poniedziałek, 11 czerwca 2018

Pęknięcia - Rozdział 23


Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Mam jednak ogromną prośbę, która nie jest związana z opowiadaniem. Chodzi o zwierzątka i to, jak ludzka bezmyślność je krzywdzi. Na mojej stronie na fejsie pojawił się post (jest przypięty na górze), który musi trafić do jak największej ilości osób. Jeśli moglibyście go udostępnić, to będę bardzo wdzięczna, bo chodzi o naprawdę ważną sprawę. Link tutaj: Opowiadania rehab-e
Oczywiście bardzo dziękuję za wszystkie komentarze i za to, że wciąż czekacie. Uwielbiam Was! Kolejny rozdział pojawi się po sesji (ostatni egzamin mam dwudziestego). Trzymajcie się! 
_____________________________________________________________________

Otworzył paczkę, wyciągnął papierosa, odpalił i po raz kolejny zaciągnął się, przymykając oczy. W popielniczce znajdowało się już kilka petów, a to był chyba jego czwarty lub piąty papieros. Łudził się, że pomoże mu się to ukoić nerwy, ale tak naprawdę wcale nie czuł się spokojniejszy. Siedział na tarasie, wpatrując się w ciemne, zachmurzone niebo i zastanawiał się, jak naprawić wszystko, co zdążył zepsuć w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Gdyby ktoś wyszedł z domu i zobaczył go, z pochyloną głową, opadniętymi ramionami i przygarbionymi plecami, z pewnością byłby zaskoczony, na jak bardzo zrezygnowanego wygląda ten zwykle pewny siebie mężczyzna. Ale nikt nie wyszedł, bo zarówno Katherine, jak i Jacques, nie chcieli z nim rozmawiać, a on już dawno nie czuł się tak samotny. I wiedział, że mógł winić tylko siebie. 
Pobyt we Fremont wcale mu nie pomógł. Dwa tygodnie spędzone z rodzicami, do których nie docierały żadne argumenty, i którzy wciąż mieli na niego ogromny wpływ, nie były dobrym pomysłem. Nie potrafił jednak przemóc się, by wrócić wcześniej i zmierzyć się ze swoimi problemami, więc tkwił godzinami w rodzinnym domu, obserwował relacje matki z ojcem i znów zaczynał gardzić tą częścią siebie, która przy Jacques’u dawała o sobie znać. Dlatego jego reakcja była tak gwałtowna – przez krótką chwilę, gdy go zobaczył, naprawdę czuł do niego nienawiść za to, co ten mu zrobił. Bo znów czuł, że stracił kontrolę nad sobą; że nie może przewidzieć swoich reakcji. I nie mógł przestać obwiniać o to szatyna. 
Wiedział, że przesadził. Wykorzystał zauroczenie chłopaka, by uderzyć w jego najczulszy punkt i zupełnie nie przejmował się tym, że może go naprawdę zranić. Dopiero gdy zobaczył jego łzy, uświadomił sobie, co zrobił, ale było już za późno, by wszystko naprawić. A przecież nawet nie myślał o tym, by porównywać Jacques’a z Kath! Ale gdy go zobaczył… Znów poczuł wstręt do siebie, do niego i do tego wszystkiego, co wydarzyło się między nimi. Nie potrafił zapanować nad swoim gniewem, który rósł w nim przez ostatnie dwa tygodnie i w końcu wybuchł. A teraz nie miał pojęcia, jak to naprawić. 
Nie powinien był wyjeżdżać bez wcześniejszej rozmowy z narzeczoną. Wtedy wydawało się to jedynym rozsądnym wyjściem, gdy emocje po nieoczekiwanym pocałunku wciąż z niego nie opadły, ale teraz… Ją też zranił i nawet ze sobą nie rozmawiali. Naprawdę nie wiedział, jak to się stało, że w tak krótkim czasie udało mu się wszystko spieprzyć. Przypuszczał, że miał do tego jakiś talent, który wyssał wraz z mlekiem matki. 
Uśmiechnął się pod nosem do swoich niewesołych myśli i ostatni raz zaciągnął się, nim wrzucił resztkę papierosa do popielniczki. Mógł siedzieć tu całą noc, ale nic dobrego (poza wypaleniem całej paczki fajek) by z tego nie wyszło. Zamierzał wrócić do sypialni i spróbować naprawić chociaż jedną relację, bo wiedział doskonale, że z Katherine będzie po prostu łatwiej. A Jacques… Wobec niego Blake wciąż pozostawał bezradny. 

***    
                                                                                      
Potrzebował czasu. Nie potrafił tak po prostu zapomnieć o tym, co usłyszał. To wciąż do niego wracało, nawet jeśli próbował skupić myśli na czymś innym. Cały wieczór spędził w swoim pokoju i nawet ssanie w żołądku, wyjątkowo męczące, nie zmusiło go do wystawienia choćby stopy poza próg pomieszczenia. Nie wyobrażał sobie, by mógł teraz stanąć przed Blakiem i spojrzeć mu w oczy, nie pokazując przy tym, jak bardzo zabolały go słowa mężczyzny. 
Było mu wstyd. Policzki płonęły mu na samo wspomnienie o łzach, które brunet bez wątpienia musiał ujrzeć w jego oczach. Nie mógł przestać myśleć o tym, że po raz kolejny pokazał mu jak słaby i bezradny jest wobec całej tej sytuacji. Nie potrafił pozbyć się myśli, że dał mu tę satysfakcję i rozpłakał się przy nim jak mały, skarcony chłopczyk. A przecież nie był taki! Zawsze radził sobie ze wszystkim sam, był silny, kontrolował swoje reakcje i potrafił odpowiedzieć na każdą zaczepkę. Przecież nie pierwszy raz słyszał podobne słowa. W szkole nigdy nie krył się ze swoją orientacją i nie każdemu się to podobało, ale on zupełnie się tym nie przejmował, szydząc sobie z nieprzyjemnych uwag. Tym razem nie usłyszał nawet czegoś bardzo obrzydliwego, a jednak zabolało i to mocniej, niż mógłby przypuszczać. 
Jacques wiedział, że uczucie do Blake’a zmieniło go i wcale nie podobały mu się te zmiany. Czuł się słaby, podatny na zranienia. Godzinami leżał na łóżku, rozpamiętując ich rozmowę w kuchni i próbując zrozumieć, dlaczego wszystko potoczyło się w tak złym kierunku. Nie potrafił jednak odpowiedzieć na żadne z pytań, które sobie zadawał. Jeszcze do niedawna nie przypuszczał, że mężczyzna jest w stanie potraktować go w taki sposób – jak bezwartościową rzecz, którą można odrzucić w kąt, gdy się ją wykorzysta. A on właśnie tak się czuł – jakby został wykorzystany. I choć przez chwilę, gdy nie miał już siły płakać i wściekać się na bruneta, próbował postawić się w jego sytuacji, to jednak nie potrafił zrozumieć i mu wybaczyć. Był rozżalony, rozczarowany i było mu przykro. A poza tym czuł gniew na siebie, na niego i na matkę (choć nie miało to większego sensu), która wysłała ich na te głupie wakacje, a to przecież od nich wszystko się zaczęło. 
Zaklął i wyłączył laptopa. Był środek nocy, a on nie mógł spać. Od płaczu piekły go oczy i bolała głowa, co tylko potęgowało w nim gniew i poczucie wstydu. Chciał znaleźć w sobie siłę, by jakoś przezwyciężyć te głupie uczucia, które sprawiały, że wciąż upokarzał się przed mężczyzną, ale nie wiedział, jak. I nagła myśl, która zaczęła kiełkować w jego głowie, sprawiła, że w końcu przymknął oczy i spokojnie czekał na sen. Może skupienie uwagi na kimś innym nie było wcale złym pomysłem… 

