niedziela, 19 marca 2017

Przerwa

Bardzo nie chciałam tego robić, ale niestety jestem do tego zmuszona. Nie chodzi tylko o brak czasu, ale też o wenę i zupełną pustkę w głowie, gdy myślę o "Pęknięciach". Myślę, że potrzebuję chwili, żeby to jakoś ogarnąć. Właśnie dlatego robię przerwę i wrócę tutaj po maturach. Ostatnią mam 17 maja, więc myślę, że jeszcze przed końcem tego miesiąca powinien pojawić się kolejny rozdział. Mam nadzieję, że przynajmniej część z Was będzie czekać i będę miała do kogo wrócić :P
Przy okazji bardzo dziękuję za wszystkie komentarze! Pamiętajcie - wolę przeczytać, że Wam się nie podobało, niż nie przeczytać zupełnie niczego.
Możliwe, że w trakcie przerwy pojawi się jakiś krótki tekst, ale nic nie obiecuję.
Pozdrawiam!

poniedziałek, 6 marca 2017

Pęknięcia - Rozdział 13

Rozdział wymagał wielu poprawek i jeszcze mi się rozrósł, co zapewne przepłacę oceną ze sprawdzianu z wosu (konflikty międzynarodowe to zmora), ale mam nadzieję, że wszystko przynajmniej trzyma się kupy.
Dziękuję wszystkim za komentarze i cieszę się, że wykazujecie się taką cierpliwością, jeśli chodzi o moją nieregularność w dodawaniu rozdziałów :D
Pozdrawiam!
____________________________________________________________

- Dlaczego pseudonim?
Wzruszył ramionami.
- Rodzice. 
Minęły dwa dni od grilla, którego spędzili z rodziną Nate’a. Było ładne, gorące popołudnie, a oni siedzieli na werandzie i rozmawiali. To było tak surrealistyczne dla Blake’a, gdy o tym myślał – jeszcze tydzień temu nie byli w stanie usiąść przy jednym stole bez rzucania sobie nienawistnych spojrzeń, a teraz spokojnie spędzali ze sobą czas i gawędzili, choć oczywiście nie obyło się bez drobnych złośliwości, które stały się dla nich całkowicie naturalne.
Dostrzegł jego uniesioną brew, więc domyślił się, że Jacq oczekiwał czegoś więcej, niż zdawkowej odpowiedzi. I tak wyjaśniała ona więcej, niż gdyby odpowiedział w ten sposób przypadkowej osobie, bo chłopak poznał jego rodziców i wyrobił już sobie o nich opinię, ale najwyraźniej go to nie zadowoliło. Mężczyzna nie musiał oczywiście niczego wyjaśniać, ale i tak to zrobił.
- Mój ojciec jest inżynierem – zaczął, wpatrując się w strzeliste szczyty gór, które były widoczne z oddali. – Zawsze uważał, że mężczyzna powinien mieć męskie zajęcie i utrzymywać rodzinę. Tak, wiem, to śmieszne. – Przeniósł wzrok na jego rozbawioną minę. Domyślał się, że właśnie taką reakcję wywoła, skoro Jacques był nieukrywającym się gejem, jego matka całe życie pracowała i akceptowała go w pełni. U niego nigdy tak nie było. – Chciał, żebym poszedł w jego ślady i irytowała go moja niechęć. – Wzruszył ramionami. – Matka za to chciała, żebym został księdzem.
Widział, jak kąciki ust chłopaka unosiły się, jak jego uśmiech się poszerzał, aż w końcu nie wytrzymał parsknął głośnym śmiechem.
- Ty? K-księdzem? – wydusił.
Blake podrapał się po klatce piersiowej okrytej materiałem koszulki. Od kiedy doszło do „incydentu”, o którym obaj nie zamierzali wspominać, przestał chodzić z odkrytym torsem, czując się dzięki temu mniej odsłoniętym.
- Wyglądałbym gorąco w sutannie… - mruknął, pozwalając sobie na pewny siebie uśmieszek. – Deprawowałbym wszystkie parafianki.
- Daj spokój. – Nastolatek prychnął i machnął dłonią, jakby odganiał natrętną muchę. Jego zmarszczone brwi wskazywały na to, że pomyślał o czymś jeszcze, ale mężczyzna nie miał śmiałości o to zapytać. – Szybko by się na tobie poznały. – Pokręcił głową. – Nieważne. Co z twoimi rodzicami?
- Jestem raczej rozczarowującym synem, bo nie spełniłem żadnego z ich marzeń. Kiedy zacząłem studiować, wtedy poważniej pomyślałem o pisarstwie jako czymś, co może być moim stałym zajęciem, a nie hobby. Ale kiedy było już wiadomo, że faktycznie moja powieść jest coś warta, mam coś wydać… Cóż, pomyślałem wtedy o moich rodzicach czytających akurat TĘ książkę… - Spojrzał na niego znacząco. – Nie, nawet im o tym nie powiedziałem.
- Odniosłeś sukces i nie powiedziałeś o tym swoim rodzicom?
Brunet spojrzał na niego uważniej. Oczywistym było, że chłopak tego nie rozumiał, skoro Katherine od razu zaakceptowała jego wybór i robiła wszystko, by Jacques mógł zostać artystą. Była wspaniałą matką, to musiał jej przyznać. Nawet jeśli czasem za bardzo popuszczała szczeniakowi i ten wchodził jej na głowę.
- Nie. I stąd wziął się również mój pseudonim – pomyślałem o tym, jak matka wychodzi z kościoła, a jakaś wścibska sąsiadka zaczepia ją i pokazuje, co znalazła w księgarni. Pyta, czy to jej syn, opowiada o czym jest ta książka, a moja matka zalewa się łzami. – Uśmiechnął się gorzko. To mogłoby się zdarzyć naprawdę, wiedział o tym. – Ojciec nigdy by mi nie wybaczył tego wstydu, który bym im przyniósł.
- To… - Jacques pokręcił głową – okropne.
- A to jest naprawdę niezłe – Blake zmienił nagle temat, wskazując dłonią na blok i jedną z kartek, na której Jacq szkicował krajobraz, który był widoczny z werandy. Na pierwszym planie znalazły się drzewa, różnego rodzaju krzewy i bujna roślinność, która nie była może aż tak dokładnie widoczna w rzeczywistości, ale najwyraźniej użył do tego wyobraźni. Dalej były góry – duże, ostre, może nawet nieco przerażające, jakby szatyn chciał oddać ich drugą naturę. Trudno byłoby nie przyznać mu talentu.
- Nudziło mi się. – Nastolatek wzruszył ramionami, tak naprawdę niezbyt przywiązany do tego szkicu. Dobrze wiedział, że w jego tymczasowym pokoju znajduje się rysunek, który pochłaniał go znacznie bardziej niż jakiś tam krajobraz. – Ale wracając… Z tego co wiem, twoi rodzice wiedzą, czym się zajmujesz, prawda?
Blake westchnął, krzywiąc się.
-  Druga książka. Niemal kolejny debiut, bo tym razem był to kryminał. Nadal nie rozumiem, dlaczego to zrobiła. Mówiła, że pokłóciła się z nimi…
- Kto? – Jacques wtrącił się, patrząc na niego z niezrozumieniem.
- Lily. – Rzucił mu zniecierpliwione spojrzenie. – Pokazała im moją książkę. Mama była zawiedziona, że o niczym jej nie powiedziałem, ale tylko dopóki nie przeczytała… Chyba nie sądziła, że jej syn może pisać o krwawych morderstwach, prostytutkach i innych „grzechach”, o których ona nawet bała się mówić.
Odchylił głowę i zmrużył oczy. Dzień wcześniej Nate zadał mu takie samo pytanie jak Jacq. Spojrzał wtedy na niego, uśmiechnął się i odpowiedział, że ceni sobie swoją prywatność. Nie rozwinął swojej wypowiedzi i temat skończył się równie szybko, jak się zaczął. Jemu nie powiedział nawet części prawdy, a Jacquesowi… Był wyjątkowo szczery i nawet nie do końca był w stanie powiedzieć, co takiego to spowodowało. Nie czuł się jednak źle z tym, że akurat jemu postanowił o tym opowiedzieć. Pomimo ich wspólnej historii czuł, że chłopak nikomu tego nie rozpowie.
- Ale poznali twój pseudonim. – Szatyn dalej nie rozumiał. – Przecież bez problemu mogli przeczytać „W poszukiwaniu”, więc…
Blake pokręcił głową, niemal rozbawiony. Przypuszczał, że komuś z zewnątrz ciężko było zrozumieć bycie częścią tak specyficznej rodziny, która całe swoje życie podporządkowała religii.
- Nadal nie łapiesz? Oni nie czytali innych moich książek. Nie chcieli i nadal nie chcą, dopóki nie zacznę pisać czegoś wartościowego. – Wzruszył ramionami. – To są dokładnie ich słowa.
Kiedyś bardziej się tym przejmował. Bolało go, że jego jedyna rodzina, o którą zawsze starał się dbać; która niszczyła mu życie, gdy chodził do szkoły, nie docenia jego pracy. Lily lubiła jego książki, zawsze je chwaliła, ale rodzice… Ich pogarda wobec jego pasji i zajęcia była cholernie bolesna. Z czasem zaczął jednak obojętnieć na to, aż przestał się przejmować, ignorując bliskich. To był jeden z wielu powodów, przez które przestał odwiedzać rodzinne strony.
- To jest… popierdolone.
Jacq wyglądał na wstrząśniętego i tak też się czuł. Nie zastanawiał się nad tym, dlaczego Blake postanowił mu to wszystko opowiedzieć. Bardziej myślał o jego szurniętej rodzinie, która gardziła pracą swojego jedynego syna. A przecież ten nie miał się czego wstydzić! Szatyn czytał jego książkę i mógł szczerze przyznać, że była to dobra powieść. Mężczyzna był poczytnym pisarzem, miał wielu fanów… A jego rodzice nie chcieli nawet przeczytać jego powieści. Nie był w stanie tego pojąć. Dla niego takie zachowanie było abstrakcyjne.
Gdy Jacques cały czas starał sobie uzmysłowić postępowanie rodziców Blake’a i Lily, mężczyzna przyglądał się emocjom pojawiającym się na twarzy nastolatka. To naprawdę było dla niego szokujące i wyglądał na bardziej przejętego, niż brunet mógłby się po nim spodziewać. W jakiś sposób było to pokrzepiające.
- Daj spokój. – Prychnął. – Przyzwyczaiłem się.
- A jeśli kiedyś przeczytają coś więcej? Co wtedy?
- Nie przeczytają. – Prawie się uśmiechnął. – Gdyby jednak nagle przestali widzieć diabła w moich powieściach, to trudno. Nic nie mógłbym z tym zrobić. W ostateczności by się mnie wyrzekli i tyle.
Jacques pokiwał głową, w tym momencie naprawdę mu współczując. Czy był tak dobrym aktorem, czy naprawdę się nie przejmował? Nie wiedział. Nieważne dla niego było, że mężczyzna miał trzydzieści pięć lat i mówił, że poradził sobie już z tą sytuacją – dla Jacqa świństwem było to, jak zachowują się wobec niego jego rodzice. Gdyby Katherine tak go traktowała, nigdy by się do niej nie odezwał.
- A mama? – Zapytał nagle, znów spoglądając na niego z zainteresowaniem. Nie sądził, że głupie pytanie o pseudonim doprowadzi do tak szczerej (jednostronnej) rozmowy. – Czytała „W poszukiwaniu”?
Blake kiwnął głową.
- Co jej powiedziałeś? Znaczy… no wiesz. – Machnął dłonią.
- To, co wszystkim – że długo myślałem nad tą historią, która jest całkowicie fikcyjna. – Spojrzał poważniej na nastolatka. – Nie chcę, żeby się dowiedziała, rozumiesz?
Jacques nie odpowiedział. Podciągnął nogę pod siebie, stawiając stopę na ławce, a brodę układając na kolanie. Zapatrzył się w drogę, która prowadziła do wszystkich domków. Nie zamierzał mówić mamie o tym, co powiedziała mu Lily. To nie była jego tajemnica, a Blake najwyraźniej mu zaufał, skoro odpowiedział tak szczerze na jego pytanie. A może chodziło o to, że nikt nie wiedział o jego orientacji i nigdy nie miał się komu zwierzyć?
- Ale teraz już zna twoją rodzinę… - mruknął, nie patrząc na niego. – Myślisz, że się nie domyśli?
- Nie wiem. – Westchnął. – Zobaczymy.
- Ja bym się domyślił. – Uśmiechnął się pod nosem i przekręcił głowę, ponownie skupiając swój wzrok na nim. Włosy miał zupełnie nieuczesane, podkoszulek luźny i wytarty, do tego jednodniowy zarost, którego zapewne nie chciało mu się zgolić… Jak zwykle wyglądał niechlujnie i Jacques kiedyś skrzywiłby się na ten widok, ale chyba już się przyzwyczaił. Co więcej, czuł coś dziwnego w środku, gdy przyglądał się jego twarzy. Był przystojny – miał silne, męskie rysy i duże, kobaltowe oczy. Górną wargę miał nieco węższą, a na nosie kilka piegów, zapewne od słońca. Z każdym dniem dostrzegał coraz więcej szczegółów i było to coraz bardziej niepokojące.
- Gapisz się.
Zamrugał i pospiesznie odwrócił wzrok.
- Wcale nie – burknął, wydymając dolną wargę jak nadąsane dziecko.
- Siemka! – Obaj zwrócili się w kierunku Nate’a, który szedł właśnie do nich od strony swojego domku. Nie mógł poczekać z przywitaniem się, najwyraźniej mając potrzebę wrzeszczenia, ale Jacq i tak był mu wdzięczny – wolał nie tłumaczyć się Blake’owi, dlaczego wpatrywał się w niego jak w obrazek. Nie był przecież tym natrętnym blondynem, który uśmiechał się do niego marzycielsko i właśnie stanął obok nich, szczerząc się. Miał na sobie tylko i wyłącznie krótkie spodenki do kolan i znów wyglądał, jak pieprzone słoneczko.
- Hej. – Blake uśmiechnął się automatycznie, jakby widok Nate’a sprawiał mu przyjemność, czego szatyn nadal nie potrafił zrozumieć. – Co tam?
- Siemka. Zapomniałem rano się zapytać… - Podrapał się po głowie. – Co powiecie na wspólny wypad nad jezioro? Teraz?
Jacq, który bąknął krótkie „cześć” i ostentacyjnie obrócił się w stronę swojego szkicu, poprawiając kontury jednego z drzew, uniósł głowę i spojrzał na „gościa” ze zmarszczonymi brwiami.
- Teraz?
Blondyn entuzjastycznie pokiwał głową.
- Nie jest już tak gorąco, można popływać… Będzie świetnie! Poza tym jutro wyjeżdżamy i…
- Jutro? – Uniósł brew.
- Taa… - Uśmiech mu nieco zbladł. – Wynajęliśmy domek tylko na tydzień, niestety. Szybko minęło.
Jacques pokiwał głową, w duchu dziwnie zadowolony. Mógł znosić obecność Nate’a, ale nie podobało mu się, jak patrzył na Blake’a. W szczególności, że ten bardzo lubił jego towarzystwo. A on… cóż, był synem narzeczonej bruneta. Chodziło tylko o Katherine, oczywiście. Nic więcej.
- Jasne. Z chęcią sobie popływam. Jacq zresztą też.
- Słucham? – Uniósł brew, zakładając ramiona na piersi. – Od kiedy jesteś moim adwokatem? Nigdzie nie jadę.
Mężczyzna wywrócił oczami, zniecierpliwiony.
- Przestań zachowywać się jak dziecko. Minął tydzień, a my nie ruszyliśmy tyłka z domu.
- I kto to mówi! – przerwał mu, zirytowany. Przecież to Blake miał całkowicie gdzieś cały ten wyjazd. On chciał chodzić po górach, ale nic nie mógł poradzić na to, że źle stanął i bolała go kostka.
- Na pewno będzie to lepsze od siedzenia tutaj – kontynuował, jakby nie zauważył, że Jacq się wtrącił. W ogóle zdawał się nie zwracać uwagi na jego protesty, bo zaraz też zwrócił się do Nate’a, który wciąż stał nad nimi i przyglądał się im z zainteresowaniem. – Daj nam pół godziny.
- Spoko. – Chłopak uniósł dłonie, patrząc na nich z wyraźnym rozbawieniem. – Do potem.
- Nie jadę. Dopiero co moja skóra na plecach wróciła do normalnego stanu – nie zamierzam znowu jej narażać.
- Nie sądziłem, że jesteś taki delikatny. – Blake uśmiechnął się ironicznie. – Panienka.
- Pierdol się.
- Ustaliliśmy już, że nie mam…
- Och, przymknij się! – Przerwał mu, uciekając wzrokiem. Nie chciał słuchać o seksie i mężczyźnie siedzącym przy nim, bo… nie.
Wrócił do swojego szkicu. Nie miał zamiaru się stąd ruszać.

