zbyt niski, żeby zostać uznanym za przyzwoity. Oczywiście nie zwrócił uwagi na dźwięki, jakie z siebie wydawał (dopóki tej uwagi nie zwrócił mu nastolatek), zbyt skupiony na jedzeniu, więc nie zauważył też spojrzeń, które rzucał mu Jacques.
- Powinieneś zacząć piec w domu.
- Powinienem?
Blake zupełnie zignorował sceptyczny głos chłopaka.
- Zdecydowanie. Nie powtarzaj tego swojej matce, dzieciaku, ale nigdy nie jadłem lepszego ciasta.
- To samo mówiłeś o moim gotowaniu. Zaczynam się zastanawiać, czy powinienem ci wierzyć…
Czy mu się wydawało, czy Jacques Bright wyglądał, jakby się zawstydził? Było coś wyjątkowo ujmującego w jego zmieszanym wzroku i palcach, które wykręcał w nerwowym geście.
- To chyba musi o czymś świadczyć, nie? – Wskazał na swój pusty talerzyk. Nie pozostał na nim żaden większy okruszek.
Szatyn wywrócił oczami, prychając, ale uwadze mężczyzny nie umknął delikatny uśmiech, który na chwilę wykrzywił jego wargi.
- Jak wrócę do tego, co robiłem w kuchni, zanim postanowiłeś się do nas wprowadzić… - Urwał na chwilę, najwyraźniej po raz kolejny mając ochotę przypomnieć mu o tym, że nie był mile widzianym gościem w ich rodzinnym domu, choć tym razem wydawało się to brunetowi wymuszone. – To po dwóch miesiącach zrobisz się tłusty i mama cię rzuci. – Nagle pstryknął palcami, jakby go oświeciło. – Cholera! Czemu ja wcześniej na to nie wpadłem?
- Nie jesteś zabawny – Blake stwierdził bezbarwnym głosem, samemu do końca nie wiedząc, czy Jacq w tym momencie żartował, czy może faktycznie nadal przeszkadzała mu jego obecność. – A poza tym przytycie wcale mi nie grozi. Widziałeś te mięśnie?
To był kolejny raz, gdy Blake popełnił błąd przy Jacquesie i w przypływie zupełnego braku myślenia uniósł koszulkę, pokazując mu swój brzuch, jakby ten wcześniej go nie widział, co było niemożliwe przy takich upałach, jakie panowały w tej części kraju. Tak naprawdę zaczął nosić koszulki dopiero po incydencie, o którym obaj nie zamierzali wspominać, więc ten pokaz nie miał sensu, o czym brunet zupełnie w tamtym momencie nie myślał. Dopiero gdy nie usłyszał żadnej odpowiedzi i podniósł wzrok, patrząc na chłopaka, dostrzegł jasne oczy wpatrzone w jego odkryty brzuch i było w tym spojrzeniu coś tak bardzo złego, że szybko opuścił koszulkę i odchrząknął.
- Pójdę po jeszcze kawałek… - wymamrotał, czując się tak, jakby temperatura jego ciała nagle wzrosła o kilka stopni.
Przeszedł pospiesznie do kuchni, a gdy stanął w takim miejscu, że Jacques nie mógł dostrzec go z kanapy, oparł się rękoma o blat i pochylił, myśląc gorączkowo. Przecież mogło mu się tylko wydawać; mógł sobie coś uroić. Wszystko było w porządku. Nic się nie działo. Absolutnie nic.