***

Podrzucił jabłko, złapał i ugryzł je z przesadną zawziętością. Rozejrzał się przy tym po stołówce, szukając swojego przyjaciela, z którym nie rozmawiał od wczorajszego poranka, gdy spotkali się przed zajęciami, jak to zwykle im się zdarzało. Co prawda chciał wieczorem do niego zadzwonić i nawet sięgnął po telefon, żeby o wszystkim mu opowiedzieć, ale coś go powstrzymało. Wiedział, że gdyby okazało się, iż Nick nie ma dla niego czasu, bo jest ze swoją dziewczyną, to całkowicie by się załamał. Poza tym coś, co bardzo przypominało wstyd, sprawiało, że chciał to zachować tylko dla siebie. 
Udawanie, że wszystko z nim dobrze i wcale nie czuje się tak, jakby ktoś zmiażdżył mu połowę wnętrzności, okazało się prostsze, niż przypuszczał. Uśmiechanie się do ludzi, żartowanie i rozpoczynanie niezobowiązujących rozmów na zajęciach było czymś, co przyszło mu z zaskakującą łatwością. I choć w jego jasnych oczach próżno było szukać radości, to tylko osoba znająca go bardzo dobrze, byłaby w stanie to zauważyć. Jedyną taką osobą w szkole był Nick. 
Dostrzegł go w końcu – siedzącego przy stoliku, który znajdował się na samym środku sali, gdzie wręcz roiło się od uczniów. Jacques skrzywił się, widząc już, że przyjaciel nie był tylko z Mary, ale również z ich wspólnymi znajomymi. Choć nie można było nazwać szatyna osobą, która nie przepada za towarzystwem ludzi i ma problem z nawiązywaniem kontaktów, to jednak nie miał teraz ochoty na towarzystwo nikogo poza Nickiem. 
- Hej – Jacques mruknął, zajmując jedyne wolne miejsce przy stoliku, zaraz obok Susan, która była sprawczynią (a przynajmniej tak uważał Jacq) związku jego przyjaciela z tą okropną kobietą, jak zdarzało mu się myśleć o Mary. Dlatego spojrzał trochę krzywo na blondynkę, jakby to faktycznie była jej wina, a następnie uśmiechnął się do bruneta, wręcz ignorując resztę osób, które siedziały przy tym samym stoliku. Wiedział, że ludzie plotkują na jego temat i uważają, że zakochał się w Nicku, co nawet nie było jakimś wielkim wymysłem, bo był świadom, że czasem tak się zachowywał. Nic nie mógł jednak poradzić na to, że w całym swoim życiu poznał tylko jedną osobę, której był w stanie tak zaufać, jak właśnie temu kudłatemu brunetowi. Gdy tak teraz sobie myślał, dochodził do wniosku, że jego życie byłoby prostsze, gdyby naprawdę zakochał się w swoim najlepszym przyjacielu. Wtedy przynajmniej powielałby stereotyp geja z połowy filmowych produkcji, a nie próbował odbić faceta matce. Sama myśl o tym wywoływała grymas na jego twarzy. 
- Hej – Nick odpowiedział mu uśmiechem. Reszta osób (wyłączając Mary) też powitała go z mniejszym lub większym entuzjazmem, bo Jacques naprawdę był lubiany w szkole, choć liczba jego bliższych kolegów i koleżanek wcale tego nie potwierdzała. Zresztą od kilku lat organizował słynną już, coroczną imprezę w swoim domu (jak tylko przypominał sobie o tej ostatniej, od razu czuł się gorzej), więc nic dziwnego, że jakąś tam popularnością jednak się cieszył. Mimo to nie potrafił otworzyć się na tyle, by nawiązać z kimkolwiek równie silną więź, jak z Nickiem. 
- Hej, Jacques. – Amy, która siedziała obok Susan, szturchnęła go w bok, wyciągając się za plecami koleżanki. – Umiesz na test? 
Jacques spojrzał cieplejszym wzrokiem na dziewczynę, bo naprawdę ją lubił. Była miła, ciepła, urocza i właśnie z kimś takim widział w związku swojego przyjaciela, a nie z Mary. Zaraz jednak zmarszczył brwi, próbując zrozumieć jej pytanie. 
- Jaki test? 
- No z algebry. – W jej głosie wyraźnie było słychać wahanie. – Zapomniałeś? 
Szatyn poczuł się tak, jakby ktoś wylał mu właśnie kubeł zimnej wody na głowę. Ostatnio faktycznie nie mógł się na niczym skupić, przez co zdarzyło mu się już zapomnieć o jednym wypracowaniu na literaturę, ale matematyka… Jeszcze kilka dni temu pamiętał o tym teście i nawet chciał prosić Nicka o pomoc (nie był w stanie zliczyć, ile razy ten mu pomagał), ale ostatecznie nie poprosił i… zapomniał. 
- Kurwa… - jęknął, przykładając czoło do blatu stolika. 
- Może nie będzie tak źle… - Amy próbowała go pocieszyć, ale z marnym skutkiem. Oboje wiedzieli, że tego nie zda. 
- Dlatego ja zapisuję wszystkie testy i egzaminy w swoim kalendarzu, który codziennie sprawdzam – odezwała się nagle Mary, a jej przemądrzały, zbyt pewny siebie ton sprawił, że Jacques skrzywił się w duchu.
- Co ty nie powiesz… - prychnął, unosząc głowę i patrząc na dziewczynę zirytowanym wzrokiem. 
Nick, widząc napięcie (nie pierwszy już raz) między najbliższymi dla niego osobami, uśmiechnął się ciepło do przyjaciela, jednocześnie obejmując swoją dziewczynę w pasie. 
- Poprawisz. Pomogę ci. 
- Mhm – Jacques odmruknął w odpowiedzi, niezbyt przekonany, i w ciszy skończył swoje jabłko, o którym zdążył już zapomnieć. Odłożył ogryzek na tacę bruneta, na co ten uniósł brwi w udawanej dezaprobacie i przyjrzał się osobom siedzącym przy stoliku. Amy zajęła się rozmową z Susan, Tom grzebał w swoim obiedzie, najwyraźniej myślami będąc w innym miejscu, a Mary robiła coś na telefonie. Nie chciał przy nich prosić Nicka o to, o co zamierzał poprosić już od wejścia na stołówkę, ale chyba nie miał wyjścia. – Właściwie to chciałem zapytać, czy poszedłbyś ze mną do klubu.? 
- Klubu? – Susan powtórzyła jak echo, od razu zwracając się w jego kierunku z psotnym uśmiechem, a jej rozbujany, jasny kucyk prawie uderzył Amy w twarz. Szatyn zmiął w ustach przekleństwo. 
- Taa… Gejowskiego. 
- Mówiłem ci już, że więcej tam nie… 
- Byłeś w klubie dla gejów? – Mary przerwała swojemu chłopakowi, patrząc przy tym dziwnym wzrokiem na Jacques’a, jakby ten chciał sprowadzić Nicka na tęczową drogę. 
- Um… Raz. – Nick podrapał się po głowie, wyraźnie zażenowany. – I nie skończyło się to najlepiej. 
- Musicie nam koniecznie o tym opowiedzieć! 
- Blake wrócił – wymamrotał, ignorując okrzyk Susan (już zapomniał, jak często irytowała go ta dziewczyna), i ponownie zwrócił się tylko do przyjaciela. 
- Och. 
- Blake? Twój ojczym? 
- To nie jest mój ojczym, do cholery! – warknął i nawet Tom uniósł głowę znad obiadu, żeby rzucić mu zaskoczone spojrzenie. Cisza, która zapadła po jego nieoczekiwanym wybuchu okazała się wyjątkowo niezręczna i sprawiła, że Jacques znów skulił się w sobie, myśląc o tym, że już niedługo to naprawdę będzie jego ojczym. Robiło mu się od tego słabo. 
- Dobra, nieważne. – Nick uśmiechnął się wymuszenie, patrząc z niepokojem na szatyna. – Mogę z tobą iść. 
- Możesz? – Mary uniosła brew, zakładając ramiona na piersi. 
- Znaczy… Wszyscy możemy iść, nie? Taki wspólny wypad do klubu. 
- Tak! Zapytam jeszcze Vick, bo na pewno będzie chciała iść! – Susan aż klasnęła w dłonie, jakby nie było nic lepszego od pójścia do gejowskiego klubu. 
- Ja odpadam. – Tom odsunął od siebie tacę i spojrzał na nich zblazowanym wzrokiem. – Nie lubię klubów. 
- Ja też. – Amy uśmiechnęła się przepraszająco, odgarniając włosy z czoła. 
- Nudziarze – parsknęła blondyna, pokazując wszystkim swoje równe, białe zęby. – Ale Vick na pewno nie odmówi. 
Jacques spojrzał zrezygnowanym wzrokiem na przyjaciela. Zapowiadał się wspaniały wypad.

***

Nie był pewien, ile zdążył wypić od wejścia do klubu (a to nie było wcale tak dawno temu), ale czuł, że przyjemnie szumi mu w głowie. Dudniąca, elektryzująca muzyka wprawiała go w błogi nastrój, a spojrzenia niektórych mężczyzn sprawiały, że znów czuł się chciany. Uśmiechał się znacznie częściej, bardziej szczerze, czasem wybuchał nawet śmiechem. Bawił się lepiej, niż przypuszczał i nawet Susan okazała się całkiem znośną kompanką do zabawy. Przy tym wszystkim prawie zapomniał o Blake’u i o jego pogardliwych słowach.
- Chodź ze mną zatańczyć – mruknął w stronę przyjaciela, ciągnąc go za ramię. 
- Co? Nie, Jacques, nie tańczę. 
- No chodź. Będzie zabawnie. 
- Jesteś pijany. 
- Nie jestem. – Wydął wargi. – Proszę. 
Brunet wywrócił oczami, ale cmoknął swoją dziewczynę w policzek i wstał. Mary też wydawała się bardziej rozluźniona przez alkohol i nie zareagowała jakoś szczególnie na to, że jej chłopak idzie tańczyć z innym chłopakiem, za co był jej wdzięczny. Nie chciał kolejnej awantury między nią a szatynem. 
- Dobra, chodź. 
Jacques wyszczerzył się, ciągnąc swojego przyjaciela na parkiet. Od razu zaczął poruszać się w rytm dźwięków płynących z głośników, uśmiechając się przy tym szeroko. Odrzucił głowę w tył, kręcąc biodrami i dając ponieść się muzyce. Czuł, jak brunet rozluźnia się przy nim, jak zaczyna śmiać się i wygłupiać, obejmując go w pasie. Sam zarzucił mu dłonie na kark, próbując skupić swój wzrok na jego roześmianej twarzy. Znajdowali się naprawdę blisko siebie, wykonując bliżej nieokreślone ruchy, które niewiele miały wspólnego z rytmicznym tańcem, a inne pary wciąż napierały na nich, pchając ich ku sobie. Jacques znów poczuł tę przyjemność płynącą z obecności kogoś, przy kim czuł się bezpiecznie i wyjątkowo. Nie potrafił odwrócić wzroku od tych kudłatych, ciemnych włosów i radosnych, brązowych oczu. Nie wiedział, czy winny był alkohol, czy może jego obecny stan psychiczny, a może jedno i drugie, ale nic nie wyjaśniało tego, że pochylił się do przodu i przycisnął swoje wargi do warg drugiego chłopaka. 
- Co…? – Nick odepchnął go od siebie, patrząc na niego w całkowitym osłupieniu. 
- Ja… - Jacques zamrugał i przycisnął dłoń do ust. Sam nie potrafił uwierzyć w to, co się stało. – Przepraszam. Naprawdę… ja… przepraszam. 
Nie wiedział, co jeszcze może powiedzieć. Tak naprawdę nie mógł zrobić nic poza przeproszeniem. Jego umysł nagle stał się bardziej trzeźwy niż przed wejściem do klubu, przez co z całą mocą poczuł, że zrobił właśnie coś bardzo głupiego. Czuł, że twarz płonie mu ze wstydu i nie mogąc patrzeć dalej na zdumionego przyjaciela, odwrócił się i zaczął przepychać przez tłum, chcąc wyjść, uciec z tego miejsca i zapomnieć, że znów wszystko zepsuł. 
Miał ochotę śmiać się z samego siebie, gdy w końcu znalazł się na zewnątrz, w samej koszulce, choć temperatury w połowie listopada wcale nie rozpieszczały. Nie przejmował się tym jednak zbyt skupiony na myśli, że najwyraźniej wystąpił jakiś błąd w komunikacji jego mózgu z językiem, bo ten drugi miał w ostatnim czasie skłonności do pakowania się w różne miejsca. I szatyn sam już nie wiedział, co się z nim dzieje. Czuł, że zaczyna wariować. 
- Jacques! 
Odwrócił się i dostrzegł Nicka, który biegł za nim, trzymając w dłoni jego kurtkę. Sam nawet nie zauważył, że zaczął iść w dół ulicy, oddalając się od klubu. Widząc jednak bruneta, zatrzymał się i objął ramionami, czując się winnym. I zawstydzonym. Przecież Mary musiała wszystko widzieć! I dziewczyny! Teraz cała szkoła będzie mówiła o tym, jak bardzo Jacques Bright ma ochotę na swojego heteroseksualnego przyjaciela. 
- Przepraszam. – To było pierwsze słowo, jakie wypowiedział, gdy Nick w końcu stanął przed nim, oddychając szybciej przez wysiłek fizyczny. 
- Przestań. To… nic. – Podał mu kurtkę. – Trzymaj. 
- Um… dzięki. – Uśmiechnął się z zakłopotaniem i przyjął swoją własność, choć wcale nie odczuwał chłodu. Był zbyt rozpalony przez wstyd, jaki go wypełniał od czubka głowy aż po palce stóp. – Naprawdę nie chciałem. Nie rozumiem co się… 
- Też nie rozumiem. – Nick podrapał się po głowie, też wyglądając na bardzo zmieszanego. – Przecież nigdy nie… - machnął dłonią pomiędzy nimi – No wiesz. 
- Boże. – Jacques zaśmiał się nieco histerycznie, pocierając swój rozpalony policzek. – Sprawiasz, że wszystko jest jeszcze gorsze – prychnął. – Nie lecę na ciebie, Nick. 
- To dobrze. 
- Taak. 
Cisza, jaka zapadła pomiędzy nimi, była zbyt niekomfortowa, by szatyn mógł dłużej stać w tym miejscu i po prostu gapić się na przyjaciela. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek było między nimi tak niezręcznie. Może tylko wtedy, gdy wyznał mu, że jest gejem. 
- Chyba wrócę do domu. 
- Poczekaj, pójdę po resztę i… 
Jacques pokręcił głową, zakładając kurtkę. 
- Nie. Muszę się przejść i pomyśleć. 
- Jest już późno i nie… 
- Dam sobie radę. – Po raz kolejny mu przerwał, trochę już zniecierpliwiony. Naprawdę chciał być teraz sam. – Jeszcze raz przepraszam. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. I… mam nadzieję, że wszystko z nami ok? 
- Tak, nic się nie stało. – Choć Nick brzmiał szczerze, to wciąż wyglądał na bardzo skonfundowanego i szatyn czuł się tym zaniepokojony. – Zapomnijmy o tym. 
- Tak, zapomnijmy. – Wsunął dłonie do kieszeni kurtki i zabujał się na piętach. – Na razie, Nick. 
- Trzymaj się, stary. 
Gdy odwrócił się i ruszył przed siebie, wciąż czuł wzrok przyjaciela na swoich plecach. I naprawdę starał się uwierzyć w jego zapewnienia, że ten pocałunek nic nie zmieni, ale bał się, że swoim głupim zachowaniem znów straci kogoś bliskiego. I to go przerażało. 

