niedziela, 16 czerwca 2019

Pęknięcia - Rozdział 33

Dziękuję wszystkim za komentarze!
____________________________________________________________

– Nie możesz zrobić sobie teraz przerwy. Zwariowałeś?
– Muszę.
Kawiarnia była niewielka, choć znajdowała się w centrum Chicago. W środku panował gwar spowodowany porą lunchu. Trudno rozmawiało się w takich warunkach, ale to Aiden wskazał ten lokal, bo znajdował się niedaleko siłowni, do której wybierał się po ich spotkaniu. Blake nie oponował. Miejsce spotkania z agentem było teraz dla niego najmniejszym problemem.
– Cholera, Blake, co z tobą? Tłumaczyłem ci wcześniej, jak to działa. Postanowiłeś skończyć pisanie pod pseudonimem, więc musisz teraz wydać książkę, żeby udowodnić, że ty to ty. Poza tym to najlepszy okres na wydanie czegoś! Jest szum wokół ciebie, udzielasz wywiadów, zaczynasz być obecny w mediach społecznościowych – trzeba to wykorzystać!
Widział, jak zdenerwowany jest Aiden. Znał go na tyle dobrze, że nawet jego nerwowe sięgnięcie po filiżankę z kawą i tik oka potrafił poprawie rozpoznać. Nie po raz pierwszy doprowadzał swojego agenta do podobnego stanu.
– Nie mogę. Nie teraz.
– Świetnie. – Czarnoskóry mężczyzna prychnął ze złością i rzucił poirytowane spojrzenie w stronę dwóch siedzących niedaleko młodych Polek, który rozmawiały ze sobą tak głośno, że trudno było skupić się na własnych myślach. – Co jest teraz ważniejszego od twojej pracy?
Blake napił się kawy, zanim odpowiedział.
– Zamierzam powiedzieć Katherine.
W innej sytuacji pewnie poczułby satysfakcję, widząc szok na twarzy Aidena. Teraz czuł tylko znużenie i smutek.
– Chcesz jej powiedzieć? – Mężczyzna wyglądał, jakby się przesłyszał. – Teraz? Gdy wszyscy wiedzą o waszym ślubie?
– Nie zaprosiliśmy jeszcze gości. Nawet sala nie jest zarezerwowana.
– Ale wszyscy wiedzą. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak będziecie musieli to odkręcać… Bo chyba nie liczysz, że ci wybaczy, co?
– Nie. – Westchnął. – Ale, nawet gdyby chciała… Nie chcę z nią dłużej być. Po prostu nie mogę.
– Czyli to nie była jednorazowa akcja? Coś poważniejszego?
Widział i słyszał w tonie Aidena, jak ten łagodnieje. Temat pracy zszedł na razie na drugi plan i Blake miał nadzieję, że już do niego nie wrócą. Liczył na wyrozumiałość swojego agenta.
– Była. – Spuścił wzrok na swoją filiżankę. Wciąż nie czuł się do końca pewnie, mówiąc o tym przyjacielowi. – Po prostu… To bardziej skomplikowane.
Wyczuwał na sobie wzrok Aidena. Wiedział, że ten przygląda mu się z typowym dla siebie, zamyślonym wyrazem twarzy. Z pewnością chciał zrozumieć, co kryło się za jego tajemniczymi słowami. Blake jednak nie zamierzał wyjawiać, z kim zdradził Katherine. To miało już na zawsze pozostać tylko między nimi.
– Więc kiedy chcesz jej powiedzieć? – Usłyszał w końcu, gdy cisza między nimi zaczęła się przedłużać. – Bo wyznanie jej prawdy po tym, jak już kupi sukienkę…
– Już kupiła – wtrącił, wciąż nie podnosząc wzroku. Rzadko można było dostrzec u niego takie wycofanie i niepewność. – Na początku roku.
– Och. No to przejebane.
– Mhm.
– Blake… – Coś w tonie Aidena sprawiło, że w końcu na niego spojrzał. – Powinieneś dostać w mordę za to, jak ją potraktowałeś.
– Wiem.
– I mówię to jako twój przyjaciel. Katherine na to nie zasłużyła.
– Wiem – powtórzył, bo nie wiedział, co jeszcze może dodać. Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Tego, co zrobił, nie dało się wybaczyć.
– To dobrze. – Aiden kiwnął głową i wyciągnął rękę, by poklepać go po ramieniu. – Oboje jeszcze kogoś znajdziecie. Wszystko się ułoży.
– Chciałbym – przyznał i skulił się na krześle, jakby jego barki przygniótł właśnie bardzo duży ciężar. – Bardzo bym chciał.