***

Przesuwał palcami po tych imponujących mięśniach, co rusz zahaczając o pasek ciemnych włosków, który ciągnął się od pępka aż po skraj bielizny. Przytknął wargi do tej gorącej, opalonej skóry, czując ekscytację na samą myśl, że ma możliwość znajdowania się na kolanach przed tym mężczyzną i zaraz będzie mógł ściągnąć z niego ten ostatni skrawek materiału, a następnie dotknąć jego grubego kutasa…
- Och. – Głośne sapnięcie wyrwało się spomiędzy jego warg, gdy chaotycznie poruszał dłonią po swoim penisie, czując, że jest już blisko.
Nie mógł uciec od wizji, która pojawiła się w jego głowie. I nawet już nie próbował. Po prostu poddał się temu, wyobrażając sobie, jak Blake łapie go za włosy i agresywnie przyciąga do siebie, niemal zmuszając go do wzięcia jego członka w usta. Jego penisa widział tylko raz i było to zaledwie krótkie zerknięcie, ale mógł dać ponieść się fantazjom, wyobrażając sobie kępkę czarnych, poskręcanych włosków, w które mógłby wsunąć nos w każdej chwili. Mógł wyobrazić sobie cokolwiek zechciał, masturbując się pod prysznicem, gdzie miał pewność, że obiekt jego fantazji nie usłyszy ani jednego zduszonego jęku i sapnięcia.
Jego umysł był jak czysta karta. Poza fantazjami o tych pełnych wargach, silnych dłoniach i grubym członku, w jego głowie znajdowała się pustka. Nie myślał o tym, jak złe było to, czemu się poddawał. Nie myślał o swojej mamie, która nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby dowiedziała się, jakie wizje tworzą się w głowie jej ukochanego syna. Nie myślał też o tym, że po wszystkim znów poczuję tę cholerną gorycz i wściekłość na samego siebie. Podczas tego jednego, krótkiego prysznica mógł choć na chwilę przestać myśleć i poddać się swojemu pragnieniu.
A gdy już doszedł, brudząc swoją dłoń i ścianę prysznica spermą, która i tak została zaraz zmyta przez wodę, odetchnął drżąco i usiadł w brodziku, ukrywając twarz w dłoniach. Był stracony.

***

- Stęskniłam się za wami, kochanie.
- Mamo… - jęknął. – Wiesz, że już niedługo będziemy z powrotem w domu. Jeszcze tylko trzy dni.
- Wiem i już nie mogę się doczekać. Te dwa tygodnie okazały się dla mnie trudniejsze, niż myślałam. Ale cieszę się, że przynajmniej ten wyjazd na coś się przydał. Pogodziliście się!
Jacques niemal fizycznie poczuł się winny po jej słowach. Pogodzili się… Łatwiej by było, gdyby tylko na tym się skończyło. Ale oni się zakumplowali – wciąż ich rozmowy były pełne złośliwości, ale była to złośliwość podszyta żartem. I co najdziwniejsze, rozumieli się. A on wiedział o mężczyźnie rzeczy, o których nie miała pojęcia nawet jego matka. To sprawiało, że ich relacja robiła się intymniejsza, a on trochę za bardzo się w to zaangażował. Może nawet nie tylko trochę…
- Żeby się pogodzić, to najpierw musielibyśmy się pokłócić… - mruknął, tak naprawdę tylko po to, żeby coś powiedzieć. Czuł się zmieszany i było mu wstyd przez to, co jeszcze wczorajszego wieczora wyczyniał pod prysznicem. Jak miał rozmawiać ze swoją rodzicielką, mając świadomość, że fantazjuje o jej narzeczonym?