***

Klub, w którym pracował Jerome, i w którym postanowili posiedzieć, nie znajdował się blisko jego domu, ale Jacques i tak nie zdecydował się na wezwanie taksówki. Całą drogę przespacerował, myśląc o wszystkim i o niczym, aż pod koniec naprawdę rozbolały go stopy. Dlatego, gdy wspinał się po schodach, idąc do swojego pokoju, czuł się wyczerpany psychicznie i fizycznie. Starał się być przy tym cicho, bo było już naprawdę późno i wiedział, że jego mama nie byłaby zadowolona, gdyby dowiedziała się, o której wrócił. W szczególności, że był środek tygodnia i jutro powinien iść do szkoły, choć jeszcze nie wiedział, czy da radę w ogóle wstać. 
- Jacques. 
Podskoczył, kładąc dłoń na swojej klatce piersiowej i czując przy tym, jak jego serce zaczęło bić w niebezpiecznym rytmie. 
- C-co…? – wydusił, mrużąc oczy, bo w korytarzu nie paliło się światło i widział tylko ciepły blask, który wydobywał się spod drzwi łazienki, z której właśnie wyszedł Blake. Szatyn zupełnie nie spodziewał się takiego spotkania i nie był na nie gotowy. 
- Możemy porozmawiać? 
Odetchnął głębiej, obrócił się i nacisnął klamkę. Pchnął drzwi, wszedł do swojego pokoju, zapalił światło i dopiero wtedy odwrócił się, patrząc na Blake’a, którego twarz – choć w cieniu – była teraz znacznie lepiej widoczna. 
- Nie. 
- Chciałem… 
- Odpieprz się. – I zamknął drzwi, nie czekając na jego reakcję. Był zmęczony, a widok mężczyzny wcale nie poprawiał jego nastroju. Wystarczyło jedno spojrzenie na jego przystojną twarz, by znów przypomnieć sobie o tym, co wydarzyło się po powrocie bruneta. 
Przymknął oczy i oparł czoło o drzwi, wzdychając ze znużeniem. Rok temu myślał o ostatniej klasie jak o czymś naprawdę niesamowitym, pewnym przejściu między nastoletnimi latami a dorosłością, ale teraz, będąc w miejscu, w którym był, wcale nie widział w tym niczego wspaniałego. Wręcz przeciwnie, z chęcią cofnąłby się w czasie, by znów wrócić do bycia piętnastolatkiem, który dopiero zaczyna bardziej interesować się chłopakami i nie miał takich problemów. 
W końcu odsunął się od drzwi i automatycznie zaczął ściągać z siebie rzeczy, nie myśląc nawet o prysznicu. Musiał się przespać, żeby wstać rano, iść do szkoły i jakoś funkcjonować. Nawet jeśli na samą myśl o szkole i plotkach, które na pewno będą po niej krążyć (za co będzie mógł podziękować Susan), coś nieprzyjemnie ściskało mu żołądek. Ale musiał tam iść, chociażby po to, by porozmawiać z przyjacielem i… wyjaśnić. Nie chciał go stracić, a w tym momencie właśnie tego obawiał się najbardziej.

piątek, 13 kwietnia 2018

Fanfic by Kajna - Wstyd


Opadł na łóżko, czując że stres kumulujący się w nim od dłuższego czasu zaczyna go przerastać. Blake jak zwykle wpadł od razu po pracy, został godzinę z Jacques’em i wyszedł, by wrócić do Katherine. Tak, do Kath, którą Jacq zdążył znienawidzić, choć to co się działo nie było nawet w najmniejszym stopniu jej winą. Sam już nie wiedział czy bardziej jest wściekły, czy przygnębiony. Blake przychodził kiedy chciał i brał co chciał, a Jacques nigdy nie był wystarczająco asertywny, by mu odmówić. Może dałby radę wreszcie powiedzieć mu nie, może nawet wywaliłby go za drzwi razem z jego szczoteczką, którą sporadycznie używał i kilkoma parami gaci. Nie mógł się jednak zmusić do tego by zrezygnować z miłości bo wciąż mimo wszystko był romantykiem.
Nigdy nie twierdził, że jego romans z Blakem był winą starszego. To Jacq go uwiódł, znalazł jego czuły punkt, nauczył się czytania jego reakcji i niedługo potem zakochali się w sobie, a Jacq nadal rozpamiętywał te kilka tygodni sielanki jako najlepszy czas w życiu. Gdy wyrwał się odrobinę z tego przyjemnego otępienia, doszły wyrzuty sumienia. Zawiódł osobę która zawsze była mu najbliższa, poświęciła swoje życie na wychowywanie go i zapewnienie mu wszystkiego czego potrzebował. Przestał patrzeć matce w oczy, niedługo potem nie umiał już z nią nawet normalnie rozmawiać, więc w krótkim czasie się wyprowadził. Dla niego i Blake’a, dla ich razem oddalił się od matki, wybrał jego ponad nią, wybrał ich szczęście, bo owszem, miał nadzieję że będą szczęśliwi tak jak tylko się dało. Blake nawet zdecydował się opłacać jego mieszkanie, obiecał że odejdzie od Katherine, sam wydawał się zresztą pijany nową miłością i może to właśnie dlatego, ze względu na to szczęście i miłość którą Jacq widział w jego oczach, sam uwierzył że to może się udać.
Potem Blake stchórzył i zanim obaj zdążyli się obejrzeć, nadszedł dzień ślubu. Jacques nie wiedział jak to było możliwe że umiał tak cierpliwie czekać na ruch Blake’a. Nie pośpieszał go, wykazywał się dużym zrozumieniem i teraz, z perspektywy czasu widział jak głupie to było. Był cholernym naiwniakiem kiedy jeszcze przez pół roku po ślubie grzecznie przyjmował argument “nie odejdę od niej przecież tuż po ślubie”. Wierzył w niego bo sam nie chciał dla własnej matki źle. Nigdy nie ulegało wątpliwości że kochała Blake’a, a ich rozstanie byłoby dla niej dużym ciosem. A gdy już wydawało się, że mężczyzna wreszcie zdecydował się na krok, pojawił się kolejny powód dla którego było to niemożliwe. Miał już dokładnie przygotowane co jej powie, spakował nawet niewielką torbę żeby szybko uciec z mieszkania, ale wtedy ona wyskoczyła ze swoim “kochanie, będziemy mieli dziecko”.
Jacq tamtego dnia od rana myślał tylko o tym, że kiedy Blake do niego przyjdzie, to będzie wreszcie już tylko jego, cały jego, nikogo innego. Wystarczyła jednak jedno spojrzenie starszego, by perspektywa ich związku oddaliła się tak daleko, że Jacq prawie już jej nie widział. Majaczyła ona jeszcze gdzieś tam na horyzoncie, ale była to zasługa już tylko tej jego przeklętej naiwności.
Teoretycznie Jacq mógł się tego spodziewać, wiedział że Blake i Kath ze sobą sypiają i wypadki chodzą po ludziach, ale jakoś nigdy nie pomyślał o tym, że ten wypadek przytrafi się akurat jego matce. Blake nie mógł odejść od Katherine, szczególnie że kobieta nie była już najmłodsza i jej ciąża była zagrożona. Więc Jacques potulnie czekał, choć raczej pozbawiony już nadziei, że to z nim i Blakem kiedykolwiek wypali, ale wciąż niegotowy by z niego zrezygnować.
O dziwo fakt, że z Blakem wszystko się pieprzyło, znacznie pobudził wenę Jacques’a. Malował tak dużo i tak dobrze jak nigdy wcześniej, obrazy zaczęły się sprzedawać i wreszcie jego pasja zaczęła przynosić realne zyski. Jacq zrozumiał że może przestać być zależny od Blake’a, sam się utrzymać. Była to z jednej strony miła myśl, a z drugiej dziwnie paraliżująca, bo nagle nie miał już wymówki, mógł zniknąć, wyrwać się z pułapki w którą wpadł i zostawić daleko za sobą Blake’a. Nie zrobił tego jednak. Nie umiał.
Katherine poroniła w osiemnastym tygodniu. Jacq dowiedział się o tym fakcie od Blake’a i w pierwszej chwili poczuł ulgę, a potem głęboką nienawiść do siebie samego. Jak nisko musiał upaść, by czuć satysfakcję z takiej tragedii.
-      Nie odejdziesz od niej. - Nie potrafił już zliczyć ile razy powtarzał to zdanie, za każdym razem w formie pytania, a Blake zawsze zapewniał go, że owszem, że odejdzie. Tym razem Jacq nie pytał, stwierdził fakt, a od Blake’a dostał jedynie milczenie, więc nie miał już wątpliwości.
Czuł jak w gardle  rośnie mu gula, odwrócił wzrok od kochanka i zacisnął zęby tak mocno by się nie rozpłakać, że zaczęła boleć go szczęka. Chwilę później Blake zamknął go w swoich ramionach, objął tym znanym Jacquesowi ciepłem i kochał się z nim cały wieczór, poświęcając mu całą swoją uwagę.
Gdy następnego ranka Jacq obudził się sam w swoim łóżku, wiedział, że tak już będzie zawsze. Może to skończy się jeśli wpadnie pod samochód, może któregoś dnia przypadkowo przedawkuje kokę, która pomagała mu tworzyć, może kiedyś to Blake stwierdzi że jest już zmęczony, ale Jacq nigdy sam tego nie zakończy. Już zawsze miał być tylko wstydliwym faktem z życia Blake’a, nigdy na pierwszym miejscu, desperacko próbujący zgarnąć z mężczyzny jak najwięcej, choć to nigdy nie będzie wystarczająco.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Pęknięcia - Rozdział 22