***

Rozłożyli się w głębi plaży na kocach przyniesionych przez Nate’a. Jacques z pochmurną miną obserwował niewielką grupkę ludzi (naprawdę nie rozumiał, dlaczego niektórzy bez wstydu chodzą niemal całkowicie roznegliżowani), którzy znaleźli dla siebie miejsce na tej prowizorycznej plaży. Z niesmakiem odwrócił wzrok, gdy jakiś starszy jegomość z brzuchem powstałym zapewne na wskutek nadmiernego picia piwa, ściągnął przepoconą koszulkę i odsłonił dżunglę na tymże brzuchu. To był jeden z powodów, dla których wolał góry – tam nie musiał patrzeć na odkryte części ciała ludzi, których widok go odrzucał.
Przed sobą miał znacznie ciekawszy widok i musiał to z niechęcią przyznać. Blake miał doskonałe ciało i Jacq wiedział to aż za dobrze (myślenie o tym wywoływało u niego mieszane uczucia), a Nate w niczym mu nie ustępował. Widać było, że lubił sport i dużo ćwiczył. Z pewnością robił niemałe wrażenie na chłopakach i dziewczynach. Oczywiście poza szatynem, który od samego początku pałał do niego niechęcią.
Gdy obaj poszli pływać (tabliczka z zakazem kąpieli nie robiła na nikim wrażenia), Jacq wyciągnął swoje przybory i zabrał się do kolejnego szkicu, tym razem wykorzystując barwiony węgiel, którym zamierzał oddać urok niewielkich sylwetek na tle czystego, górskiego jeziora. Wpierw jednak posmarował się kremem z filtrem, bojąc się, że znów jego skóra przybierze kolor czereśni. Miał problem jedynie z plecami, ale na razie nie odważył się poprosić o posmarowanie Nate’a, a tym bardziej Blake’a.
Zatopił się w swojej pracy, prawie całkowicie zapominając o swoich towarzyszach (czasem zerkał w ich stronę, odnajdując czarną, mokrą czuprynę, ale szybko odwracał wzrok) i nawet nie zauważył, że ktoś stoi obok niego, dopóki ten ktoś się nie odezwał.
- Chcesz iść na AIC*?
Drgnął i spojrzał na Nate’a, który akurat siadał obok niego, nic nie robiąc sobie z tego, że jest cały mokry i zmoczy koc.
- Mhm.
- Dołączysz do nas?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie lubię pływać – burknął, patrząc na niego z niechęcią. Zaraz jednak zmrużył oczy i spojrzał w stronę Blake’a, który wciąż znajdował się daleko od nich i nic nie wskazywało na to, by miał zamiar do nich dołączyć. – Mam pytanie.
- Co jest? – Blondyn oparł dłonie za plecami i odchylił głowę, eksponując jabłko Adama.
- Dlaczego myślałeś, że Blake jest gejem?
Nate przechylił głowę, zerkając na niego z zainteresowaniem. Z pewnością nie takiego pytania się spodziewał.
- Powinienem pytać, dlaczego cię to interesuje?
Jacq prychnął z irytacją i pokręcił głową.
- Zapomnij – burknął.
- Wyluzuj. – Drugi chłopak zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony jego zachowaniem. – Strasznie jesteś spięty. Nic dziwnego, że tak często się ze sobą kłócicie. – Znów się zaśmiał, widząc mordercze spojrzenie, którym obdarzył go szatyn. – Pewnie nie czytałeś, ale jego pierwsza książka „W poszukiwaniu” bardzo na mnie wpłynęła. Byłem przekonany, że jest dla niego bardzo osobista i czerpał wszystko z własnych doświadczeń. – Wzruszył ramionami. – Myliłem się i jest to trochę rozczarowujące, ale sam mówiłeś, że bliżej mu do homofoba, niż geja, choć nie zauważyłem u niego żadnych oznak nietolerancji. Zresztą, sam mi mówił, że większość to fikcja. – Westchnął. – Wystarczy na niego spojrzeć… Taka szkoda…
- Ej! – Szturchnął go w ramię, marszcząc brwi. – Mówisz o narzeczonym mojej matki!
Blondyn ponownie parsknął śmiechem, odpowiadając podobnym szturchnięciem.
- Nic nie poradzę na to, że jest taki gorący!
- Kto jest gorący? – Blake zjawił się przy nich nagle, zupełnie niezauważony. Woda spływała po jego odkrytej klatce piersiowej, znikała pod materiałem kąpielówek, które mężczyzna kupił w jednym z miejscowych sklepów, i dalej płynęła strużkami przez silne nogi.
- Jacques ze swoimi czerwieniejącymi plecami! – Nate wyszczerzył się, niczym niezrażony. Zupełnie nie wyglądał, jakby kłamał.
- Kurwa! – Szatyn jęknął, wyginając się i dotykając dłonią swoich łopatek. – Znowu? – Spojrzał z irytacją na siedzącego obok chłopaka. – Posmarowałbyś mnie, skoro już tu siedzisz, do cholery!
- Ja to zrobię.
Jacq zamrugał i przełknął ślinę. Nie mógł zaprotestować, bo w sumie nie miał powodu, więc kiwnął głową i przekręcił się na brzuch, wpierw chowając rozpoczęty szkic do torby. Jak tak dalej pójdzie, to nie skończy niczego, co zaczął na tym wyjeździe, choć patrząc na ostatnie miesiące i jego zupełny brak chęci – zrobił bardzo dużo.
Coś nieprzyjemnie przekręciło mu się w brzuchu, gdy usłyszał dźwięk otwieranego opakowania. Wszystkie odbierane przez niego bodźce z zewnątrz zlały się w jedno, a on mógł tylko napiąć całe ciało i czekać, choć przecież nie chodziło o nic szczególnego – Blake miał tylko posmarować mu plecy kremem.
Drgnął, gdy dłonie mężczyzny znalazły się na jego ramionach. Starał się nie zdradzać niczego miną, ale czuł się… dziwnie. Sama świadomość tego, że brunet go dotyka była zawstydzająca i zarazem wywoływała skojarzenia związane z jego snem (który zdążył się powtórzyć), co skutkowało rumieńcami. Na szczęście mógł wszystko zwalić na upalną pogodę.