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. – Westchnęła. – Wasze kłótnie sprawiały mi przykrość.
- Wiem, przepraszam.
Nie było to jedyne, za co powinien ją przeprosić.
- Ale teraz już wszystko będzie w porządku – ciągnęła, jakby zupełnie nie zwróciła uwagi na jego słowa. – Po rozstaniu z twoim ojcem ciężko było mi znaleźć mężczyznę, któremu potrafiłabym zaufać, ale Blake jest inny.
Jacques przeklął w myślach, orientując się, że to jeden z tych szczerych momentów, gdy jego matka potrzebuje po prostu powiedzieć mu o wszystkich swoich wątpliwościach i nadziejach. W całym jego życiu było kilka takich momentów i za każdym razem było to dla niego równie krępujące, ale rozumiał, że był jej jedyną rodziną i potrzebowała go. Ale w obecnej sytuacji… Jak miał słuchać o jej nadziejach związanych z Blakem i o jej wielkiej miłości, gdy kilkadziesiąt godzin wcześniej masturbował się, myśląc o tym samym mężczyźnie? Nie mógł tak.
- Wierzę, że stworzymy prawdziwą rodzinę; że będzie dla ciebie dobrym ojcem…
- Mamo, muszę kończyć – przerwał jej, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że było to niegrzeczne. – Piekę kurczaka i muszę go wyciągnąć, a wiesz, że Blake nie ruszy się do tego, dopóki nie poczuje spalenizny…
- Oczywiście, skarbie. – Jeśli poczuła się urażona zachowaniem swojego syna, to nie dała tego po sobie poznać. – Zadzwonię jutro. Kocham cię.
- Też cię kocham. Pa.
Spojrzał na telefon i odrzucił go z westchnieniem. Następnie przeniósł wzrok na rysunek, którym był zajęty, dopóki Katherine nie zadzwoniła. Zajmował się nim przez kilka dni i efekt był zadowalający, choć Jacques nadal uważał, że nie należy do dobrych portrecistów. Udało mu się jednak oddać wyraziste rysy twarzy, roztrzepane włosy i psotny błysk w oku, który sugerował, że portretowana postać jest znacznie młodsza niż w rzeczywistości. Tylko kolor tęczówki nie był tak intensywny, jak czasem widział, gdy patrzył mężczyźnie w oczy. Po prostu nie potrafił oddać węglem tego hipnotyzującego odcienia, który za każdym razem robił na nim tak duże wrażenie…
Odwrócił wzrok. Nie sądził, by zachowanie tego portretu było rozsądne. Już teraz czuł, że jest mało stabilny i nie może ufać swoim emocjom, a trzymanie tego rysunku w pokoju wydawało mu się… dziwne. Pozwalałoby mu gapić się na niego do woli i pogłębiać to dziwne uczucie, które zaczęło w nim kiełkować. Nie chciał i bał się tego, ale zarazem szkoda mu było wyrzucić ten portret. W końcu pracował nad nim kilka dni i uważał go za jeden z lepszych, jakie udało mu się stworzyć. 
Wstał z łóżka i po zastanowieniu wziął kartkę w dłonie. Raz jeszcze spojrzał na przystojną twarz, która ostatnio nawiedzała go w snach, nim opuścił pokój. W końcu jak zły mógł być ten pomysł?