Rozdział miał pojawić się wcześniej, ale nie miałam dostępu do internetu, więc grzecznie sobie czekał na swój czas. Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze - one najbardziej mnie motywują :D
I życzę Wam, byście ten wolny czas spędzili spokojnie i radośnie :D
Trzymajcie się!
___________________________________________________________


Przyjazd Blake’a był dla wszystkich zaskoczeniem. Nie uprzedził swojej rodziny o odwiedzinach, więc gdy jego matka otworzyła mu drzwi o dziesiątej rano w niedziele, wyglądała na zdumioną. Oczywiście przywitała go ze stosowną radością, ale coś w jego postawie lub marsowej minie, a może w jednym i drugim, musiało ją zaalarmować, bo szybko wróciła do swojego oschłego, codziennego sposobu bycia. Z ojcem było podobnie – ucieszył się, że go widzi, ale nie jakoś przesadnie. Wszyscy wciąż mieli w pamięci przyjazd do Chicago, który nie wypadł najlepiej. Od tego czasu rzadko rozmawiali, rzadziej niż zwykle.
Lily nie wyszła ze swojego pokoju, żeby sprawdzić, kto przyszedł, co zupełnie go nie zdziwiło. Wątpił, żeby w ogóle słyszała pukanie do drzwi, bo przypuszczalnie siedziała ze słuchawkami na uszach. Albo spała. Po tym, jak kazali jej iść do kościoła na siódmą, co mieli w zwyczaju, nie byłoby w tym nic dziwnego. Nie poszedł jednak od razu do niej, postanawiając najpierw się odświeżyć. Miał czas, nigdzie się nie spieszył.
Wejście do starego pokoju zawsze wywoływało wspomnienia. Gdy tylko przekręcił gałkę i pchnął drzwi, poczuł, jakby zapadł się w przeszłość. Przy oknie wciąż stało jego stare łóżko, za nim znajdowała szafka nocna, a nad nią plakat Black Sabbath – teraz już przedarty i wyblakły. Wszystkie meble wciąż tu były, tablica korkowa również. Czas zatrzymał się w tym miejscu na jego nastoletnich latach, gdy próbował jakoś przetrwać z szalonymi rodzicami pod jednym dachem i ludźmi ze szkoły, którzy wytykali go palcami. Po tym, jak wyjechał, żeby studiować, nie wracał do rodzinnego domu na dłużej niż tydzień, ale jego rodzice i tak postanowili zachować wszystkie meble. Na ich miejscu pozbyłby się chociaż szafy, której sprzedaż nie byłaby trudna jeszcze kilka lat temu. Oni jednak woleli, by wszystko zostało na swoim miejscu, kurzyło się i niszczyło pod wpływem upływającego czasu. Blake zupełnie tego nie rozumiał, ale ostatecznie to nie była jego sprawa.
Rzucił torbę na łóżko, a walizkę postawił pod ścianą. Od razu było widać, że dawno nikt nie wchodził do tego pomieszczenia, o czym świadczyły grube warstwy kurzu na półkach i specyficzne, duszne powietrze. Choć na zewnątrz było wyjątkowo zimno, jak na początek listopada, otworzył okno, oparł się dłońmi o parapet i westchnął. Wcale nie uważał swojego nagłego wyjazdu za ucieczkę. Od rozmowy telefonicznej z siostrą miał w planach przyjazd do Fremont, bo wiedział, że na odległość nie jest w stanie nic zrobić, a nie mógł zostawić Lily samej. Nie miał ustalonej dokładnej daty podróży, ale po wczorajszym wydarzeniu, o którym nie tak łatwo było zapomnieć, uznał, że to najodpowiedniejszy czas. Ale to nie była ucieczka. Nie był tchórzem. Nie wyobrażał sobie jednak, by mógł dziś zjeść normalne śniadanie wraz z Kath i Jacques’em, jakby nic się nie stało. Żaden z nich nie był aktorem.
Wiedział, że powinien skupić się na celu swojej wizyty u rodziców, ale nie potrafił przestać myśleć o tym pocałunku. Mógł znów winić chłopaka o prowokowanie go, mógł obwinić go o to, że znów go pocałował, ale nie mógł zrzucić na niego tego, że zamiast go odepchnąć, odpowiedział z pełnym zaangażowaniem i całym sobą pokazał, że go pragnie. Bo naprawdę tak było w tamtym momencie – chciał tego bardziej, niż czegokolwiek innego. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej, a on, zamiast jakoś to zatrzymać, biernie pozwalał ich relacji ewoluować i przeradzać się w coś, czego żaden z nich prawdopodobnie nie potrafił nawet nazwać.
Może nie chodziło tylko o Jacques’a. Wielokrotnie już o tym myślał i czasem dochodził do wniosku, że po prostu brakuje mu zbliżenia z jakimś mężczyzną. Nie robił tego od lat, Kath ostatnio go pod tym względem nie rozpieszczała, a chłopak był młody, całkiem ładny i miał zgrabne ciało. I gdyby chodziło tylko o to, może wszystko byłoby łatwiejsze. Ale wtedy przypominał sobie, jak siedzieli razem w salonie i godzinami rozmawiali o książkach oraz filmach, jak urządzali sobie wspólne seanse i jak uroczy był śmiech nastolatka. Zauroczył się nim jak gówniarz i przez te tygodnie, kiedy w końcu sobie to uświadomił, nic z tym nie zrobił. Nie mógł przecież zostawić Katherine, bo, choć było to samolubne, nie chciał znów być sam. Może nie było między nimi tak jak na początku, może nie szalał na jej punkcie i czasem odnosił wrażenie, że nie rozumieją siebie nawzajem, ale wciąż coś do niej czuł. Była wspaniałą kobietą, świetną matką i z pewnością będzie fantastyczną żoną. Nie wyobrażał sobie jednak, by dalej mogli mieszkać razem z Jacques’em. Wiedział, że nigdy nie uwolni się od tego absurdalnego uczucia, dopóki nastolatek wciąż będzie w pobliżu; wciąż będzie go kusił i przekraczał kolejne granice. Blake nadal uważał go za bezczelnego gówniarza, który nie szanuje nikogo i niczego. Gdyby było inaczej, nigdy nie zostałby przez niego pocałowany. A to był już drugi raz. Do czego posunie się następnym razem?
Zadrżał, czując gęsią skórkę na odsłoniętych przedramionach. Miał ochotę na papierosa, ale nie chciał zaczynać rozmowy z rodzicami od kłótni o używki. Domyślał się, że próba wyjaśnienia im pewnych rzeczy może być naprawdę trudna, więc wolał ich dodatkowo nie denerwować. Zamiast tego zamknął okno i podszedł do walizki, żeby wyciągnąć z niej kilka rzeczy. Musiał wziąć prysznic i oczyścić umysł, aby móc skupić się na sprawie swojej siostry. Nie mógł poświęcić całego swojego czasu, będąc tutaj, na myślenie o tym, w jak chorej sytuacji się znalazł. Musiał jakoś się od tego uwolnić, a Fremont wydawało się do tego najlepszym miejscem.