Gdy tak leżał, będąc dotykanym przez Blake’a, całkowicie zapomniał o obecności Nate’a. który obserwował ich z uwagą. Gdzieś zniknął jego szeroki uśmiech, a niebieskie oczy wyraźnie śledziły zmiany na twarzach tej dwójki. Nie był głupi i wyczuwał to specyficzne napięcie pomiędzy nimi. Miał wrażenie, że z każdym dniem nasilało się coraz bardziej i… kłóciło się ze wszystkim, co obaj mu opowiadali. Kłamali?
_________________
* School of the Art Institute of Chicago - uczelnia artystyczna połączona z muzeum sztuk pięknych w Chicago.

wtorek, 14 lutego 2017

Pęknięcia - Rozdział 12

Przez połowę wczorajszego dnia sądziłam, że jest niedziela :/ Nie mam weny, nie mam na nic ochoty i ten rozdział po prostu z siebie wyplułam. Czytałam go kilkanaście razy przed dodaniem, ale jeśli jest beznadziejny, to już nic na to nie poradzę :(
Dziękuję za wszystkie komentarze!
Pozdrawiam!
__________________________________________________________________

Odgłos otwieranych drzwi. Trzask. Kroki. Znów odgłos otwierania. Trzask.
Jacques wypuścił wstrzymywane powietrze i odwrócił wzrok, który chwilę wcześniej utkwił w wejściu do kuchni. Sądził, że Blake poszedł pobiegać, ale najwyraźniej się pomylił. Jego serce zabiło szybciej ze zdenerwowania. Nie wiedział, jak spojrzy mu w oczy po tym, co wczoraj zrobił…
Oczywiście, że pamiętał. Nie był na tyle pijany, by nie kojarzyć tego, czego się wczoraj dopuścił. Chciał zwalić to na alkohol, ale nie tylko upojenie sprawiło, że zrobił coś tak głupiego. Po prostu mężczyzna był tak blisko, wcześniej świetnie im się rozmawiało, był przystojny i… Nie, to jednak wina alkoholu. Definitywnie.
Gdy uświadomił sobie, że od pięciu minut trzyma łyżeczkę z cukrem, a jego znaczna część zdążyła wylądować na kuchennym blacie, westchnął ciężko. Nie mógł przestać o tym myśleć. Bał się. I jeśli wcześniej nie wiedział, jak zareaguje, gdy wróci do domu i zobaczy matkę, to teraz… Pocałował jej narzeczonego. Pocałował mężczyznę, o którym ciągle wypowiadał się jak najgorzej. I może gdyby ten oddał pocałunek, to Jacques mógłby zwalić wszystko na niego. Ten jednak odepchnął go, zachował się bardzo… racjonalnie i szatynowi było z tym jeszcze gorzej.
Zaczął zgarniać drobinki cukru dłonią, wciąż będąc głęboko pogrążonym we własnych myślach, gdy…
- Cześć.
Drgnął, a wszystko, co dotychczas udało mu się zebrać, rozsypało się na podłogę.
- Kurwa – zaklął i wcale nie chodziło tylko i wyłącznie o cukier. Wyprostował zgarbione ramiona i odwrócił się, patrząc na Blake’a. Miał wilgotne włosy po prysznicu, ale zdążył już założyć koszulkę i spodenki. Jacques szybko zauważył tę zmianę – wcześniej mężczyzna nie krępował się chodzeniem z odsłoniętą klatką piersiową. – Hej. H-herbaty? – Miał ochotę uderzyć się za to drżenie głosu. Był taki oczywisty.
- Wolałbym kawę. – Blake minął go, wyciągnął z półki tzw. kawę, czyli rozpuszczalne gówno, którego nie znosił. Nie mieli tu jednak ekspresu i musiał wytrzymać tę niedogodność. – Chyba musisz posprzątać, nie?
- Um, tak. – Jacques odwrócił się i wyszedł z kuchni, a raczej wykuśtykał. Czuł, że czerwienieje na twarzy, gdy przeszedł do niewielkiego składziku, w którym znajdowały się szczotki, a także leżak, z którego Blake często korzystał. Gdy wrócił ze zmiotką, mężczyzna właśnie zalewał „kawę” wrzątkiem.
Chłopak kucnął, starając się opierać ciężar ciała na zdrowej nodze, co okazało się naprawdę trudne.
- Daj, ja to zrobię. – Blake westchnął, również przykucnął i wziął od niego zmiotkę wraz z małą szczotką. Starał się przy tym nie dotknąć jego rąk, a wzrok miał wbity w podłogę, jakby unikał patrzenia na niego. Co miało nawet sens po tym, co zrobił. Jacq i tak spodziewał się innej reakcji. Może krzyków albo ciszy, a mężczyzna zachowywał się tak, jakby nic się nie stało i chłopak już sam nie wiedział, czy była to dobra metoda, czy może jednak powinni o tym porozmawiać.
Podniósł się, patrząc nań z góry i przyglądając się, jak zmiata drobinki cukru. Powinien odwrócić się, zabrać swoją herbatę i wyjść, a zamiast tego wciąż stał nad nim i patrzył.
- Blake…
Coś w jego głosie musiało sprawić, że ramiona mężczyzny napięły się, jakby ktoś miał go zaraz zaatakować, a on był zmuszony się bronić.
- Powinieneś uważać na swoją kostkę. – Głos miał ciężki, nieco zachrypnięty.
- Musimy chyba porozma…
- Nie. – Blake wstał, może nieco zbyt gwałtownie, by Jacq mógł się nabrać na jego rzekomy spokój. – Wypiłeś za dużo. To nie twoja wina. Zapomnijmy o tym.
Szatyn zamrugał, nieco zaskoczony. Sądził, że mężczyzna obwini go o wszystko, może nawet wyśmieje i wyzwie od „pedałów", gdy przyjdzie czas konfrontacji, a zamiast tego ten dalej udawał, że nic się nie stało i postanowił zwalić wszystko na alkohol. I choć w tej kwestii byli zgodni, Jacques czuł się dziwnie, jakby coś wewnątrz niego chciało tłumaczyć się przed Blakem.
- W porządku. – Kiwnął głową, robiąc krok w tył. Tak było lepiej.
- Jak twoja kostka? – Blake zerknął na niego, wyrzucając zmieciony cukier do kosza. – I plecy? Wczoraj były bardzo zaczerwienione, z tego, co pamiętam.
- Boli – odpowiedział od razu, odnosząc się do pytania o stan jego nogi. Dostrzegał dystans mężczyzny, ale doceniał też jego próby porozumienia się. Przynajmniej nie uciekał i go nie unikał, jak robił to wczoraj Jacq. – A jeśli chodzi o plecy… - Skrzywił się i obrócił. Nie miał na sobie koszulki, bo ta tylko drażniłaby jego skórę. Całą noc spędził na brzuchu, wiercąc się i próbując znaleźć dla siebie miejsce. Nie było to spowodowane tylko i wyłącznie jego stanem fizycznym, oczywiście.
Blake zagwizdał, przyglądając się skórze chłopaka. Gdyby jej dotknął, prawdopodobnie ściągnąłby jej duży płat.
- Nieźle się urządziłeś – skomentował, choć w jego głosie próżno było szukać kpiny. Naprawdę mu współczuł, nawet jeśli uważał, że Jacq sam doprowadził się do takiego stanu.
- Co ty nie powiesz. – Prychnął, obracając się do niego przodem. Zaraz jednak uciekł spojrzeniem, co nie było typowym dla niego zachowaniem. Odchrząknął i wziął szklankę z herbatą, nie wiedząc, czy powinien teraz wyjść, czy może jeszcze coś powiedzieć…
Uratowało go pukanie do drzwi. Zmarszczył brwi i zerknął na mężczyznę, który też wydawał się zaskoczony. Zaraz jednak na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
- Cholera! To pewnie Nate. – Przeszedł obok Jacqa, możliwie jak najdalej, i poszedł otworzyć drzwi. Tymczasem nastolatek przekuśtykał do salonu, gdzie usiadł na kanapie z kubkiem pełnym parującego napoju. Wyciągnął obolałą nogę przed siebie, mając nadzieję, że Nate nie postanowi wejść do środka, ale tak właśnie się stało.
- Siemka. – Blondyn wparował do pomieszczenia, wyglądając jak żywe skupisko energii. Szeroki uśmiech widniał na jego przystojnej, opalonej twarzy, gdy z zaciekawieniem rozglądał się po wnętrzu. – Wasz domek jest bardzo podobny do naszego.
- Mhm, cześć. – Wymusił uśmiech, patrząc krzywo na Blake’a, który wszedł zaraz za chłopakiem. On natomiast zdawał się zadowolony z towarzystwa nastolatka, bo od razu zaproponował mu coś do picia.
- Nie, dzięki. Wpadłem tylko na chwilę, bo zaraz jadę z ojcem i siostrą nad jezioro. Chciałem zapytać, czy przyszlibyście do nas na grilla wieczorem? Tata by się ucieszył.
- Jasne. – Mężczyzna uśmiechnął się do niego szeroko, zadowolony z możliwości integracji. Jacq posłał mu krzywe spojrzenie. Czy to nie on mówił, że ma w dupie tę okolicę i zamierza siedzieć cały czas w domu?
- Świetnie! – Nate rozpromienił się jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe, i dopiero po chwili jego wzrok spoczął na szatynie. Dotychczas wgapiał się w Blake’a, chyba nadal nie kontrolując tej żałosnej reakcji. Wyglądało to trochę tak, jakby głównie zapraszał mężczyznę i to on miał w rezultacie cieszyć się z tych odwiedzin, a nie jego ojciec. – Chryste, Jacques! Co ci się stało w plecy?
Nastolatek skrzywił się, jakby ugryzł właśnie cytrynę.
- Poparzyłem się.
- Ugh, skóra ci złazi…
- Serio? – Uniósł brew, patrząc na niego z wyraźną pogardą. – Nie zauważyłem.
- O której mamy u was być? – Blake wtrącił się, nie chcąc, by ta wymiana zdań doprowadziła do jakiejś kłótni. On lubił blondyna i naprawdę nie rozumiał, czemu Jacq za nim nie przepadał.
- Osiemnasta? Wtedy powinno być już wszystko gotowe.
Mężczyzna kiwnął głową i poszedł odprowadzić chłopaka, gdy ten pożegnał się z szatynem. Nie tracił przy tym humoru i zdawał się nie zauważać antypatii Jacquesa. A może po prostu nie zwracał na to uwagi.
- Myślisz, że jechanie nad jezioro o tej porze to dobry pomysł? – zapytał, opierając się o framugę drzwi. Wciąż miał w głowie wspomnienie Jacqa, gdy ten wsiadał wczoraj do samochodu. Wyglądał tragicznie.
- Tylko na dwie godziny. – Nate wzruszył ramionami. – Jak będzie za gorąco, to się wrócimy.
- Pamiętajcie o kremie. Jacques nieźle się wczoraj urządził.
- Się wie. – Uśmiechnął się szeroko. – Do zobaczenia wieczorem!
- Na razie. – Gdy zamknął drzwi, pokręcił głową i wrócił do pokoju pełniącego funkcję salonu. Naprawdę lubił tego cholernie optymistycznego chłopaka, nawet jeśli czuł się nieco dziwnie ze świadomością, że mu się podoba.
- Nigdzie nie idę. – Brązowe oczy nastolatka od razu wylądowały na nim, ciskając pioruny, gdy tylko przekroczył próg pomieszczenia. Wywrócił oczami, nie przejmując się jego irytacją, a tym bardziej słowami.
- Nie musisz.
- Mówię serio. Nigdzie się nie wybieram. Boli mnie kostka i mam podrażnione plecy. Nie będę szedł spotkać się z tym idiotą i jego rodziną.
- Nie musisz – powtórzył, ukrywając uśmiech za kubkiem z kawą. – Do niczego cię nie zmuszę. Ach, i zabieram się teraz za pisanie. Nie przeszkadzaj mi.
Jacq burknął coś w odpowiedzi, co tylko wywołało szerszy uśmiech na twarzy mężczyzny. Tak łatwo było go sprowokować…