***

A jednak coś się działo. Zostały dwa dni do ich wyjazdu, gdy Jacques zapukał do drzwi jego sypialni i bez zaproszenia wszedł do środka. Blake był właśnie w trakcie przeglądania swojej poczty elektronicznej i nie zdążył nawet zareagować na to pukanie.
- Słyszałeś, jak mówię, że możesz wejść? – Uniósł brew, choć nie wydawał się zły. Obecność chłopaka przestała mu przeszkadzać już dawno temu, ale przecież nie mógł pozostawić tego wtargnięcia bez żadnego komentarza.
- Tak.
 Na tę bezczelną odpowiedź mężczyzna mógł tylko wywrócić oczami. Jacq naprawdę bywał nieznośnym bachorem.
- Chciałeś coś?
- Chciałbym ci coś pokazać.
W końcu spojrzał na niego z zainteresowaniem. Nastolatek wciąż stał bliżej drzwi niż jego łóżka, z dłońmi ukrytymi za plecami. Po raz kolejny sprawiał wrażenie zestresowanego i jakby niezdecydowanego. Wyglądał trochę tak, jakby sam nie wiedział, co robi w tym miejscu.
- No to pokaż – powiedział w końcu, widząc, że Jacq tylko stoi i wgapia się w drewnianą podłogę, jakby było w niej coś interesującego.
- Ostatnio chciałeś się dowiedzieć, nad czym pracuję… Nadal chcesz?
Gdzie się podział ten pewny siebie Jacq? Blake naprawdę nie mógł się nadziwić, jak bardzo nastolatek wydawał się zdenerwowany. A przecież był świadomy swojego talentu i ogromnych umiejętności, więc o co chodziło? Wydawało mu się niemożliwe, żeby to on tak go stresował. Był ostatnią osobą, której zdaniem przejąłby się chłopak.
- Oczywiście, że chcę.
I wtedy Jacques podał mu rysunek, a on po prostu się zagapił. Patrzył na swoją twarz, oddaną z wyjątkowym pietyzmem, i był w szoku. Jeszcze nigdy nikt go nie narysował. A to nie był zwykły rysunek, tylko mini dzieło. Cholera, może miał zbyt duże ego, ale podobał się sam sobie!
- To jest…
- Ta, nie jestem najlepszym portrecistą.
- Żartujesz sobie?! – Uniósł głowę tak szybko, że aż coś mu strzeliło w karku. – To jest niesamowite!
- Pewnie dlatego, że to ty, co? – Jacques najwyraźniej wrócił do bycia sarkastycznym, pewnym siebie dupkiem, bo wywrócił przy tym oczami, po raz kolejny śmiejąc się z niego.
- Dlatego, że masz talent – powiedział szczerze, tym razem darując sobie sarkazm. W końcu wiedział o tym już od jakiegoś czasu i teraz był pewien, że Katherine wcale nie przesadzała, chwaląc swojego syna.
Poklepał miejsce obok siebie na łóżku.
- Siadaj.
- Możesz go zachować, jeśli chcesz. – Jacques zajął wskazane przez niego miejsce, ponownie wyglądając jak osoba, która nie wie, dlaczego znajduje się właśnie w tym miejscu. I znów wydawał się zawstydzony, co było dla niego czymś niepojętym.
- Dzięki – mruknął, bo nie wiedział, co jeszcze może powiedzieć. Ponownie zapatrzył się na swoją twarz, która widniała na kartce. Wyglądał tutaj na bardzo pewnego siebie, co wskazywało na to, że właśnie tak postrzegał go Jacq. Cieszyło go to.
- Ostatnio nie szło mi najlepiej. Nie mogłem skończyć żadnego obrazu… - Blake spojrzał z zainteresowaniem na nastolatka. Ten coś już o tym wspominał podczas ich pijackiego wieczoru. – A ten rysunek… Nagle miałem pomysł i postanowiłem go zrealizować, choć rzadko zabieram się za portrety. Chyba pomógł mi ponownie się otworzyć.
To wyznanie chyba zawstydziło ich obu. W końcu sztuka dla Jacquesa była czymś całkowicie intymnym, o czym świadczyła jego pracownia, która zwykle była zamknięta na klucz, a skoro to właśnie jego portret stał się inspiracją dla chłopaka… Co to właściwie znaczyło? Patrząc na cały ich wyjazd, zachowanie nastolatka, ten incydent w kuchni… Nie, wolał się nad tym nie zastanawiać.
Odchrząknął i w tej samej chwili Jacq podniósł się gwałtownie, trącając udem jego kolano. Obaj na chwilę zamarli, wpatrując się w siebie, i Blake po raz kolejny doszedł do wniosku, że tęczówki szatyna miały niezwykły kolor.
- P-pójdę zrobić kurczaka. – Jacques jako pierwszy wziął się w garść i otrząsnął z tego dziwnego zawieszenia, w które obaj popadli. Odwrócił się i niemal wybiegł z jego sypialni, zanim zdążył mu w ogóle odpowiedzieć.
Już dawno nie był tak zmieszany i niepewny tego, co przed chwilą się wydarzyło. Spojrzał raz jeszcze na portret wykonany przez chłopaka i westchnął. Został przedstawiony jako przystojny, pewny siebie mężczyzna z zalotnym błyskiem w oku. Czy właśnie tak go widział syn Katherine? Kiedy obaj stracili kontrolę nad tą relacją? Nic z tego nie rozumiał.