***

Nie potrafił wytrzymać w domu. Kręcił się po swoim pokoju, czytał lekturę szkolną, na której nie mógł się skupić, aż ostatecznie zszedł do salonu i zwinął się pod kocem na kanapie. Najpierw bezmyślnie zmieniał kanały w telewizorze, nie mogąc znaleźć nic, co by go zainteresowało na dłużej niż pięć minut, aż w końcu wyłączył urządzenie i sięgnął po szkicownik, który ze sobą przyniósł. Zaczął bazgrać ogród, który był widoczny przez drzwi prowadzące na taras, ale nie skupiał się na tym jakoś szczególnie – robił to bardziej machinalnie, myślami będąc daleko od jesiennych liści i ołówka, który ściskał z przesadną siłą.
Czuł palącą potrzebę porozmawiania z Nickiem. Chciał do niego zadzwonić, a najlepiej pojechać i powiedzieć mu, że na początku miał plan, żeby zrobić tak, jak ten mu radził, tylko później go poniosło i znów wszystko zepsuł, ale ograniczył się jedynie do wysłania krótkiej wiadomości, na którą przyjaciel i tak nie odpowiedział. To zdarzało się coraz częściej, od kiedy był w związku z Mary. Kiedyś Jacques zawsze mógł z nim porozmawiać, a teraz ten był zbyt zaabsorbowany swoją pierwszą dziewczyną, by przejmować się jego problemami.
Szatyn wiedział, jak to jest na początku związku, gdy chcesz ciągle przebywać z tą drugą osobą, i tak naprawdę wcale nie był o to na niego zły, ale gdzieś w środku czuł się jednak zawiedziony. I samotny. Nie miał nikogo, poza Nickiem, komu mógłby się zwierzyć. Był tylko on i wyrzuty sumienia, które doprowadzały go do szału. I był też Blake, który sobie z nim igrał i sprawiał, że Jacques nie czuł się dobrze sam ze sobą. Nastolatek chciał z nim porozmawiać, wygarnąć mu i może przeczesać palcami te jego niedorzecznie rozczochrane włosy, ale nie sięgnął nawet po telefon, żeby wysłać mu wiadomość. Nie zamierzał za nim gonić i błagać o uwagę. Mógł poczekać, nawet jeśli już te kilka godzin, które minęły od jego wyjazdu, wyprowadziły go z równowagi.
- Jesteś smutny.
Podskoczył, a ołówek wypadł mu z dłoni i potoczył się pod szafkę.
- C-co?
- Coś cię martwi. – Katherine usiadła obok niego na kanapie i wyciągnęła dłoń, patrząc przy tym na szkicownik. – Mogę?
Jacques kiwnął głową, podając go bez słowa. Jeszcze przed chwilą myślał o tym, jak wplata palce w ciemne włosy mężczyzny i przeczesuje je, a teraz siedział obok matki i coraz bardziej sobą gardził. Często widywał ją, kiedy siedziała na tej samej kanapie, wtulona w bok Blake’a i bawiła się czarnymi kosmykami. W jakiś sposób wyobrażanie sobie tego samego, będąc na jej miejscu w takich codziennych, drobnych gestach, było nawet gorsze od myślenia o brunecie podczas porannej sesji masturbacji.
- Ciekawe. Inne niż zwykle.
- Wiem – mruknął, rzucając okiem na kartkę. – Nie skupiałem się.
- O co chodzi?
- Co masz na myśli? – Spróbował się uśmiechnąć, ale chyba mu nie wyszło, bo jego matka wciąż wyglądała na zatroskaną. – Wszystko jest w porządku.
- Chodzi o Blake’a?
Żaden mięsień na twarzy mu nie drgnął, ale poczuł, jak serce na chwilę zamarło. Przecież nie mogła…
- Co z n-nim? – wydusił, trochę zbyt nerwowo poprawiając koc. Nagle zrobiło mu się zimno.
- Znów coś się między wami popsuło. Nie rozmawiacie tyle, co wcześniej. Nie myśl, że tego nie widzę. – Uśmiechnęła się do niego ciepło i Jacques poczuł, jak całe napięcie z niego opada. Nie wiedziała. – Chodzi o ten ślub?
- Nie.
- Sądzisz, że to za szybko? Bo jeśli…
- Mamo. – Spojrzał jej prosto w oczy, ale zaraz uciekł wzrokiem, bo nagle okazało się to zbyt trudne. – Naprawdę nie o to chodzi.
- Więc o co? Co się dzieje?
- Nic. – Pokręcił głową. – Nie musisz się martwić. Wszystko w porządku.
Katherine westchnęła, uśmiechając się delikatnie, choć był to uśmiech z rodzaju tych smutnych i nostalgicznych.
- Kiedyś mówiliśmy sobie wszystko, pamiętasz? Teraz… coś się zmieniło.
Jacques uśmiechnął się niezręcznie, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Przed pojawieniem się w ich domu Blake’a nie mieli przed sobą żadnych tajemnic, a ich świetnego kontaktu mógł pozazdrościć im każdy. Ale kobieta miała rację – coś się zmieniło, nieodwracalnie.
Nie powiedział nic, dopóki jego matka, wyraźnie zawiedziona, nie wstała i nie ruszyła w stronę schodów prowadzących na piętro. Wtedy odwrócił się i przymknął oczy, czując pieczenie pod powiekami.
- Mamo – szepnął.
- Tak, skarbie? – Katherine odwróciła się, wyglądając na zaskoczoną.
- Zakochałem się.
- Och.
Nastolatek poczuł, jak po jego prawym policzku powoli spływa łza.
- I chciałbym, żeby to minęło. Tak cholernie pragnę tego nie czuć…
Nie wiedział, jak to się stało, że wylądował w objęciach matki, szlochając jej w ramię i mocząc jej koszulę. Dreszcze wstrząsały jego ciałem, a znana, ciepła dłoń gładziła jego plecy, próbując go uspokoić.
- Cii, już dobrze, kochanie. Jestem pewna, że znajdzie się inny chłopiec, który doceni, jak niezwykły jesteś… - Wciąż słyszał jej kojący głos, gdy szeptała słowa pocieszenia, a on nie potrafił zliczyć, ile razy powtarzał „przepraszam” w swoich myślach, pragnąc to wykrzyczeć tak głośno, by usłyszeli go wszyscy sąsiedzi. W tym momencie naprawdę siebie nienawidził.

***

Kilka godzin później musiał przed samym sobą przyznać, że poszło źle. Lily uciekła z płaczem do pokoju, ojciec wściekły wyszedł z domu, choć deszczowa pogoda za oknem do tego nie zachęcała, a matka siedziała na kanapie, bezradnie patrząc na swoje drobne dłonie.
- Robicie jej krzywdę – oznajmił, stojąc po drugiej stronie pomieszczenia. Nie patrzył przy tym na kobietę, ponownie rozglądając się po znanym sobie wnętrzu. Negatywne emocje kotłowały się w nim i najchętniej zapaliłby fajkę, żeby się uspokoić, ale nie miał nawet gdzie.
- Nic nie wiesz. – Sophia odezwała się w końcu, bo do tej pory prawie nic nie mówiła, słuchając jak jej mąż i syn się kłócą. – Przyjeżdżasz tutaj raz na dwa lata i zamierzasz nas uczyć, co jest dobre dla Lily?
- Nie chcę was niczego uczyć. – Prychnął, zaciskając dłonie w pięści. – Ale ona ma szesnaście lat, do cholery! Powinna móc spotykać się z kim chce! Ja miałem wystarczająco mocno przez was przejebane. Nie chcę, żeby ją spotkało to samo.
Kobieta skrzywiła się, jakby ugryzła coś kwaśnego.
- Mógłbyś darować sobie te przekleństwa. – Posłała mu karcące spojrzenie. – Chcemy dla niej jak najlepiej i właśnie dlatego nie pozwalamy jej na wszystko. Tobie dawaliśmy więcej swobody i co z tego wyszło?
Blake uniósł brwi, przesuwając wzrok na swoją matkę, która siedziała na kanapie tak sztywno, jakby połknęła kij.
- Słucham?
- Zarabiasz na pisaniu strasznych, pełnych przemocy książek, żyjesz i mieszkasz bez ślubu z rozwiedzioną kobietą, której syn jest starszy od Lily… Nie wspominając o jego skłonnościach… - Skrzywiła się. – Taki chcesz dać przykład siostrze?
Mężczyzna pokiwał głową, uśmiechając się sztucznie.
- Cieszę się, że w końcu powiedziałaś to głośno. Ale skoro już jesteśmy ze sobą szczerzy… Myślisz, że to ja was zawiodłem; że to ja różnię się od innych? Może czas w końcu się obudzić i zobaczyć, że ludzie na całym świecie tak żyją! Jesteście zaślepieni przez tę waszą pieprzoną religię…
- Nie bluźnij!
- I macie gdzieś, że ludzie wytykają nas palcami! – Kontynuował, zupełnie nie zważając na wtrącenia kobiety. – W szkole nazywali mnie przez was „tym świrem”! – Pokręcił głową. – Nawet nie wiesz, że zniszczyliście mi dzieciństwo…
- Wiem.
- Co?
- Przeczytałam twoją pierwszą książkę. I każdą kolejną.
Blake zbladł, czując, jak cała złość nagle go opuszcza. Przełknął nerwowo ślinę i odwrócił wzrok, nie mogąc dłużej patrzeć na matkę.
- Nie sądziłem, że ją przeczytasz…
- Jesteś moim synem – odpowiedziała, jakby to wszystko tłumaczyło i jakby przed chwilą nie wypominała mu, jak ją rozczarował.
- Czyli… wiesz.
- O twoich… odchyłach? Tak. Myślisz, że dlaczego nie protestowałam, gdy zamieszkałeś z tą kobietą, zanim w ogóle zaczęliście myśleć o jakimkolwiek ślubie? – Prychnęła. – Ona jest twoją szansą na normalność. – Zawahała się. – Ale nie podoba mi się, że mieszkasz z tym chłopakiem. Może mieć na ciebie zły wpływ.
Mężczyzna czuł, jak kręci mu się od tego wszystkiego w głowie. Matka całkowicie go zaskoczyła, a na dodatek wygłosiła kilka zdań, które zapewne oburzyłyby Jacques’a, gdyby ten był na jego miejscu. I choć brunet wiedział, że kobieta nie ma racji, to jednak znów poczuł wyrzuty sumienia przez to, że pociągali go mężczyźni. I tym bardziej wstydził się tego, że wczoraj zareagował na pocałunek nastolatka.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, ale nie musiał. Sophia wstała, wygładziła swoją długą spódnicę i spojrzała na niego chłodno.
- To ty twierdzisz, że zniszczyliśmy ci dzieciństwo. My staraliśmy się tylko wychować cię jak najlepiej w wierze katolickiej. I z Lily robimy tak samo. W tym nie ma nic złego.
I wyszła, a on został sam, przytłoczony świadomością, że jego największy sekret, którego starał się strzec przez lata, tak naprawdę od dawna nie był już sekretem.