***

Nastolatek niemal cały dzień spędził w swoim pokoju. Niewiele jadł, zbyt pogrążony w pracy nad swoim nowym „projektem”. Gdy w końcu przestał przeklinać w myślach Blake’a (tak łatwo przyszło im udawać, że nic się nie wydarzyło, zbyt łatwo, by można było to uznać za prawdziwe), przekuśtykał do swojego pokoju, wyciągnął przybory do rysunku i blok, który kupił mu mężczyzna, a następnie jakoś spróbował ułożyć się na łóżku. Nie było to łatwe, bo nie mógł za bardzo opierać się na plecach, ale w końcu przy użyciu kilku poduszek, usadowił się w jakiejś pokracznej pozycji na boku.
Na początku chciał zabrać się za naszkicowanie swoich emocji związanych z tym wyjazdem, nadać im kształt i odpowiednią formę, w jakiś sposób wyrzucić z siebie to wszystko, ale najwyraźniej jego dłonie nie zamierzały współpracować z mózgiem. Szybko zrozumiał, że musi porzucić swoje plany i dać się poprowadzić swoim aktualnym uczuciom. A te… te tworzyły obraz z pamięci, wstydliwy, nieco fantazyjny i zupełnie nie w stylu Jacquesa.
Rzadko rysował portrety. Jego szkice zwykle przedstawiały coś materialnego, znajomego lub emocje zamknięte w jakiejś wyobrażonej formie. Portrety były prawdziwą rzadkością. Pamiętał, jak kilka lat temu Nick mu pozował – to była absolutna porażka i nie chodziło tylko o zachowanie jego przyjaciela, który nie potrafił choć przez chwilę być poważnym. Szatyn po prostu nie uważał się za dobrego portrecistę, w jego mniemaniu kiepsko mu to wychodziło i najwyraźniej był stworzony do innych rzeczy. A teraz nagle coś go wzięło…
Pukanie do drzwi sprawiło, że poderwał gwałtownie głowę, wpatrując się w wejście do pokoju szeroko rozwartymi oczami, jakby właśnie został wybudzony ze snu.
- Wejdź! – krzyknął i od razu odchrząknął, gdy jego gardło zaprotestowało. Słychać było, że nie odzywał się przez kilka godzin. Kaszlnął dwa razy i upił trochę wody z butelki, która stała obok łóżka.
Blake wszedł do środka, już od progu marszcząc nos.
- Cholera, ale tu śmierdzi – stwierdził, na co Jacques zareagował zirytowanym grymasem. On niczego nie czuł. – I do tego duszno. Otworzyłbyś chociaż okno.
- Wcale nie musisz tu wchodzić, jak coś ci nie pasuje – wyburczał, robiąc typową nadąsaną minę sześciolatka. Najwyraźniej rozbawił tym mężczyznę, który uśmiechnął się pod nosem, przemaszerował pokój i sam otworzył okno, wpuszczając do środka równie ciepłe i duszne powietrze. Niewiele to pomogło.
- Spędziłeś tu cały dzień? – Zapytał, zakładając ramiona na piersi i przyglądając się na wpół leżącemu nastolatkowi. Na całym łóżku porozrzucane były przybory do rysowania, a na kolanach chłopaka znajdował się blok, który wczoraj mu kupił. Oczywiście Blake wykazał zainteresowanie, bo automatycznie sięgnął dłonią po blok, aby móc zobaczyć owoc jego pracy. Jacq zareagował jednak w typowy dla siebie, mało subtelny sposób, uderzając go z całej siły w dłoń.
- Spadaj!
Mężczyzna cofnął rękę, mrużąc swoje niebieskie oczy. Jego zainteresowanie oczywiście nie zmalało, a nawet wręcz przeciwnie. Teraz był jeszcze bardziej zaintrygowany tym, co chłopak może przed nim ukrywać.
- Nie pokażesz mi? – Upewnił się.
- Nie twój interes!
- Jak sobie chcesz. – Zrobił krok w tył. – Powinniśmy zaraz się zbierać, jeśli nie chcemy się spóźnić.
- Daj mi dziesięć minut. – Oczywiście zapomniał już, jak bardzo zarzekał się, że nigdzie nie zamierza iść, bo nie chce integrować się z Natem, który doprowadzał go do szału. Na to właśnie liczył Blake, który uśmiechnął się pod nosem, opuszczając pokój chłopaka.
Gdy wyszedł, Jacq wziął blok do ręki i spojrzał na rozpoczęty szkic. Z grubej, szorstkiej kartki spozierało na niego znajome, kpiące spojrzenie. Oczywiście portret nie był jeszcze gotowy, daleko mu było do ostatecznej wersji, ale gdy szatyn uniósł wzrok, z zamyśleniem wpatrując się w drzwi, za którymi zniknął mężczyzna, musiał przyznać, że już teraz dostrzegał duże podobieństwo.