***

Większość ostatniego dnia ich pobytu spędzili nad jeziorem, bo Blake stwierdził, że potrzebuje kontaktu z naturą, co Jacques oczywiście wyśmiał, przypominając mu jego słowa z dnia ich przyjazdu do tego miejsca. Mimo to poszedł z mężczyzną i nawet skusił się na wejście do wody, choć jego zaufanie do bruneta oscylowało bliżej zera niż jakiejkolwiek innej liczby na skali od zera do dziesięciu. Ten jednak szanował jego upór przed wejściem na głębszą wodę (choć Jacq odnosił wrażenie, że po prostu się z niego śmiał) i w rezultacie spędzili kilka naprawdę przyjemnych godzin na plaży. Tym razem jednak żaden z nich nie poprosił o pomoc w smarowaniu się olejkiem, bo chyba obaj doszli do wniosku, że może się to skończyć dla nich w różnoraki sposób.
Po powrocie do domku wylądowali na kanapie w dużym pokoju, z tym samym piwem, które znajdowało się w lodówce od czasu, gdy Blake je kupił, a oni nie zdążyli wszystkiego wypić przez incydent w kuchni. I choć Jacques miał przez to nieprzyjemne deja vu, usiadł obok mężczyzny i powoli sączył alkohol. Tym razem zamierzał kontrolować jego spożycie, żeby przypadkiem nie posunąć się za daleko w swoich czynach, albo… nie powiedzieć czegoś głupiego. W końcu mężczyzna nie mógł się dowiedzieć, że szatyn notorycznie myślał o nim, gdy się masturbował.
- Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? – zapytał, gdy cisza, która zapadła na chwilę pomiędzy nimi, zaczęła się przedłużać. – Wpadłeś na mnie w drzwiach. Pomyślałem wtedy, że wyglądasz jak żebrak.
- Ach. – Blake uśmiechnął się szeroko, jakby to wspomnienie wyjątkowo go rozbawiło. – Najpierw zupełnie nie zwróciłem na ciebie uwagi… - Jacques prychnął z urazą, dając znać mężczyźnie, co o tym sądzi, przez co uśmiech bruneta tylko się poszerzył. – A później zobaczyłem cię obok Kath… Miałeś na sobie ten okropny, pedalski sweter. Wiesz, jak trudno było mi powstrzymać się przed jakimś komentarzem?
- Domyślam się – odpowiedział cierpko, bo usłyszał wystarczająco dużo „komentarzy” mężczyzny, by zapałać do niego prawdziwą niechęcią. Choć i tak było to lepsze od tego, co czuł teraz. – Zresztą, później się już nie krygowałeś, prawda?
- Ty też nie należałeś do najmilszych ludzi, jakich poznałem.
- Raczej nie mogłem, skoro od razu zostałem skatalogowany jako „pedał”.
- Co jest prawdą.
Jacques wzruszył ramionami, biorąc spory łyk piwa, zanim odpowiedział. Może znów zarzuciłby Blake’owi hipokryzję, gdyby już wcześniej nie dostrzegł, że ten ma spory problem z samym sobą.
- Jest. Ale to nie znaczy, że z tego powodu można mnie obrażać.
- W porządku. – Mężczyzna kiwnął głową, wyglądając na niemal skruszonego. – Nie powinien się tak zachowywać. Ale ty też od razu mnie wrzuciłeś do jakiejś kategorii – uznałeś mnie za żebraka przez moje ciuchy!
- Taa… - Uśmiechnął się kątem ust, obrzucając go uważnym wzrokiem. I próbował sobie wmówić, że wcale nie zauważył przy tym, jak dobrze Blake wygląda (znowu). – To się nie zmieniło.
Brunet parsknął śmiechem, wyglądając na szczerze rozbawionego.
- Jesteś nieznośnym bachorem, wiesz? Jak cię poznałem, to nie mogłem uwierzyć, że jesteś synem Katherine. – Westchnął. – Ale chyba teraz już mogę.
- Moja matka też jest nieznośnym bachorem? – Uniósł brew. – Poczekaj, niech tylko jej to powiem. Na pewno szybko wylądujesz w ogrodzie.
- Jacques… - Blake starał się wyglądać groźnie, ale chłopak mógł dostrzec ten uśmiech czający się w kącikach ust. – Uznajmy, że zyskujesz po bliższym poznaniu. – Prychnął. – I dlaczego, do cholery, w ogrodzie?
Szatyn wzruszył ramionami, bo sam też się kiedyś nad tym zastanawiał.
- Nie wiem. Ale ojciec kiedyś spał w namiocie, gdy się pokłócili.
Śmiech mężczyzny był głośny, szczery i wywoływał uśmiech na twarzy chłopaka, który znów się zapatrzył, nie mogąc oderwać wzroku. Faktycznie na ich pierwszym spotkaniu stwierdził, że facet jego matki wygląda żałośnie i niedbale, jakimś cudem całkowicie nie zwróciwszy uwagi na jego przystojną twarz, dobrze zbudowane ciało i bardzo ładne, kobaltowe oczy. I przez jego charakter, o którym jeszcze do niedawna wypowiadał się jak najgorzej, jeszcze przez długi czas nie zwracał na to uwagi. A teraz czuł się tak, jakby ktoś zdjął mu klapki z oczu i… bolało go to. Chyba wolałby pozostać ślepy.
- Ty też – mruknął, a widząc niezrozumienie na twarzy Blake’a, dodał: - Również zyskujesz po bliższym poznaniu. Trochę.