***

- Musimy pogadać.
- Ciebie też miło widzieć, Jacques.
Zazwyczaj spotykali się z Nickiem przed lekcjami, żeby móc porozmawiać, zanim rozejdą się do różnych klas, ale tym razem szatyn złapał swojego przyjaciela dopiero w porze lunchu, gdy ten wychodził z pracowni biologicznej.
- Pisałem do ciebie i nie odpisałeś. – Nie chciał mu robić wyrzutów i sam słyszał, jak głupio to zabrzmiało, ale nie potrafił się powstrzymać przed wytknięciem mu tego. Wczoraj miał naprawdę kiepski dzień i potrzebował bruneta obok siebie, ale ten nawet nie odpowiedział na jego wiadomość.
- Serio? – Chłopak spojrzał na swój telefon z zaskoczeniem. – Musiałem całkowicie o tym zapomnieć, wybacz. Coś się stało?
- Ja…
- Nick! Idziemy na stołówkę? – Mary pojawiła się nagle obok wraz ze swoim rozhuśtanym kucykiem, torbą pełną książek i okularami, spoza których Jacques mógł dostrzec jej fałszywe spojrzenie, gdy łaskawie na niego spojrzała. – O, cześć Jacques. Nie zauważyłam cię.
„Jasne” – pomyślał z irytacją szatyn, patrząc na dziewczynę z nie większą sympatią. – „Na pewno ci uwierzę”.
- Muszę…
- Więc? – Dziewczyna po raz kolejny mu przerwała, patrząc na swojego chłopaka wyczekująco. – Mieliśmy zjeść razem lunch. Jak się nie pospieszymy, to skończą się moje ulubione paszteciki.
- Stary, czy to nie może poczekać? – Nick podrapał się po głowie, wyraźnie nie wiedząc, co robić. 
Jacques starał się nie wyglądać na zranionego, gdy usłyszał pytanie przyjaciela, ale nie wiedział, czy udało mu się ukryć swoje prawdziwe uczucia.  Był zaskoczony postawą chłopaka, ale nie zamierzał dać Mary tej satysfakcji. Właśnie dlatego zadarł podbródek, założył ramiona na piersi i twardym, nieznoszącym sprzeciwu, głosem powiedział:
- Nie.
Drugi chłopak uniósł brew i wyraźnie się zawahał, nim w końcu spojrzał prosząco na dziewczynę, jakby to od niej wszystko zależało. Jacques poczuł chociaż odrobinę satysfakcji, gdy zobaczył złość, która wykrzywiła jej twarz.
- Jak chcesz! – burknęła nieprzyjemnie, dźgając palcem ramię zdezorientowanego Nicka. – Tylko dziś do mnie nie przychodź!
Gdy odwróciła się i odeszła, szatyn od razu dostrzegł poczucie winy na twarzy przyjaciela. Miał ochotę potrząsnąć nim, żeby ten w końcu zrozumiał, jak okropna była Mary, ale zamiast tego, nie tracąc czasu, wypalił:
- Pocałowałem go.
- Ty… - Nick wytrzeszczył oczy, na chwilę zapominając o swoich kłopotach z dziewczyną. – Co?!
- Chciałem dobrze… - wymamrotał, czując się głupio pod zdumionym wzrokiem drugiego chłopaka. Wiedział, że ten nie będzie go oceniał, a przynajmniej nie bardziej niż powinien, ale i tak nie chciał znów usłyszeć, że wszystko zepsuł. – Poszedłem z nim porozmawiać i… jakoś tak wyszło. – Wzruszył ramionami.
- Odepchnął cię?
Jacques zagryzł dolną wargę, nie odpowiadając.
- Proszę, powiedz, że cię odepchnął… - Westchnął. – Nie zrobił tego, prawda?
Szatyn pokręcił głową, nie patrząc przy tym w ciemne oczy chłopaka.  
- Odpowiedział na ten pocałunek. Um… bardzo.
- Wy chyba nie…?
- Nie! Oczywiście, że nie!
Nick oparł się o ścianę, przez chwilę wpatrując się w sufit i nic nie mówiąc. W międzyczasie jakieś dwie dziewczyny przeszły obok nich, rozprawiając o zakupach w ostatni piątek, ale żaden z nich nie zwrócił na nie uwagi. W końcu brunet spojrzał na niego, uśmiechając się ze współczuciem.
- Rozmawialiście…?
- Wyjechał.
- Co?
- Odwiedzić Lily. – Wzruszył ramionami, uśmiechając się krzywo. – Nagle.
- Musimy iść się dziś napić – stwierdził nagle brunet, odpychając się od ściany i obejmując go jednym ramieniem. – Wydaje mi się, że trochę alkoholu dobrze nam zrobi. Albo nawet więcej niż trochę.

***

Blake wrócił dopiero po dwóch tygodniach. Jacques słyszał, jak Katherine kłóciła się z nim przez telefon przynajmniej dwa razy, ale nic nie było w stanie zmienić decyzji mężczyzny. Ten nie chciał szybszego powrotu, wymawiając się problemami rodzinnymi, ale chyba nawet matka szatyna już w to nie wierzyła. Z każdym kolejnym dniem wyglądała na coraz bardziej przygnębioną, a on nie mógł nic z tym zrobić. Zresztą, sam wcale nie czuł się lepiej. Dlatego, gdy wrócił w poniedziałek ze szkoły i ujrzał kurtkę bruneta na wieszaku, odetchnął głęboko, czując, jak serce zaczyna bić mu niespokojnie. Paradoksalnie, poczuł się lepiej. A przynajmniej było tak do momentu, dopóki nie zostawił rzeczy w pokoju i nie zszedł do kuchni, żeby odgrzać sobie obiad. Coś było w tym pomieszczeniu, że ciągle się w nim spotykali.
- Wróciłeś - wydusił, zamiast zwyczajnego powitania, gdy tylko ujrzał go opartego o blat. Piekarnik był włączony, więc musiał coś przygotowywać, albo, co bardziej prawdopodobne, odgrzewać. 
- Myślałeś, że nie wrócę? – Blake uniósł brew, ale jego wzrok ominął chłopaka, jakby ten był niewidzialny.  
- Nie, po prostu… - Coś w postawie mężczyzny sprawiało, że nie był w stanie wyartykułować nawet jednego sensownego zdania. Wyczuwał wrogość ze strony Blake’a i czuł się tym przytłoczony. Gdzieś zniknęła jego wojownicza natura; gdzieś przepadł ostry język. Był bezsilny.
- Nie bądź śmieszny, Jacq. Jeden błąd nie sprawi, że nagle wyniosę się na stałe do innego stanu.
- Błąd? – Powtórzył głupio, choć sam też tak myślał o tym pocałunku. A jednak usłyszenie tego od mężczyzny, wypowiedziane chłodnym i obojętnym głosem…
- A jak inaczej powinienem to nazwać? – Brunet wydał z siebie głośne, niewesołe prychnięcie. – I radzę ci z tym skończyć, Jacques.
- Nie rozumiem…
- Nie rozumiesz? – W końcu niebieskie oczy Blake’a spoczęły na twarzy nastolatka, ale ich wyraz nie miał w sobie nic z ciepłych uczuć. – To się więcej nie powtórzy. Poniosło mnie, ale następnym razem już ci się nie uda. – Pokręcił głową. – Naprawdę jesteś tak głupi? Twoja matka to wspaniała osoba, a ty próbujesz zaciągnąć do łóżka jej narzeczonego. Jak egoistycznym i zapatrzonym w siebie gówniarzem musisz być?
- Ja wcale…
- Nie? – Mężczyzna odepchnął się od blatu i zbliżył do niego, wciąż nie odrywając wzroku od jego twarzy. Patrzył na niego tak, jak na początku ich znajomości – jakby znów nim gardził. – Nie wiem, co sobie ubzdurałeś, ale to się nigdy nie wydarzy, Jacq. – Zniżył głos. – Nawet gdybyś nie był jej synem; nawet gdybym nie był z Kath. Nie ma w tobie nic, co mogłoby mnie zainteresować. Rozumiesz? Nic. – Zaśmiał się pod nosem, jakby naprawdę był rozbawiony całą tą sytuacją. – Gdybym miał wybierać między tobą a nią, nigdy bym nie wybrał ciebie. Nie możesz jej w niczym dorównać.
Blake nie krzyczał, nawet nie podniósł głosu i wciąż był zaskakująco spokojny, ale Jacques ze wstydem poczuł, że się trzęsie. Oczy znów go szczypały, grożąc wypłynięciem łez, które już i tak były widoczne, gdy spojrzało mu się w oczy. Wstyd wypełniał go od palców stóp, aż po czubek głowy. A do tego czuł ból – palący ból w piersi, który narastał z każdym powtarzanym w myślach słowem wypowiedzianym przez mężczyznę.
„Nie ma w tobie nic, co mogłoby mnie zainteresować”. „Nic”. „Nigdy bym nie wybrał ciebie”.
Jacques zdusił szloch, który próbował wydobyć mu się z piersi i odwróciwszy się, wybiegł z kuchni i popędził do swojego pokoju. Słyszał za sobą krzyki bruneta, ale nie zatrzymał się, ani tym bardziej nie odwrócił. Miał wrażenie, że zaraz zacznie się dusić od powstrzymywanego płaczu.
„Nic”.
Gdy tylko zatrzasnął drzwi, opadł na kolana i pozwolił płynąc łzom dopóty, dopóki nie miał już czym płakać.

niedziela, 11 marca 2018

Pęknięcia - Rozdział 21

I w końcu jest! Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze i za to, że wciąż mnie czytacie, bo gdyby nie Wy, to z pewnością by mnie tutaj nie było. Zapraszam też na swojego Facebooka, gdzie będę pozwalać sobie na troszkę prywatnych przemyśleń i informować Was o opóźnieniach :D
Pozdrawiam!
_________________________________________________________________