***

Domki nie różniły się od siebie niczym szczególnym i gdyby nie duże numerki przybite do przedniej ściany, z łatwością można by je pomylić. Przejście na część wynajmowaną przez rodzinę Nate’a nie było trudne, bo pomiędzy chatkami nie było żadnych płotów, co z jednej strony nie dawało żadnej prywatności, a z drugiej pozwalało na większą integrację z sąsiadami.
Jacques nie czuł się bynajmniej zintegrowany, gdy już z daleka dostrzegał szeroki uśmiech Nate’a. Obok niego stał starszy mężczyzna. Ubrany był w farmerki, pod którymi miał białą koszulkę, a na jego głowie znajdowała się czapka z daszkiem. Wyglądał trochę jak rodzimy farmer z Kolorado, co według nastolatka było zbyt mocnym wczuciem się w klimat tego stanu.
- Witam. Gary Cahill, miło mi w końcu poznać. Nate wiele o panu mówił. – Oczywiście mężczyzna wpierw zwrócił się do bruneta, co tylko pogłębiło irytację nastolatka.
- Blake Sherwood. Dziękujemy za zaproszenie. – Uśmiechnął się szeroko. – A to Jacques.
- Przyszły syn, tak? – Szatyn potrzebował wiele, żeby się nie skrzywić. „Przyszły syn” brzmiało w jego uszach jak kpina po wydarzeniach z ostatniego wieczora.
- Dzień dobry, proszę pana – przywitał się dość niemrawo jak na siebie, kiwając głową.
- Siadajcie, siadajcie. – Pan Cahill wskazał dłonią werandę, na której znajdował się stół i ławki, zupełnie jak u nich. Przed domkiem, z prawej strony stał blondyn, pilnując grilla. Już z daleka wyczuwalna była woń mięsa, które pachniało wyjątkowo… smakowicie. Jacques miał nadzieję, że w smaku też było dobre. Nie jadł w końcu za wiele, w brzuchu mu burczało i liczył na to, że chociaż się naje, skoro już musi znosić tych ludzi.
- Blake, pomożesz mi? – Nim zajęli miejsca przy stole, Nate znikąd pojawił się obok nich, wgapiając się w mężczyznę jak w obrazek. A ten, zamiast odmówić, oczywiście zgodził się, zapewne zadowolony z okazywanej mu atencji. Przynajmniej tak to widział Jacques, który mało dyskretnie przewrócił oczami.
- Nate! – Ojciec skarcił syna, posyłając mu jedno z tych ojcowskich, niezrozumiałych spojrzeń. – Pan Sherwood jest naszym gościem. Nie będzie przerzucał kiełbasy na grillu.
- Wystarczy Blake. – Brunet uśmiechnął się w swój najlepszy, zniewalający sposób, który doprowadzał szatyna do szału. – I to żaden problem. Z przyjemnością pomogę Nate’owi.
Właśnie w ten sposób Jacques wylądował przy stole z ojcem blondyna, mężczyzną starszym od niego o jakieś trzydzieści lat, nie mając pojęcia, o czym może z nim rozmawiać. Nienawidził takich sytuacji.
- Nate mówił, że twój ojczym jest tym słynnym pisarzem, którego tak uwielbia.
- Blake nie jest jeszcze moim ojczymem – wyjaśnił z przylepionym do twarzy uśmiechem, odpowiednio akcentując ostatnie słowo. Pan Cahill nie zdawał się tym jednak przejęty, najwyraźniej oczekując po nim czegoś więcej. – I z tą sławą też bym nie przesadzał.
- Nate z pewnością by to zanegował. – Roześmiał się ochryple. – Takie zbiegi okoliczności są naprawdę niezwykłe. Nate nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, gdy poznał prawdziwą tożsamość swojego idola.
- Taa. To faktycznie musiało być dla niego niezwykłe. – Wciąż się uśmiechał, gdy sięgał po szklankę i napój gazowany, stojący na środku stołu. Nalał sobie do połowy i od razu upił trochę, żeby jakoś opóźnić moment, w którym będzie musiał się odezwać. Zerknął nawet z nadzieją w stronę grilla, ale roześmiane twarze dwójki „nowych, najlepszych kumpli”, jak określił ich w myślach, nie wskazywały na szybkie podanie kolacji.
- Nie lubisz go?
Pytanie było niespodziewane. Nastolatek uniósł swoje brązowe oczy, patrząc na zmęczoną, ale rozluźnioną twarz mężczyzny. Wyglądał na przyjaznego pięćdziesięciolatka, ale Jacques i tak poczuł do niego awersję.
- Kogo?
- Swojego przyszłego ojczyma, oczywiście.
Poruszył się nerwowo na ławce, myśląc o wczorajszym wieczorze. Czy tak po prostu całuje się osoby, których się nie lubi?
- To nie do końca…
Drzwi otworzyły się, a z domku jak petarda wyleciała mała dziewczynka. Jasne włosy miała związane w dwa warkoczyki, ubrana była w niebieską sukienkę, a na stopy założyła japonki. Uśmiechała się szeroko, od razu przenosząc wzrok na nieznajomego chłopaka, którym był dla niej szatyn.
- Tatusiu, kiedy będzie jedzonko?
- Już niedługo, skarbie. – Gary uśmiechnął się promiennie do córki, która chwilę później wdrapała się na jego kolana. – Przywitaj się ładnie.
- Cześć.
- Cześć. – Jacques roześmiał się, wyciągając dłoń do dziecka. – Jestem Jacques, a ty?
- Anastasia.
- Bardzo mi miło, Anastasio.
Był wdzięczny małej, że przerwała ich rozmowę, która zaczęła niebezpiecznie zbliżać się do tematu, którego chłopak z pewnością nie chciał poruszać. I tak to jedno pytanie wywołało u niego nieprzyjemne myśli. Tak naprawdę sam chciałby poznać na nie odpowiedź.

***

- Jutro biegamy razem, czy już całkowicie zrezygnowałeś? – Nate pochylił się nad grubym stekiem i przerzucił go na drugą stronę. Najwyraźniej nie był zadowolony z tego, że grillowanie zajmuje tyle czasu, a Blake nie zamierzał go uświadamiać, że gdyby pokroił mięso cieniej, kolacja byłaby gotowa znacznie szybciej.
- Jasne. – Blake wsunął dłonie w kieszenie ciemnych jeansów. – Wiem, że dzisiaj i wczoraj nie wypaliło. Przepraszam, że nawet cię nie poinformowałem. Po prostu Jacques jest taką sierotą, że ktoś musiał się nim zająć.
- Nieźle się urządził. Chyba nie za wiele możecie zwiedzać, skoro on nie może za bardzo chodzić.
Wzruszył ramionami.
- Nie bardzo, ale nie zależy mi. I tak nie chciałem tu przyjeżdżać. Nawet nie lubię gór.
Chłopak pokręcił głową z rozbawieniem.
- Twoja narzeczona miała szalony pomysł.
- Ano miała – potwierdził.
- Nie lubi mnie, co? – Blondyn zerknął przez ramię, patrząc na swoją młodszą siostrzyczkę, która wesoło rozmawiała z ich gościem.
- Jacques? – Zmarszczył brwi. – On niewielu ludzi lubi. Mnie też nie, co pewnie już zdążyłeś zauważyć.
Nate prychnął, przenosząc wzrok na swojego przystojnego idola. Wciąż nie potrafił powstrzymać się przed wgapianiem się w niego jak w najświętszy obrazek.
- Ciebie? Oczywiście, że cię lubi! Nie gadaj głupot!
- Nie znasz go.
- Ty najwyraźniej też nie – stwierdził, znów pochylając się nad grillem. – Będziecie świetną rodziną, zobaczysz.
Blake zmrużył oczy, spoglądając w stronę werandy. Wczoraj, gdy poczuł na swoich ustach wargi Jacquesa, nie był pewien, jak zareagować. Wciąż nie wiedział, czy dobrze postąpił. Uciekł stamtąd, a w nocy dużo rozmyślał, zastanawiając się nad zachowaniem nastolatka. Doskonale wiedział, że ten nie był na tyle pijany, by nie kontrolować swoich reakcji. A jednak obaj postanowili zrzucić to na alkohol i o wszystkim zapomnieć. To było mądre, robili dobrze. Jacq przecież nawet go nie lubił, obaj to wiedzieli. To musiał być jakiś odruch, coś, co nigdy więcej się nie powtórzy. A jednak słowa Nate’a dały mu do myślenia, znów wywołały burzę w jego umyśle. Czy możliwe było, że syn Kath…?

- Masz rację – wychrypiał, przyciągając zaskoczone spojrzenie blondyna. – Będziemy. 

wtorek, 17 stycznia 2017

Pęknięcia - Rozdział 11

W końcu udało mi się skończyć! Żeby nie przedłużać - dziękuję, że czekacie i jesteście wyrozumiali. To wiele dla mnie znaczy.  
Pozdrawiam! ;) 
_______________________________________________________

Blake nie mógł się pozbierać po tym, co wczoraj usłyszał od Jacquesa. Przez tyle lat sądził, że jego sekret jest dobrze strzeżony; że nikt nie wie o jego „dysfunkcji”. I nagle okazało się, że Lily wiedziała. I musiała wiedzieć od dawna, bo ostatnimi czasy mężczyzna rzadko odwiedzał rodzinne strony. A najbardziej zaskakujące było to, że najwyraźniej nie wpłynęło to w żaden sposób na jej stosunek do niego. Wciąż był jej ukochanym, starszym braciszkiem. Ale czy na pewno było to tak zaskakujące? Przecież Jacqa też polubiła, a od początku wiedziała o jego homoseksualizmie.
Nie czuł się najlepiej przede wszystkim psychicznie, więc tego dnia odpuścił sobie bieganie. Przez dłuższy czas nie opuszczał pokoju, chyba po raz pierwszy bojąc się konfrontacji z młodszym chłopakiem. A gdy w końcu wyszedł, natknął się na niego zaraz przy wyjściu. Ten bąknął coś o tym, że idzie na spacer i tyle go widział. Nie zdążył nawet zapytać, czy na pewno jego kostka jest w na tyle dobrym stanie, by móc spacerować po górach. Zresztą… może to i lepiej? Przynajmniej nie będzie pomiędzy nimi tego nieznośnego milczenia pełnego niewypowiedzianych słów i tajemnic. Tak, lepiej, że jeden postanowił zejść z oczu drugiemu.
Dopiero po wyjściu nastolatka, Blake przypomniał sobie, że mieli jechać na zakupy. Westchnął, wyciągnął z podręcznej torby notes i spróbował zrobić listę niezbędnych rzeczy. Z roztargnieniem zaglądał do szafek i lodówki, starając się ogarnąć, czego brakuje. Co prawda mógł zadzwonić do szatyna i poprosić go o pomoc, ale… Nie, nie potrafił z nim rozmawiać. Jeszcze nie. Zresztą, chłopak też najwyraźniej nie był skory do rozmowy, skoro uciekł.
W markecie spędził niemal godzinę, krążąc między półkami i ładując przeróżne rzeczy do wózka. Pamiętał, że Jacques wspominał coś o papierze toaletowym, zanim mężczyzna sięgnął po jego telefon i doprowadził do kłótni (tak, przyznawał się do tego, to była jego wina, choć szatyn mógł zareagować mniej nerwowo), więc przynajmniej tego był pewien. Pewien był również piwa, które zakupił (kilkanaście butelek), czując, że bez alkoholu nie będzie w stanie przetrwać tego dnia. Wciąż po głowie krążyła mu myśl, żeby zadzwonić do siostry, ale czuł irracjonalny strach, sam nawet nie do końca wiedząc przed czym.
Gdy wrócił do domku i wyciągnął zakupy z bagażnika, było południe. Prawie czterdzieści stopni w cieniu, a Jacques nadal nie wrócił. Rozpakował wszystko, usiadł przy stole i spojrzał na swój telefon. Nie, nie zadzwoni. Nie zrobi tego. Na pewno.