***

Jacques nie był zaskoczony wynikiem rekrutacji. Dwa tygodnie po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi z jego wymarzonej uczelni, przyszedł list z Nowego Jorku. Akurat nie było nikogo w domu, gdy wrócił ze szkoły, ciągnąc za sobą skomlącego Nicka, który został zmuszony do uczenia go matematyki. Dlatego to właśnie oni wyciągnęli kopertę ze skrzynki i tym razem Jacques miał szansę sam powiedzieć o wszystkim mamie i Blake’owi.
– Wciąż możesz zostać w Chicago – zasugerował mu Nick, gdy już znaleźli się u niego w pokoju z dwoma talerzami pełnymi kanapek.
– Ta, i co im powiem? – prychnął, siadając przy biurku. – Że tylko tak sobie żartowałem?
– Zawsze możesz coś wymyślić, stary. – Nick wzruszył ramionami. – Masz jeszcze wybór.
Jacques ponownie prychnął, a jego niewyraźna mina musiała wystarczająco dużo powiedzieć drugiego chłopakowi, skoro ten postanowił zmienić temat.
– Mary mnie zaczepiła dzisiaj w szkole.
– Serio? – Od razu się ożywił. – Po co? – Zmarszczył brwi, bo sama myśl o tej dziewczynie wywoływała w nim irytację. – Chyba nie chce do ciebie wrócić, co?
– Pytała, czy to prawda, że mam nową dziewczynę.
– A ona skąd o tym wie?
Nick wzruszył ramionami.
– To szkoła. W niej wiedzą wszystko. Nic się nie ukryje.
– Coś jednak udało się ukryć… – mruknął, przypominając sobie groźbę Mary. Gdyby zaczęła plotkować o nim i Blake’u, mógłby już nie przychodzić do tej szkoły. To byłby jego koniec. – Nigdy mi nie powiedziałeś, jak to załatwiłeś.
– Po prostu wiedziałem coś, co ona wolałaby zachować tylko dla siebie. Nie opłacało jej się rozpowiadać plotek na twój temat.
Jacques uniósł brwi, bo takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
– Szantaż? To raczej nie w twoim stylu…
– Zjebałem i musiałem to naprawić, tak? – Nick westchnął i wepchnął sobie do ust połowę kanapki. – Nn... w-wracmy do tgo.
Posłał mu zdegustowane spojrzenie, ale nie potrafił powstrzymać uśmiechu, który wykwitł na jego twarzy.
– To czego teraz od ciebie chciała?
Nick wzruszył ramionami.
– Kto wie? Jeśli zacznie rozpowiadać jakieś plotki na mój temat, to trudno. Nie przejmuję się. – Wytarł dłonie w swoje spodnie, wywołując kolejne zdegustowane spojrzenie u szatyna, i uśmiechnął się szeroko. – Dawaj ten podręcznik. Zobaczymy, jak kiepski jesteś w tych zadaniach.
Jacques w odpowiedzi pokazał mu środkowy palec i z westchnieniem wyciągnął książkę od matematyki z szafki biurka. Czekało go kilka mało przyjemnych godzin wypełnionych śmiechem przyjaciela, który nigdy nie miał dla niego litości. Szczególnie gdy chodziło o korepetycje.