Mary była niezwykle inteligentna, o czym Jacques przekonał się bardzo szybko. Nie mieli wcześniej żadnych zajęć razem, ale najwyraźniej słyszała o nim różne opowieści od innych uczniów. Wiedziała, że ten maluje i w przyszłości chce się tym zajmować zawodowo, co sama traktowała z lekkim lekceważeniem i kpiną, przez co chłopak od razu poczuł, że się nie polubią.
Nie była pięknością, ale nie była też brzydka. Nosiła duże, profesorskie okulary, które dodawały jej uroku, wiązała włosy w koński ogon, ubierała się skromnie i tak naprawdę fizycznie niczym nie wyróżniała się spośród innych dziewczyn, które uczyły się w tej placówce. Miała jednak jedną z najlepszych średnich w szkole, była cwana i potrafiła manipulować ludźmi. A przede wszystkim umiała sterować Nickiem, który zupełnie nie był świadom, że stał się jej chłopcem na posyłki i spełnia każdą jej zachciankę.
Jacques naprawdę starał się obdarzyć ją chociaż cieniem sympatii i zrozumieć tę dziwaczną relację, ale nie potrafił. Z opowieści przyjaciela wiedział, że ten wpadł na dziewczynę, gdy sprawdzał coś na telefonie, przewrócił ją, a kiedy spojrzał w jej piękne oczy (według szatyna nie było w nich nic wyjątkowego, a już na pewno nie dorównywały oczom Blake’a), to całkowicie przepadł. Później na stołówce dostrzegł ją, rozmawiającą z Susan i dzięki tej drugiej się poznali. Wystarczył tydzień, dwie randki i zostali parą. Jacques’owi wciąż trudno było w to uwierzyć.
Nick nigdy nie był w żadnym związku, nigdy też nie był poważnie zainteresowany żadną dziewczyną i szatyn właśnie tym próbował sobie tłumaczyć zauroczenie przyjaciela. Poza tym nie chciał wtrącać się w jego życie i relację, która tak naprawdę dopiero się zaczynała. Nie sądził, by jego osobista opinia o Mary miała jakiekolwiek znaczenie w momencie, gdy brunet był w nią całkowicie zapatrzony i nie myślał racjonalnie. Poza tym, nawet gdyby chciał z nim o tym porozmawiać, to brakowało mu okazji, bo dziewczyna w pełni absorbowała jego uwagę i czas. Tak naprawdę dopiero po niemalże tygodniu, w weekend, spotkali się w domu Nicka i mogli w końcu porozmawiać w cztery oczy. Jacques’a niezmiernie drażniło, że ta dwójka spędza ze sobą każdą sekundę, przez co nie mógł powiedzieć przyjacielowi o ostatnim wydarzeniu z Blakiem. A kiedy już powiedział, to zaczął tego żałować.
- Nie sądzisz, że trochę przesadzasz? – Nick siedział na łóżku, z jednym kolanem podciągniętym pod brodę, i obierał jabłko. Brzmiał jednak na poważnego, gdy zadawał mu to pytanie, co zupełnie kontrastowało z jego luźną postawą.
- Z czym? – Jacques poruszył się nerwowo na krześle, jakby nie spodziewał się takiego tonu po swoim najlepszym przyjacielu.
- Ze wszystkim. Gdy mi to opowiadałeś, brzmiałeś tak, jakbyś na coś liczył.
- Na nic nie liczę.
- Na pewno? – Brunet spojrzał na niego z politowaniem. – Miesiąc temu dowiedziałeś się, że biorą ślub. Twoja matka za niego wychodzi, Jacques. Nie wiem, co on odpierdala, ale myślę, że nie powinieneś brać tego do siebie.
- Wcale nie biorę tego do siebie… - wymamrotał, choć jakaś jego część podpowiadała mu, że było inaczej. Ten intymny dotyk mężczyzny wpłynął na niego bardziej, niż by tego chciał i Nick miał, niestety, sporo racji.
- Nie możesz robić sobie nadziei, bo nic z tego nie będzie i musisz mieć tego świadomość. A on nie ma prawa dawać ci złudzeń, jakbyś był jakąś pieprzoną zabawką. – Chłopak posłał mu zirytowane spojrzenie. – Powinieneś z nim o tym pogadać, bo to naprawdę zabrnęło za daleko.
- Od kiedy stałeś się takim znawcą w relacjach międzyludzkich, co? – burknął, markotniejąc. Wszystko, co powiedział jego przyjaciel, brzmiało racjonalnie, ale sam już nie był pewien, czy bardziej pragnie szczerości, czy może dalszego karmienia się złudzeniami.
Nick westchnął, odkładając nóż na szafkę nocną.
- Po prostu się martwię, stary. Kiedy wróciliście z waszej wycieczki i powiedziałeś mi o pocałunku, byłem przekonany, że po prostu cię poniosło i ci przejdzie. Ale obaj wiemy, że nie przeszło…
- Możemy zmienić temat? – Wszedł na łóżko i usiadł obok chłopaka, podkradając mu kawałek owocu.
- Sam zacząłeś, ale niech ci będzie. – Nick wzruszył ramionami, choć po jego tonie można było wywnioskować, co myśli o zachowaniu swojego przyjaciela. Jacques nie znosił tych momentów, gdy brunet był aż przesadnie racjonalny i wytykał mu błędy. – O czym chcesz w takim razie pogadać?
- Wysłałeś już podania na studia?
- A ty jeszcze nie?!
- Um… - Szatyn wzruszył ramionami i przygryzł dolną wargę. – Nie miałem czasu…?
- Boże, gorzej niż z dzieckiem, naprawdę. Co tym masz w głowie? Albo nie, dobra, nie odpowiadaj. Wolę nie wiedzieć.
- Zrobię to jeszcze dziś. Po prostu… wciąż się waham.
- To znaczy? – Dłoń z kawałkiem jabłka zatrzymała się w drodze do ust chłopaka. – Sądziłem, że wiesz doskonale, czego chcesz…
- Tak, ale… - Jacques westchnął, nie patrząc na przyjaciela. – Myślałem nad Nowym Jorkiem.
- Przecież mówiłeś, że tutaj są najlepsi artyści, od których chciałbyś się uczyć!
- Wiem, ale…
- Nie możesz przez niego zrezygnować ze swoich marzeń! Zwariowałeś?!
- Czy możesz choć na chwilę się zamknąć i przestać mnie opieprzać?! – burknął, patrząc z irytacją na bruneta. – Nie jestem idiotą i wiem, że to głupie. Ale wcale nie czuje się lepiej, gdy oglądam ich razem, rozumiesz? Mogę wynająć jakieś mieszkanie w centrum, ale ciągle będziemy się widywać, a kilometry… kilometry by to uniemożliwiły. Zresztą, myślisz, że chcę to robić? Naprawdę wolę Chicago. Poza tym tęskniłbym za mamą i tobą… - Westchnął. – Nie wiem, Nick. Może mi przejdzie.
- A gdybyś zaczął się z kimś umawiać…?
- To ma mi pomóc?
Brunet wzruszył ramionami i odgarnął przydługie włosy z czoła.
- Nie wiem, stary. Może poznasz kogoś, kto kompletnie zawróci ci w głowie. – Uśmiechnął się z wyraźnym rozczuleniem. – Jak mi Mary.
- Ta… Może. Widzicie się dzisiaj?
- Tak, ma wpaść za jakąś godzinę. Będziemy oglądać filmy. Zostaniesz z nami?
- Żeby patrzeć, jak się do siebie ślinicie? Nie, dzięki. – Wyszczerzył się do niego i od razu poczuł w odpowiedzi szturchnięcie w bok. – No co?
- Nie bądź większym dupkiem, niż jesteś. - Objął Jacques’a ramieniem, przyciskając go mocno do siebie. – Naprawdę chcę, żebyście się zaprzyjaźnili.
- Wiem. – Nie miał pojęcia, jak ma uświadomić drugiego chłopaka, że nigdy nie dogada się z jego cwaną dziewczyną. – Po prostu muszę na spokojnie wszystko przemyśleć. I wysłać te podania.
- Czas najwyższy. – Brunet pokiwał ze zrozumieniem głową, choć wyglądał na nieco zawiedzionego. – Tylko nie rób nic głupiego.
- Ja? – Szatyn uniósł brew, teatralnie przykładając dłoń do piersi. – Za kogo ty mnie masz? Nigdy!
- Oj, chciałbym, żeby to była prawda, stary. Naprawdę chciałbym.

***

Po powrocie do domu nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Odgrzał zapiekankę ziemniaczaną, którą znalazł w lodówce i zamknął się w swoim pokoju, oglądając kolejny odcinek „Riverdale”. Ostatecznie śledzenie nastoletnich dramatów było nawet lepsze od miski z lodami, a przynajmniej tak mu się wydawało, gdy znów śmiał się z przesadnych reakcji bohaterów.
Mamy ostatnio ciągle nie było, Blake też gdzieś przepadł, więc miał cały dom dla siebie, ale nie mógł się w nim odnaleźć. Po skończonym odcinku przebrał się i przeszedł do swojej pracowni, w której wciąż znajdowały się dwa nieukończone obrazy. Wystarczyło mu jednak pół godziny siedzenia przed na wpół pomalowanym płótnem, by zrozumieć, że nic z tego nie będzie. Nie potrafił przestać myśleć o rozmowie z Nickiem i tym, że ten miał rację. Jacques nie umiał rozgryźć zachowania starszego mężczyzny, który ciągle dawał mu sprzeczne sygnały, budząc w nim nadzieje na coś, co i tak nie było możliwe. A przy tym wciąż unikali tego tematu, jakby nie istniał, choć obaj wiedzieli, że to nieprawda. Chyba w końcu któryś z nich powinien to zmienić i chłopak wyczuwał, że to będzie jego zadanie.
Odrzucił pędzel na bok, zupełnie nie przejmując się tym, że farba na nim zaschnie, a na jednej z szafek powstanie kolejna ciemna plama. Zdjął z siebie fartuch i przeciągnął się, myśląc o tym, że potrzebuje jakoś zabić czas do powrotu Blake’a, skoro i tak nie mógł się na niczym skupić. Gorąca kąpiel wydawała się najlepszym wyborem, bo czuł spięcie w całym ciele i ból w okolicach lewej łopatki. Miał nadzieję, że po tym będzie lepiej. Przynajmniej fizycznie, bo do komfortu psychicznego potrzebował czegoś znacznie lepszego.