***

Co miał zrobić Jacques po tym, jak obudził się w nocy i uświadomił sobie, że miał sen erotyczny z Blakem w roli głównej? Poza tym, że nie zmrużył już oka, wstał wcześnie, ogarnął się i spróbował po cichu wymknąć się z domku. Oczywiście musiał mieć pecha, bo przy samym wyjściu wpadł prosto na mężczyznę i spojrzał na niego szeroko rozwartymi oczyma. Bąknął coś ze zmieszaniem i wybiegł stamtąd. Był przerażony!
Nigdy nie myślał o nim w ten sposób. Oczywiście dostrzegał jego fizyczne cechy, raz nawet pomyślał, że mógłby go przelecieć, gdy zobaczył go w garniturze i wciąż pamiętał, jak z ciekawością spoglądał na jego członka, ale… Ale przecież to nie świadczyło o tym, że na niego leciał! Dlaczego więc teraz mu się to przyśniło? Dlaczego nie potrafił tego zignorować, wciąż rozpamiętując różne fragmenty? I jak miał spojrzeć matce w oczy, gdy wrócą do domu?
To była wina książki. Na pewno. Za bardzo na niego wpłynęła, za bardzo przywiązał się do głównego bohatera, którego niepotrzebnie utożsamiał z Blakem. Jasne, dostrzegał wiele nawiązań do jego dzieciństwa, zaburzenia tożsamości, bo ciężko było nie dostrzec homofobicznego nastawienia mężczyzny, choć przecież sam był biseksualny. Ale to nie powinno w żaden sposób wpływać na Jacquesa. A jednak było inaczej.
Z kostką nie było tak źle, ale szatyn przypuszczał, że dłuższy spacer może nie być dla niej najlepszy. Ruszył jednak jednym ze szlaków turystycznych, mając w zamiarze zniknąć na cały dzień, żeby nie musieć konfrontować się ze starszym mężczyzną. Nie był na to gotowy. Czuł, że spaliłby się ze wstydu, gdyby tylko spojrzał na niego dłużej. Poza tym nadal był na niego zły o zaglądanie do jego telefonu, choć ta złość była niczym w porównaniu do wstydu, który odczuwał. Jak źle czuł się sam ze sobą, gdy podczas porannego prysznica musiał zmywać z siebie dowody swoich wybujałych fantazji! 
Idąc przed siebie, jedynie z dużą butelką wody i kremem z filtrem, który przezornie wrzucił do plecaka, całkowicie zapomniał o ogromnych temperaturach, które były normą w tym okresie w Kolorado. Dlatego koło godziny dziesiątej czuł już ostre promienie słońca na swojej skórze i pot cieknący mu po skroni. Do tego kostka dała o sobie znać, bo zamiast o nią dbać, postanowił nadwyrężyć ją długim spacerem.
W końcu ściągnął koszulkę, którą schował do plecaka, ciesząc się, że przynajmniej nie zapomniał o czapce z daszkiem, która chociaż w minimalnym stopniu chroniła jego twarz. Był na tyle daleko od domku, że nie było sensu teraz wracać, a dalsza droga też nie wchodziła w grę, choć wiedział, że gdyby jeszcze trochę przeszedł, to niedługo znalazłby się przy jeziorze. Znał w końcu te góry całkiem nieźle. Postanowił jednak nigdzie się nie ruszać i usiadł pod jednym z drzew, kryjąc się w jego cieniu. Był mokry od potu, skóra nieprzyjemnie mu się zaczerwieniła, a na dodatek był głodny, bo nawet przez chwilę nie pomyślał o kanapkach na drogę.
- Pieprzony Blake – burknął pod nosem, po raz kolejny o wszystko obwiniając mężczyznę. Gdyby nie pojawił się w ich życiu, Jacq nigdy nie musiałby tu przyjeżdżać, prawdopodobnie nigdy nie przeczytałby żadnej jego książki i już na pewno nie myślałby o nim w ten sposób. A raczej śnił, bo przecież nie myślał tak o nim. Nigdy.
Miał ochotę zadzwonić do przyjaciela i opowiedzieć mu o wszystkim, ale był pewien, że Nick nie zareagowałby w sposób, który by mu się spodobał. W końcu od dawna powtarzał, że Blake jest „ciachem”, zupełnie jakby sam na niego leciał, a nawet nie był biseksualny. I pewnie wspomniałby, że od początku był pewien, że tak to się skończy. Jacques by się obraził, rozłączył i nie rozmawiał z nim przez kilka godzin, udając obrażonego. Tak, był w stanie sobie wyobrazić, jakby się to skończyło.
Otarł pot z czoła i dokładnie w tej samej chwili zadzwonił jego telefon. Wyciągnął go z kieszeni, zasłonił, żeby móc zobaczyć kto dzwoni, a następnie nerwowo przełknął ślinę. Blake. Odebrać, czy nie odebrać?
- Po co dzwonisz? – Starał się brzmieć na niewzruszonego, gdy w końcu postanowił wcisnąć zieloną 
słuchawkę, choć gardło miał ściśnięte tak bardzo, jakby ktoś złapał je i próbował zmiażdżyć.
- Jacq! – Usłyszał i wydawało mu się, że mężczyzna brzmi na zaniepokojonego. – Powiedz, że nie siedzisz teraz na zewnątrz.
- A gdzie mam siedzieć? – Prychnął, rozglądając się po okolicy. Szlak znajdował się na niezbyt stromym zboczu, choć chłopak nie nazwałby go delikatnym. Nie był to zalesiony teren, a raczej całkiem pusta przestrzeń, gdzie drzewa występowały sporadycznie. Dopiero powyżej jeziora można było ujrzeć lasy mieszane. Trawa była pożółkła od słońca. Zresztą, cała okolica wydawała się wysuszona, pozbawiona życia – żaden turysta nie ośmielił się na wycieczkę w takim upale. Oczywiście poza Jacquesem, który żałował teraz, że tak bezmyślnie podjął decyzję o opuszczeniu chatki.
- Chcesz dostać udaru?!
Zmarszczył nos, niezadowolony.
- Nie – burknął. – Nie wiedziałem, że będzie tak gorąco. – Przyznał, nie bez irytacji. Nie lubił przyznawać się do błędów, w szczególności przed tym konkretnym facetem.
- Dobra. Nieważne. – Usłyszał. – Wiem, że jesteś na mnie wściekły, ale siedzenie na zewnątrz przy takiej pogodzie jest samobójstwem. Wracaj. 
- Nie mogę.
- Mam cię przeprosić? Dobra, przepraszam. Nie powinienem dotykać twojego telefonu. Zadowolony? Teraz wracaj do domku. – W innej sytuacji prawdopodobnie uśmiechnąłby się tryumfalnie, bo przecież Blake nieczęsto przepraszał, a już z pewnością nie jego, ale… Było mu wstyd. I nie wiedzieć czemu, po jego słowach zrobiło mu się jeszcze gorzej.
- Nie mogę. – Powtórzył. – Kostka mnie boli. Nie dam rady dojść do domu.
Przez chwilę nie słyszał nic. Dopiero po jakichś trzydziestu sekundach usłyszał poruszenie po drugiej stronie i przekleństwo.
- Gdzie jesteś? Przyjadę po ciebie.
- Zielony szlak, niedaleko jeziora, ale tu nie można wjeżdżać samochodami.
- Dobra, czekaj tam na mnie.
Nim Jacq zdążył odpowiedzieć, usłyszał piknięcie i połączenie zostało przerwane. Westchnął, wmawiając sobie, że wcale nie czuje zdenerwowania na myśl o tym, że Blake po niego przyjdzie. Bał się konfrontacji, ale… nie mógł tu zostać. Już teraz kręciło mu się w głowie, nie wspominając o zaczerwienionej skórze, na której niedawno rozsmarował kolejną warstwę kremu. Ten jednak zdawał się poddawać pod silnym działaniem promieni słonecznych. Pieprzone Kolorado.
Nie minęły dwie minuty, gdy jego telefon ponownie się rozdzwonił. Jacq, pewien, że to mężczyzna, odebrał bez patrzenia na wyświetlacz.
- Czego znowu chcesz? – burknął. Chyba jego jedyną bronią przed umarciem ze wstydu było chamstwo i tę taktykę stosował równie często, co uciekanie w niedogodnych dla siebie momentach.
- Miło witasz mamę, Jacques.
- Och. – Otworzył szerzej oczy. – W-wybacz. Myślałem, że ktoś inny dzwoni. – Przełknął głośno ślinę, a przed oczami pojawił się obraz obciągającego mu Blake’a. Twarz mu zapłonęła i nie było to spowodowane jedynie słońcem.
- Co u was słychać? Dzwoniłam do Blake’a, ale nie odbierał. Coś się stało?
- Um… Poszedłem w góry i okazało się, że jest trochę za gorąco na spacerowanie?
- Jak bardzo za gorąco? – Dopytała i pod pozorem spokoju chłopak wyczuł, że kobieta jest zmartwiona.
- Jakieś… czterdzieści stopni?
- Zwariowałeś?! – krzyknęła. – A Blake? Pozwolił ci wyjść? – Westchnęła. – Ile wy macie lat?
Jacques zacisnął usta. Miała rację. Oczywiście, że miała, ale nadal nie lubił, gdy ktoś zwracał mu uwagę na błędy, które popełniał.
- Blake spał, gdy wychodziłem. – Drobne kłamstwo nikomu nie zaszkodzi, a on nie chciał wciągać w to mężczyzny. I tak czuł się wyjątkowo źle, rozmawiając z matką, a gdyby jeszcze ta zaczęła narzekać na swojego faceta… - Ale jedzie już po mnie i pewnie dlatego nie odbierał.
- Masz już tyle lat, a czasem zachowujesz się jak małe dziecko… - Ponownie westchnęła. – Dobrze. Zadzwoń do mnie, jak już będziecie w kwaterze. Chcę mieć pewność, że wszystko w porządku.
- Mhm, ok.
- Ach, i naprawdę cieszę się, że zaczęliście się ze sobą dogadywać. Od razu wiedziałam, że w końcu go polubisz.
Szatyn pokiwał bezwiednie głową, dopiero po chwili orientując się, że kobieta nie może go zobaczyć. Jego serce biło przy tym znacznie szybciej niż zwykle.
- Tak, mamo – wydusił. – Miałaś rację.