***

- Zabrałeś wszystko?
- Tak.
- Spakowałeś do samochodu?
- Tak.
- Jesteś pewien, że nie zostawiłeś niczego pod łóżkiem? I wyrzuciłeś śmieci?
Jacques omal nie warknął. Stali już na werandzie i zamykali domek na klucz, który mieli zwrócić właścicielowi, ale Blake nagle postanowił zadać mu milion pytań na sekundę.
- Tak! Nie jestem tobą, do cholery! – burknął w końcu, bo miał dość. Od rana był rozdrażniony, nie chcąc przyznać się przed samym sobą, że żałował, iż muszą już wracać. Bał się spotkania z matką i czuł, że porozumienie jego i mężczyzny po powrocie do Chicago może łatwo się rozpaść, a… nie chciał tego.
- Po prostu się upewniam… - Brunet wzruszył ramionami i chłopak dostrzegł, że ten też nieco się ociąga, jakby nie chciał już wracać. Była to miła myśl, która wywołała nieznaczny uśmiech na jego twarzy.
Ramię w ramię przeszli przez tę niewielką część podwórka, która dzieliła ich od samochodu, a następnie równocześnie spojrzeli na mały, niepozorny domek, w którym wydarzyło się zaskakująco dużo w ciągu tych dwóch tygodni. Była to bardzo emocjonalna wycieczka dla nich obu i z pewnością szybko o niej nie zapomną.
- Jedziemy? – Blake uśmiechnął się do niego, marszcząc przy tym nieznacznie nos, na którym miał czarne okulary przeciwsłoneczne. Znów wyglądał dobrze.
Jacques kiwnął głową, przyglądając się mężczyźnie, gdy ten zajmował miejsce kierowcy. Miał wrażenie, jakby coś ciężkiego opadło mu na dno żołądka w chwili, gdy wyjechali na piaszczystą drogę i ruszyli w kierunku miasteczka, żeby jeszcze spotkać się z właścicielem wynajmowanego przez nich domku.

Ten wyjazd miał sprawić, że się pogodzą, przez co Katherine nie będzie musiała się zamartwiać po każdej ich kłótni. I to się udało. Ale gdy Jacques wbił wzrok w krajobraz, który widział przez boczną szybę, mógł myśleć tylko o tym, że zawiódł swoją matkę. Ta oczekiwała po nim, że zaprzyjaźni się z jej narzeczonym. I pewnie nawet przez chwilę nie pomyślała, że zamiast tego, jej syn może się w nim zakochać. Ale czy miał na to jakikolwiek wpływ? I jak miało teraz wyglądać ich wspólne życie we trójkę przez najbliższy rok? Na te pytania, jak i na wiele innych związanych z Blakem, nie znał odpowiedzi.

7 komentarzy:

  1. Witam no to sie porobiło ciekawe teraz czy Blake zerwie czy może Katherine zginie w jakimś wypadku no zobaczymy co wymyślisz
    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Doskonale Cię rozumiem, co do braku chęci do pisania. Sama piszę moje pierwsze opowiadanie i idzie mi to tak opornie, że postanowiłam je opublikować dopiero po napisaniu połowy. Nie wiem,jakie masz sposoby na łapanie weny, ale polecam słuchanie muzyki (choć to tak banalne że na pewno dawno próbowałaś) albo spacer w jakimś mocno zaludnionym miejscu. To drugie bardzo mi pomaga. Obserwacja ludzi, ich wyglądu i zachowań to coś co naprawdę mocno inspiruje. Tylko lepiej mieć ciemne okulary, kiedy się na kogoś uporczywie gapisz :')
    Rozdział moim zdaniem jest świetny, bo wywołuje emocje, a o to przecież chodzi. Czytając go czułam napięcie i zażenowanie razem z bohaterami. Trudno mi wyobrazić sobie, co bym zrobiła na ich miejscu. Strasznie żal mi mamy Jacquesa, ale z drugiej strony... Cóż. I don't care! I ship it... nanana xd
    Trzymam kciuki za Twoje chęci do pisania, bo ostatnio coraz więcej świetnych blogów się zawiesza, a niektórzy po prostu przestają wstawiać rozdziały. A chyba nic w internecie nie boli tak bardzo jak zawieszenie świetnego opowiadania, kiedy aŁtoreczki zaśmiecają sieć w przewrotnym tempie.
    Serio, mało jest tak dobrych opowiadań w tej ;) tematyce. Zwłaszcza jeśli lubi się relacje nastolatka z kimś trochę starszym (o gustach i fetyszach się nie dyskutuje xd) a wattpad i blogi są usiane od uczniowskich romansów.
    Cóż, kończę, bo mi tu wyjdzie samo narzekanie :') Taki dzień :*
    xoxo
    Rebeliousbat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy zaczynałam publikować to opowiadania, miałam napisane osiem rozdziałów do przodu. Niestety rok szkolny zrobił swoje i teraz jestem zmuszona do pisania prosto na bloga i wychodzi... ech. Nie wiem. Nic mi nie pomaga. Szukam jakichś inspiracji, ale jak na razie jest kiepsko.
      Znam ten ból z porzucanymi tekstami (jak chyba wszyscy). Moje opowiadanie na pewno nie zostanie porzucone w ten sposób i mogę to nawet przysiąc na cokolwiek xD Ale na te opóźnienia nie mogę nic poradzić, niestety.
      Cieszę się, że rozdział Ci się podobał i dziękuję za komentarz :D
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Nie jest nudna ta historia to na pewno, jedynie można wyczuć że zmieniasz jej kierunek :) Jestem ciekawa w którą stronę to pójdzie. Bo że ktoś ucierpi to już właściwie pewne tylko czy będzie to Jaq czy jego matka? Blake chyba w obu przypadkach to wszystko odczuje ale nie sądzę żeby tak bardzo to przeżywał jak pozostała dwójka. Chociaż kto wie może całkiem się mylę co do niego? Fajny był ten rozdział choć żałuję, że chłopaki już kończą swoje wakacje ;) Bardzo dziękuję i dużo weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta relacja, która powoli się zawiązuje (cieszę się, że ktoś dostrzega, iż zmieniam kierunek historii, bo naprawdę staram się to zrobić w sposób logiczny, ale zarazem chcę dalej ruszyć z akcją), będzie tak skomplikowana, że na pewno ucierpią na tym wszyscy. W różnym stopniu oczywiście, ale na pewno w przyszłych rozdziałach zrobi się bardziej dramatycznie.
      Dziękuję za komentarz ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Witaj ;)

    Wreszcie zebrałam się, żeby napisać komentarz.

    Wydaje mi się, że rozdział jest odrobinę przejściowy, a równocześnie trochę się w nim dzieje, więc nie ma się wrażenia, jakby służył tylko temu, by wypełnić lukę.
    Wspólny wyjazd był dla Jacques'a i Blake'a zupełną niespodzianką, obaj z pewnością nie podejrzewali, że ich relacja tak się skomplikuje.
    Dobrze poprowadziłaś te tygodnie w górach. Fabuła nie gnała nienaturalnie do przodu, mężczyźni naprawdę zbliżali się do siebie w odpowiednim tempie, mając swoje wzloty i upadki. Ostatecznie niby wszystko dobrze się ułożyło, w końcu nie skaczą sobie do gardeł, porozumieli się i odnaleźli wspólny język. W powietrzu unosi się jednak taki lekki niepokój, który doskonale zaznaczyłaś ich ostatnią wymianą zdań i przemyśleniami Jacq'a.

    Jestem zaintrygowana w jaki sposób sytuacja się rozwinie. Powrót do Chicago z pewnością nie będzie łatwy dla żadnego z mężczyzn. Bardzo lubię czytać o dylematach moralnych bohaterów i wygląda na to, że w Twoim opowiadaniu będą one dość poważne.

    Boję się, że Jacques będzie musiał bardzo szybko wydorośleć, by podjąć trudne decyzje. Z całego serca kibicuję jemu i Blake'owi. No i Tobie oczywiście, byś nadal się rozwijała i rozpieszczała nas rozdziałami "Pęknięć". ;)

    Pozdrawiam,
    Kajna.

    OdpowiedzUsuń