***

Nie usłyszał, kiedy mężczyzna wrócił, więc gdy zszedł do kuchni, żeby przygotować sobie kakao, widok Blake’a stojącego przy ekspresie do kawy, całkowicie go zaskoczył.
- Hej – mruknął i odchrząknął nerwowo, sięgając do górnej szafki po ulubiony kubek.
- Hej. – Zaraz też usłyszał odpowiedź i wyczuł na sobie wzrok bruneta. Od tygodnia się mijali, podświadomie unikając swojej obecności, więc można było teraz wyczuć napięcie pomiędzy nimi, które wzmagało nerwowość nastolatka.
- Wiesz, o której wróci mama?
- Nie.
Jacques wyciągnął mleko z lodówki, wlał je do kubka i wstawił do mikrofalówki. Cały czas czuł przy tym obecność mężczyzny, który znajdował się niecały metr od niego. Zwilżył wargi językiem, nim stanął przodem do bruneta, zakładając ramiona na klatkę piersiową.
- Chyba musimy porozmawiać.
Obserwował uważnie twarz Blake’a i jego postawę, ale nic się w nim nie zmieniło. Wciąż był pochłonięty ekspresem, który nie wymagał od niego żadnej uwagi.
- O czym?
- Wiesz, o czym.
Mogło mu się tylko wydawać, ale miał wrażenie, że szczęka mężczyzny poruszyła się, jakby ten zacisnął na chwilę zęby. Ale nic więcej – wciąż na niego nie patrzył, wciąż stał z dłońmi wsuniętymi w kieszenie eleganckich spodni. Szatyn dopiero teraz tak naprawdę dostrzegł, że ten prezentuje się inaczej niż zwykle, bardziej elegancko. Lubił go w takim wydaniu.
- Nie wiem, o czym mówisz. – Blake w końcu zdobył się na odpowiedź, patrząc przy tym na niego z wyraźną kpiną. – Jeśli masz jakiś problem, to możesz się wyżalić swoim psiapsiółkom, a mi dać spokój, bo nie mam siły na nastoletnie dramaty.
Chłopak zmiął w ustach przekleństwo, nie chcąc dać się sprowokować. Długo myślał nad tym, co powiedział mu przyjaciel i musiał w końcu porozmawiać z mężczyzną. Nie mogli wiecznie uciekać od tego tematu, bo to go wykańczało. Chciał wiedzieć, na czym stoi.
- Nie zachowuj się jak dupek – burknął w końcu, ale zanim zdążył dodać coś jeszcze, mikrofalówka piknęła, a on musiał wyciągnąć gorące mleko. Wsypał do niego trzy łyżki kakao i zamieszał, wciąż obserwując bruneta, który wlał kawę do swojego kubka i zaczął kierować się w stronę wyjścia, jakby uważał rozmowę za zakończoną. To tylko dodatkowo zdenerwowało nastolatka, który niewiele myśląc, zostawił kakao na blacie i podążył za narzeczonym swojej matki. Szarpnął go za ramię, na chwilę zapominając o tym, że ten niesie wrzącą kawę.
- Kurwa! – Blake krzyknął, gdy gorący płyn wylądował na podłodze, a niektóre krople znalazły się na jego spodniach. – Pojebało cię?!
- Cholera, nie chciałem – wydusił Jacques, patrząc na niego z poczuciem winy wymalowanym na twarzy. – Przepraszam, naprawdę. Poparzyłeś się?
- A wyglądam, jakbym się poparzył?! – Mężczyzna posłał mu wściekłe spojrzenie i wyminął go, odstawiając kubek z resztkami na blat. Otworzył dolną szafkę i wyciągnął szmatkę, którą zaczął wycierać podłogę. – Przesuń się.
Jacques posłusznie usunął się w bok, patrząc bezradnie na swoje dłonie. Gdy myślał wcześniej o tej rozmowie i układał przeróżne scenariusze, nie tak to sobie wyobrażał. Tak naprawdę nawet nie zaczęli rozmawiać, a on już czuł, że wszystko zepsuł. Ale wiedział też, że nie może teraz tego zostawić, gdy już zaczął. Był pewien, że później stchórzy.
- Naprawdę nie chciałem, wybacz.
- Taa…
- Ale musimy porozmawiać, Blake.
- O czym, do cholery, chcesz rozmawiać?!
- Zakochałem się w tobie.
Jacques sam nie spodziewał się tych słów. Miał wrażenie, że wypłynęło to z jego ust bez udziału mózgu, a przy tym zabrzmiało tak żałośnie, że poczuł, jak policzki czerwienieją mu z zażenowania, choć wcale nie należał do ludzi, którzy często się rumienią. Mężczyzna natomiast, dla kontrastu, zbladł i stał przed nim bezradnie z brudną szmatą w prawej dłoni, wyglądając na zbyt zszokowanego, by zrobić cokolwiek.
Cisza przedłużała się, ale żaden z nich nie potrafił jej przerwać. Atmosfera w pomieszczeniu stała się tak napięta i przytłaczająca, że dalsze stanie w kuchni wydawało się ponad ich siły. Mimo to wciąż stali i patrzyli na siebie, jakby ktoś przytwierdził ich do podłogi. W końcu jednak brunet odchrząknął i przeczesał włosy lewą dłonią.
- Nie masz pojęcia, o czym mówisz – wymamrotał, a złość, która jeszcze przed chwilą była słyszalna w jego głosie, zniknęła.
- Sam w to nie wierzysz.
Blake pokręcił głową, patrząc na niego z dezaprobatą.
- Musisz przestać to robić.
- Co?
- Patrzeć na mnie, jakbyś czegoś oczekiwał; wmawiać sobie rzeczy, których nie ma.
Jacques parsknął, choć wcale nie był rozbawiony. W tym momencie był cholernie poważny, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z absurdalności całej sytuacji.
- Wmawiać sobie? – Uniósł brew. – Przestanę sobie wmawiać, gdy ty przestaniesz zachowywać się tak… tak, jakbyś robił mi nadzieję.
- Nie robię ci żadnej nadziei, Jacq. Jesteś synem mojej narzeczonej i tak cię traktuje. Może przez poprawę naszej relacji mogłeś odnieść…
Blake nie miał szansy, by skończyć swoją wypowiedź, ponieważ szatyn po raz kolejny zadziałał impulsywnie i pokonawszy odstęp między nimi w dwóch krokach, złapał bruneta za koszulę i przyciągnął do pocałunku. Jeśli choć przez chwilę myślał (o ile w ogóle to robił), że będzie jak ostatnim razem, to się mylił. Mężczyzna wcale nie odepchnął go ani nie pozostał bierny. Wręcz przeciwnie, od razu zareagował, oddając pocałunek i przyciskając go do siebie.
Nastolatkowi kręciło się od tego wszystkiego w głowie. Czuł natarczywe wargi Blake’a, jego niecierpliwy język i dłoń zaciśniętą na swoich włosach. Sam zarzucił ramiona na jego kark, poddając mu się w zupełności i pozwalając mu popchnąć się w stronę szafek, aż jego biodra uderzyły o blat. Cały ten pocałunek był szaleńczy, pełen namiętności i Jacques czuł, jak dreszcze podniecenia przechodzą przez jego ciało. Nie zastanawiał się nad niczym, poddając się chwili i sprawnym wargom mężczyzny, który całował go tak, jak chyba jeszcze nikt przed nim.
Nie mógł dłużej się powstrzymać i w końcu wydał z siebie jęk pełen potrzeby, a wtedy Blake się odsunął. Jego kobaltowe oczy były zamglone, usta mocno zaczerwienione… Zanim miał szansę lepiej mu się przyjrzeć, mężczyzna otarł wargi wierzchem dłoni, odwrócił się i bez słowa odszedł. Po chwili Jacques usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi wejściowych.
Dotknął palcami mrowiących ust, patrząc bezradnie na szmatę leżącą na podłodze i niedokładnie startą kawę. Wcześniej rozważał różne scenariusze tej rozmowy, ale takiego zakończenia nawet on nie był w stanie przewidzieć.

***

Noc minęła mu bardzo niespokojnie. Nie mógł zasnąć, wiercił się bezradnie na łóżku, a jego głowę wypełniały tysiące sprzecznych myśli. Wciąż rozpamiętywał ten pocałunek, który zarówno wywoływał ciepło w jego klatce piersiowej, jak i ból, którego centrum nie potrafił zidentyfikować. Chciał posłuchać Nicka, porozmawiać z mężczyzną i ustalić w końcu jakieś granice, a zamiast tego był jeszcze bardziej skołowany niż przedtem.
Z jednej strony ten pocałunek był potwierdzeniem czegoś, co Jacques podejrzewał już wcześniej, choć bał się o tym myśleć – nie był obojętny Blake’owi. Nie wiedział, czy chodziło tylko o fizyczną fascynację, czy może o coś więcej, ale z pewnością działał na niego, czego potwierdzeniem było to, co wydarzyło się w kuchni. Ale z drugiej strony to nic nie zmieniało. Mężczyzna dał mu wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza się do niczego przyznawać, idąc w zaparte i szatyn domyślał się, że to nie ulegnie zmianie. Zresztą, Blake miał trochę racji. Nie mógł niczego od niego oczekiwać, bo ten był z jego matką. A ostatecznie to on zainicjował pocałunek i to on był wszystkiemu winien. Tylko po co na niego odpowiedział?
Gdy w niedzielny poranek zszedł do kuchni, ujrzał swoją mamę przygotowującą śniadanie. Przełknął nerwowo ślinę, czując, jak wyrzuty sumienia zalewają jego umysł. Nie potrafił spojrzeć jej w oczy, gdy mamrotał ciche „hej” i całował jej policzek. Jeśli ostatnim razem mógł zasłaniać się alkoholem, to teraz nie miał żadnej wymówki. Całował się z jej przyszłym mężem. Czuł się jak najgorszy syn na świecie.
- Blake do nas nie dołączy? – zapytał, wyciągając z lodówki sok pomarańczowy.
- Wyjechał.
Obrócił się tak gwałtownie, że niemal wypuścił butelkę z dłoni.
- Jak to? – wydusił, starając się nie brzmieć jak osoba, którą to jakoś szczególnie interesuje, ale wiedział, że mu się nie udało.
Katherine wzruszyła ramionami.
- Też byłam zaskoczona. – Nie wyglądała na zadowoloną, co świadczyło o tym, że mężczyzna nie poinformował jej wcześniej o swoich planach. – Po prostu stwierdził, że nie jest w stanie rozwiązać problemów Lily na odległość i musi tam lecieć. – Wskazała palcem na naleśniki. – Chcesz z masłem orzechowym?
- Tak, poproszę – wymamrotał, czując, jak coś ciężkiego opada mu w piersi. Pokręcił głową, w końcu zamykając lodówkę. – Tchórz.
- Coś mówiłeś?
- Nie, nie – zaprzeczył. – Dzięki za śniadanie.

Gdy wrócił do swojego pokoju, włączył komputer i wszedł na stronę Akademii w Nowym Jorku. Może Nick miał rację i porzucanie swoich marzeń przez sytuację, w której się znalazł, było głupie, ale złożenie podania jeszcze niczego nie przesądzało. Jacques czuł, że potrzebuje jakiegoś zabezpieczenia na przyszłość, bo naprawdę nie był już w stanie określić, w jakim kierunku zmierza jego życie. Wiedział tylko, kto w nim najbardziej miesza i nie miał pojęcia, jak temu zaradzić.