***

Nie wiedział, ile czasu minęło, ale w pewnym momencie do jego uszu dotarł dźwięk silnika samochodu. Uniósł głowę, wstał i rozejrzał się. Wątpił, by ktoś poza Blakem zdecydował się na przejażdżkę autem po szlaku dla turystów. Dlatego zarzucił plecak na plecy i zbliżył się do piaszczystej drogi, żeby mężczyzna go zauważył.
Gdy ujrzał znajomy samochód z wypożyczalni, odetchnął z ulgą. Pot spływał po jego ciele, a skóra w niektórych miejscach paliła i Jacques domyślał się, że najbliższa noc nie będzie dla niego przyjemna.
Blake zatrzymał się, wzbijając w powietrze piach i kurz, który osiadł na chłopaku, przyklejając się do jego mokrego ciała. Szatyn przełknął ślinę i sięgnął do drzwi od strony pasażera. Otworzył je, mrucząc krótkie powitanie i wsiadając do środka. Od razu też poczuł klimatyzowane powietrze, które było jak błogosławieństwo.
- Czy ciebie popierdoliło? – Mężczyzna obrócił się w jego stronę, opierając łokieć na kierownicy i najwyraźniej nie zamierzając w tym momencie wracać. Jacques musiał z zaskoczeniem przyznać, że nie wyglądał przy tym na wściekłego, a raczej zmartwionego, co tylko spotęgowało w nim to dziwne uczucie, które pojawiło się, gdy tylko przebudził się w nocy, rozgrzany i podniecony.
- Ja…
- Wiem, że byłeś na mnie wściekły, ale spacer po górach w taką pogodę?! Nie mogłeś iść po południu?!
- Ja…
- Katherine dzwoniła. Co miałem jej powiedzieć? Nie odebrałem i na pewno…
- Możesz się na chwilę zamknąć?! – burknął, przerywając mu. Rozumiał go i w duchu przyznawał mu rację, ale nie chciał po raz kolejny tego słuchać. Gdyby jego twarz nie była czerwona od słońca, z pewnością zaczerwieniłby się teraz ze wstydu. – Rozmawiałem z mamą. Powiedziałem jej, że nie widziałeś, jak wychodzę. A nie odebrałeś, bo postanowiłeś po mnie przyjechać, żebym nie spłonął na tym słońcu.
Mężczyzna kiwnął głową, wyraźnie zaskoczony. Z pewnością nie spodziewał się, że szatyn dla niego skłamie. Cóż, nie on jeden.
- Dobrze się czujesz? – zapytał, zamiast odpalić auto i ruszyć w drogę powrotną. Naprawdę się martwił i nawet jeśli czuł wstyd z powodu tego, że chłopak znał jego sekret, to nie mógł nie zadzwonić. Oczywiście chodziło o to, że Kath zabiłaby go, gdyby coś stało się jej synowi. Jego zmartwienie nie wynikało z faktu, że zaczął lubić Jacqa. Przecież nie zaczął.
- Mhm – mruknął, opierając skroń o boczną szybę. – To było głupie, wiem. – Westchnął. – Możesz oszczędzić mi komentarzy.
Blake wywrócił oczami, w końcu odwracając głowę i patrząc przez szybę na szlak ciągnący się przed nimi. Przekręcił kluczyk w stacyjce.
- Nigdy w życiu.

***

- Pomogę ci. – Widząc, jak nieporadnie chłopak próbuje opuścić samochód, podszedł do niego, zabrał jego plecak, który zarzucił sobie na lewe ramię i objął go w pasie. Pozwolił mu zawisnąć na sobie, od razu dostrzegając osłabienie szatyna. I kostkę, na której ten znów nie mógł stanąć bez krzywienia się z bólu. Chciał jakoś skomentować jego stan, ale darował sobie. W końcu już zrobił mu wykład, a Katherine zapewne nieraz o tym wspomni, denerwując się na swojego syna.
Tymczasem Jacques pomimo nagłego zawrotu głowy i bólu w nodze, czuł również ogromny dyskomfort spowodowany bliskością mężczyzny. Nie miał jednak siły, by protestować, więc pozwolił mu poprowadzić się do chatki, starając się nie myśleć o swoim głupim śnie i szybszym biciu serca. Wiedział dobrze, że to zaczynało być absurdalne, ale nie był w stanie wytłumaczyć swoich reakcji. Pierwszy raz od dawna czuł się zagubiony.
Gdy weszli do środka, Blake na prośbę szatyna, poprowadził go do łazienki i tam też zostawił, choć nie bez wahania. Jacq zapewnił go jednak, że sobie poradzi, więc mężczyzna wrócił na zewnątrz, by zamknąć samochód. Pomachał przy tym Nate’owi, którego dostrzegł na jego „podwórku”, ale nie podszedł do niego, żeby zagadać, bo musiał zająć się drugim nastolatkiem. Dopiero gdy znalazł się w domku, przypomniał sobie, że umówił się z blondynem na wspólne bieganie. Aż dziw, że ten nie wpadł do niego, by zapytać się, czemu nie przyszedł. Obiecał sobie, że później z nim porozmawia.
Podczas gdy Blake przeszedł do kuchni, aby przygotować kanapki, Jacques wziął długi, letni prysznic, który przyjemnie ochłodził jego rozgrzaną skórę. Wciąż kręciło mu się w głowie, ale nie na tyle, by nie był w stanie ustać w kabinie. Większy problem sprawiała mu kostka, która spuchła i wyglądała znacznie gorzej, niż na początku, gdy chłopak źle stanął. Miał nadzieję, że okłady pomogą, bo nie wyobrażał sobie, by mieli teraz szukać jakiegoś szpitala. Poza tym nie chciał wylądować w gipsie tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego.
Opuścił kabinę, wytarł się pobieżnie i dopiero po chwili zorientował się, że nie miał tutaj żadnych rzeczy. Westchnął, owinął ręcznik wokół bioder i opuścił pomieszczenie. Na szczęście do swojego pokoju nie miał daleko, bo znajdował się on naprzeciwko, więc po zaledwie kilku minutach był już w salonie z maścią w dłoni i grymasem bólu na twarzy. Klapnął tyłkiem na kanapę, prostując nogę i patrząc z niezadowoleniem na swoją kostkę. To on doprowadził ją do takiego stanu, popełnił spory błąd, i świadomość tego była naprawdę irytująca. I dlaczego to cholerstwo musiało tak boleć?
- Uch, to nie wygląda dobrze. – Usłyszał, a gdy odwrócił się, ujrzał starszego mężczyznę stojącego w progu. W jednej dłoni trzymał talerz z kanapkami, a w drugiej szklankę soku. – Może ktoś powinien to obejrzeć?
- Nie. – Pokręcił głową, pospiesznie zaprzeczając. Nie chciał żadnych wycieczek do szpitala. – Wszystko w porządku. Muszę tylko odpocząć.
Blake zawahał się, niezbyt pewien, czy powinien go słuchać. Odstawił przyniesione rzeczy na stół i spojrzał krytycznie na jego kostkę.
- Jeśli do jutra opuchlizna choć trochę nie zejdzie, zabieram cię na pogotowie. – Zakomunikował, po czym opuścił salon. Przeszedł do swojego pokoju, z którego zaraz wrócił, niosąc nowo zakupioną maść i bandaż elastyczny. Przezorny zawsze ubezpieczony, czy jakoś tak. – Posmaruj, a ja ci to zawinę.
Jacq uniósł brew. Nie spodziewał się, że mężczyzna będzie tak miły po ich wczorajszej… kłótni.
- Kupiłeś maść i bandaż – stwierdził, zupełnie niepotrzebnie. – I zrobiłeś kanapki. Jeszcze chwila i pomyślę, że nie ja jestem tym, który mógł dostać udaru.
- Bardzo zabawne. – Prychnął, wywracając oczami.
Gdy pięć minut później kostka chłopaka była szczelnie owinięta i ułożona na kanapie, mężczyzna podał mu kanapki, samemu zajmując miejsce w rogu sofy. Wahał się, chcąc zacząć niewygodny dla siebie temat, ale w chwili, gdy miał otworzyć usta, Jacq drgnął gwałtownie, jakby ktoś poraził go prądem.
- Cholera! – wykrzyknął, omal nie rozlewając soku marchwiowego, który z pewnością nie byłby łatwy do sprania.
- Co się stało? – Blake spojrzał na niego z niepokojem. – Źle się czujesz?
- Co? Nie. – Teatralnie uderzył dłonią w czoło. – Miałem zadzwonić do mamy. Pewnie się martwi i mnie zabije, gdy wrócimy.
Brunet wzruszył ramionami, a na jego ustach zadrgał, tak dobrze znany Jacquesowi, uśmieszek.
- Cóż, żadna strata – skomentował.
Chłopak z trudem, bo z trudem, ale szturchnął go w ramię, uśmiechając się pod nosem i nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie przekomarza się z mężczyzną, którego tak bardzo nie lubił.
Wyciągnął telefon z tylnej kieszeni, co wymagało od niego nieco gimnastyki, a następnie wybrał numer rodzicielki. Rozmowa trwała jakieś dziesięć minut. Zapewnił mamę, że z nim wszystko w porządku, obiecał, że będzie informował ją o wszystkim i przeprosił za to, że ją zdenerwował. Tęsknił za nią, oczywiście. Na razie jednak cieszył się, że dzieli ich tyle kilometrów – wciąż nie wiedział, jak spojrzy jej w twarz bez zażenowania.
Gdy Jacques rozmawiał z Kath, Blake przejrzał ze znużeniem jeden z portali społecznościowych. Jego myśli dalekie były jednak od wiadomości znajdujących się na Twitterze. Znacznie bardziej skupiał się na rozmyślaniu o tym, jak zacząć rozmowę z szatynem na temat, który był dla niego niezwykle… krępujący.
Chłopak odłożył w końcu telefon i odchylił głowę na oparcie kanapy, wzdychając. Mężczyzna spojrzał na niego, układając dłonie na udach. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Więc… - zaczął, odchrząkując nerwowo. – Wiedziałeś o mnie? – Czuł się trochę tak, jakby cofnął się do swoich młodzieńczych lat i znów był tylko nastolatkiem, który żyjąc w niezwykle pobożnej rodzinie, odkrył w sobie pociąg do mężczyzn i był tym przerażony. Lata niepewności i ukrywania przed bliskimi (i nie tylko) swojej prawdziwej natury sprawiło, że reagował teraz bardzo nerwowo.
Jacques kiwnął głową, przypatrując się drgającym dłoniom i spiętej twarzy mężczyzny. Mógł w tym momencie wyśmiać go, uderzyć w jego czuły punkt, bo Blake odkrył się przed nim, ale nie zrobił tego. W zamian uśmiechnął się delikatnie, jakby zapomniał o wszystkich komentarzach, które brunet kierował pod jego adresem, i chciał mu dodać otuchy.
- Kiedy ci powiedziała? – Oczywiście miał na myśli swoją młodszą siostrę, która z niejasnych dla niego powodów postanowiła wyjawić jego największy sekret synowi jego narzeczonej. Blake nawet nie wiedział, czy jest na nią zły z tego powodu. Wciąż był skołowany i nie ułożył sobie wszystkiego w głowie.
- Jak wpadli z wizytą – odparł, uśmiechając się pod nosem. Wciąż pamiętał rodzinę mężczyzny i ich nagłe odwiedziny. Tak naprawdę nie minęło wiele czasu od ich wyjazdu, nim zostali wysłani przez jego matkę w góry, więc wciąż mógł dokładnie przywołać w pamięci te trzy zwariowane dni. – Nie wiem, jak do tego doszło. Chyba nazwałem cię dupkiem, ona zaprotestowała i od słowa do słowa… - Wzruszył ramionami, nie wspominając, że Lily stwierdziła, iż jej brat nie pasuje do Katherine. On też tak uważał i mówił o tym głośno, od kiedy brunet wprowadził się do nich, więc nie było sensu teraz tego powtarzać.
Przez chwilę siedzieli w ciszy. Blake starał się poukładać sobie wszystko, a Jacques próbował nie analizować, dlaczego jest tak miły dla mężczyzny, skoro wciąż powinien się na niego wściekać o wczorajszą akcję. A jednak – nie potrafił.
- Nie wykorzystałeś tego. – Mężczyzna spojrzał na niego, a intensywność jego spojrzenia kazała chłopakowi odwrócić wzrok. – Wiedziałeś i nie wykorzystałeś tego. Dlaczego?
- Po prostu. – Wzruszył ramionami. – Poznałem twoją rodzinę i w pewien sposób rozumiem potrzebę dyskrecji. – Uśmiechnął się pod nosem. – Chyba jestem też w stanie zrozumieć, dlaczego jesteś dla mnie takim chujem.
Blake roześmiał się, choć w tym śmiechu niewiele było z rozbawienia.
- Nie chcę, żeby Katherine wiedziała – powiedział, zamiast odpowiedzieć na cichy zarzut chłopaka. Fakt, ocenił go już na pierwszym spotkaniu przez pryzmat jego orientacji, ale nie chciał o tym teraz rozmawiać. I tak czuł się dziwnie, mówiąc z kimś o swoim biseksualizmie, gdy przez ostatnie dwadzieścia lat nie powiedział nikomu ani słowa na ten temat.
Jacques kiwnął głową, nieco zawiedziony. Liczył na to, że mężczyzna pociągnie rozpoczęty przez niego temat, ale najwyraźniej nie chciał tego robić. Nie mógł go jednak do tego zmusić. Blake nawet nie miał powodu, by mówić mu o tak osobistych kwestiach.
- W porządku. – Zawahał się. – Nie powinienem reagować wczoraj tak gwałtownie. Chciałeś tylko odpłacić mi za mój głupi żart… - Podrapał się po głowie, czując zażenowanie. Nigdy nie potrafił przyznawać się do błędów, a teraz jednak zrobił to i to jeszcze przy mężczyźnie, którego do niedawna tak bardzo nie znosił.
- Ale nie powinienem dotykać twojego telefonu, wybacz. – Brunet uśmiechnął się do niego oszczędnie, zaskoczony jego „przeprosinami”, o ile tak mógł to nazwać. To nie było w stylu Jacquesa, którego znał.
- Cóż, jesteśmy kwita. – Poruszył się, wyciągając przed siebie pusty talerz i szklankę po soku. – Mógłbyś to zanieść do kuchni?
- Mhm, jasne. – Blake wziął od niego naczynia, czując ulgę. Nadal był nieco rozstrojony, ale było mu dobrze z myślą, że jest ktoś, kto wie o nim i nie ocenia go z tego powodu. I co najdziwniejsze, jedną z tych dwóch osób był syn jego narzeczonej. To była absurdalna sytuacja. – Chcesz piwo?
- Rozpijanie młodzieży? – Uniósł brew, uśmiechając się pod nosem.
Brunet wywrócił oczami, nie odpowiadając. Chwilę później wrócił z kuchni, niosąc dwie butelki ciemnego, regionalnego piwa, którego nigdy nie pił. Okazało się dobre i mocne, co w dużym stopniu wpłynęło na dalszy przebieg tego popołudnia.

***

- Mam coś dla ciebie! – Blake poderwał się z kanapy, omal się przy tym nie wywracając, gdy potknął się o własne nogi. Jacques roześmiał się głośno, nie szczędząc komentarzy dotyczących jego niezdarności. Obaj byli już podchmieleni, przy czym Jacq trochę bardziej.
- Co takiego? – Zapytał, nie kryjąc ciekawości. Jego brązowe oczy błyszczały intensywnie, a na policzkach widniał delikatny rumieniec, który miał niewiele wspólnego z jego dłuższym pobytem na słońcu. Zresztą, minęło już kilka godzin i chłopak czuł się lepiej.
Mężczyzna wrócił po chwili, niosąc prosty techniczny blok A3. Położył go na kolanach chłopaka, szczerząc się, jakby zrobił właśnie coś niesamowitego.
- Chciałeś rysować, więc proszę.
Jacques spojrzał najpierw na blok, później na zadowolonego z siebie mężczyznę i nie mógł powstrzymać chichotu, który chwilę później przerodził się w prawdziwy, szczery śmiech.
- D-dzięki – wydusił, wciąż chichocząc jak panienka na pierwszej randce.
Blake jednak nie przyjął dobrze jego reakcji. Naburmuszył się, zakładając ramiona na piersi. Klapnął przy tym na kanapę, tuż obok niego, omal nie rozlewając piwa, które postawił na podłodze. Była to któraś z kolei butelka piwa, uściślając.
- No co? – burknął.
- Nic. – Szatyn pokręcił głową, uśmiechając się szeroko. – Zwykle rysuje w specjalnym szkicowniku, a nie na zwykłym bloku dla dzieci. – Wzruszył ramionami. – Ale w porządku. Z braku innych możliwości, może być nawet ten blok.
- To dlaczego nie wziąłeś szkicownika? – Mężczyzna zainteresował się tym, patrząc na niego intensywnym, przeszywającym wzrokiem. Jego reakcje były żywe, spontaniczne i… miłe. Angażował się w rozmowę, słuchał z zainteresowaniem i była to chyba ich pierwsza rozmowa, w trakcie której Jacq stwierdził, że zupełnie nie zna Blake’a.
Wziął spory łyk piwa, zanim odpowiedział.
- Ostatnimi czasy nie idzie mi najlepiej – przyznał. – Nie stworzyłem nic dobrego praktycznie od kwietnia. Nie widziałem sensu w zabieraniu szkicownika, ale najwyraźniej wdziałem sens w zabieraniu przyborów, bo bezmyślnie je zapakowałem. – Prychnął, kręcąc głową nad własną głupotą.
Dobrze im się rozmawiało. Alkohol rozluźnił ich na tyle, że szatyn opowiedział mężczyźnie o swoich odczuciach względem jego książki. Ba! Całkowicie porzucił wstyd i mówił otwarcie o swoich spostrzeżeniach, a Blake, zamiast reagować zażenowaniem, czy ucinaniem tematu, potwierdzał jego przypuszczenia. Okazało się, że obaj mają podobny gust, jeśli chodzi o literaturę i kino. Kto by pomyślał, że kilka mocnych piw może tak zbliżyć dwójkę ludzi, która rzekomo się nie znosi…
- Muszę do łazienki – oznajmił nagle, przerywając mu wpół zdania. Odstawił prawie pustą butelkę na podłogę i z trudem wstał, ściągając z kanapy swoją zabandażowaną kostkę. Kulejąc, ruszył w stronę łazienki, a jeśli przytrzymywał się przy tym ściany, to wcale nie dlatego, że zaczynało kręcić mu się w głowie. Nie był pijany, a jedynie nieco wstawiony. Nic wielkiego.
Pięć minut później pojawił się w salonie, który był pusty. Zmarszczył brwi, ale szybko dostrzegł plecy mężczyzny w kuchni. Nie wiedzieć czemu, zamiast usiąść na kanapie, przeszedł powoli przez salon (niemal nie czuł bólu, naprawdę) i oparł się o framugę.
- Co robisz? – zapytał, mrużąc oczy. Jeśli przez chwilę obraz zafalował mu przed oczami, to z pewnością nie była to wina wypitego alkoholu.
- Pomyślałem, że coś przegryziemy… - Blake wzruszył ramionami, patrząc na niego przez ramię.
- O, pomogę ci! – Jacques uśmiechnął się szeroko i kulejąc, zbliżył się do mężczyzny. Kuchnia była najmniejszym pomieszczeniem w domku i nie było w niej zbyt wiele miejsca, więc gdy chciał stanąć obok niego przy blacie, znalazł się naprawdę blisko. Akurat w tym momencie zakręciło mu się w głowie i byłby się przewrócił, gdyby brunet go nie złapał.
- W porządku?
Chłopak pokiwał głową, uśmiechając się szeroko i nieco… pijacko. Jego oczy błyszczały, gdy spoglądał na twarz starszego mężczyzny. Był przystojny, fakt. I miał ładne oczy. Musiał przyznać swojej matce, że jednak miała całkiem niezły gust. I jeszcze te interesujące usta… Czy on coś mówił? Chyba tak, ale Jacques już nie słyszał, bo bezmyślnie wychylił się do przodu i zwyczajnie go pocałował.
To było krótkie. Zaledwie zetknięcie się warg. Ale w obu przypadkach wywołało piorunujące wrażenie.
Chłopak otworzył szeroko oczy, wciąż nieco skołowany. Zresztą, nie mniej niż Blake, który wyglądał na zszokowanego. Nim jednak nastolatek zdążył zareagować, ten puścił go i po prostu wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Jacques czknął, dotykając dłońmi swoich rozgrzanych policzków. Chyba naprawdę zwariował…