***

– Gratuluję, kochanie. Wiedziałam, że się dostaniesz.
Choć jego matka nie wyglądała na uszczęśliwioną, to Jacques doceniał jej starania. Zawsze starała się robić wszystko, by czuł się jak najlepiej. Nie zasługiwał na nią.
– Na pewno szybko podbijesz nowojorski rynek. – Blake uśmiechnął się do niego ciepło, choć wydawał się nieobecny. Nastolatek, jak można było się spodziewać, nie odpowiedział na ten uśmiech, ani nie skomentował jego słów.
– Jak rozmowa z Aidenem? – Katherine zwróciła się do narzeczonego. – Bardzo naciskał na przyspieszenie pracy nad tekstami?
Jacques przyglądał się zamyślonej twarzy mężczyzny, mechanicznym ruchem wygrzebując groszek ze swojego ryżu. Wspólne posiłki niedługo dobiegną końca i nastolatek nie czuł się komfortowo z tą myślą. Był rozdarty – chciał skończyć z widywaniem Blake’a, ale jednocześnie świadomość tego, że niedługo będą spotykać się tylko sporadycznie, go przygnębiała.
– Nie, właściwie to nie. Obaj doszliśmy do wniosku, że mogę wstrzymać się z wydaniem tej książki.
– Teraz chcesz się wstrzymywać z książką? Kiedy jest tak głośno o tobie? – Nie potrafił tego nie skomentować. – To absurd.
– Kochanie, Jacques ma rację. Nie lepiej wykorzystać ten czas? Aż trudno uwierzyć, że Aiden na to przystał…
Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony z poparcia matki. Nawet ona widziała, jak idiotyczne były ustalenia mężczyzny i jego agenta. On nie widział w tym żadnego sensu. Na miejscu Blake’a nie wychodziłby z gabinetu, zanim nie skończyłby najnowszej książki.
– Nie będę pisał na siłę. Nie mam teraz do tego głowy. – Ich spojrzenia spotkały się i Jacques z trudem powstrzymał się od odwrócenia wzroku. – Ty też malowałbyś na siłę, gdyby cię do tego zmuszali?
– Nie, ale to jest…
– Więc powinieneś zrozumieć. – Mężczyzna odłożył sztućce na talerz i nieoczekiwanie wstał, kończąc posiłek. – Dziękuję za kolację.
Odprowadził go z matką wzrokiem, równie zaskoczony, co ona.
– Ostatnio dziwnie się zachowuje – wyznała, chyba dostrzegając jego zdziwienie. – Nie wiem, co się z nim dzieje. – Wyglądała na zmartwioną. – Może jest chory?
– Może stresuje się ślubem? – zasugerował, choć słowo „ślub” z trudem przeszło mu przez gardło.
– Przecież zostało jeszcze tyle czasu…
Jacques wzruszył ramionami.
– U niego zawsze wszystko musi być inaczej. Jeszcze nie zauważyłaś?
Przez chwilę siedzieli w ciszy, oboje dyskretnie zerkając na puste miejsce przy stole. On też zauważył dziwne zachowanie Blake’a i nawet jeśli nie chciał, to martwił się o niego. Wciąż nie pozbył się tego silnego uczucia w piersi, które pojawiało się, gdy tylko znajdował się w pobliżu mężczyzny.
– Jacques?
– Hm…? – Spojrzał na rodzicielkę trochę nieprzytomnie, wyrwany ze swoich rozmyślań.
– Zjedz groszek.
– Mamo…

***

Na wyjazd z Aaronem zgodził się pod wpływem emocji. Sądził, że potrzebuje wytchnienia od domu po kolejnej sprzeczce ze swoim przyszłym ojczymem, a weekend spędzony na łonie natury wydawał się ku temu świetną okazją. Gdy w piątkowy poranek pakował rzeczy, które miał zabrać ze sobą do szkoły, bo powrotu do domu już nie planował, nie był taki pewny swojej decyzji. Z jednej strony dwie doby spędzone z chłopakiem, którego naprawdę bardzo lubił, wydawały się przyjemną wizją weekendu, ale z drugiej…
Widział, że Aaron mocno zaangażował się w tę relację. On natomiast nie potrafił odpowiedzieć tym samym. Na dodatek wciąż posuwał się do mniejszych lub większych kłamstw, które miały wyjaśniać niektóre jego zachowania. Nie wróżył temu związkowi przyszłości, choć jednocześnie nie chciał i nie potrafił go zakończyć. Jego chłopak stał się dla niego odskocznią od tego, co miał w domu – widoku Blake’a i Katherine, przytulonych i całujących się na kanapie w salonie. Był egoistą i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Torbę z książkami przerzucił przez ramię, a drugą – tę większą – złapał za uszy i zszedł po schodach do holu. W innej sytuacji pewnie matka zawiozłaby go do szkoły, ale w piątki o dziewiątej była już w pracy. Dlatego ten obowiązek spadł na Blake’a, choć Jacques wciąż rozważał, czy nie wybrać autobusu. W końcu to był tylko weekend, nie zabierał aż tak wielu rzeczy.
– Idziesz?! – krzyknął w głąb mieszkania, zastanawiając się, czy to dobry pomysł. Gdyby teraz zdecydował się na autobus, zapewne spóźniłby się na pierwszą lekcję. Ale wizja małej przestrzeni w samochodzie i ich dwóch siedzących blisko siebie, wcale nie była najprzyjemniejsza.
– Już!
Blake zbiegł po schodach jak zwykle nieogolony i z rozczochranymi włosami. Pachniał jednak bardzo intensywnie, bo Jacques wyczuł to już z daleka, i prezentował się lepiej niż zwykle. O tej godzinie rzadko można było go zobaczyć w tak dobrej formie.
– Możemy już iść? – wymamrotał, nie chcąc patrzeć na niego dłużej, niż to konieczne. – Nie chcę się spóźnić.
– Tak, tylko…
Jacques otworzył szerzej oczy, gdy mężczyzna nieoczekiwanie złapał go za ramię. Szybko wyrwał się z jego uścisku i asekuracyjnie zrobił krok w tył.
– Odbiło ci?!
– Poczekaj. – Blake westchnął i uniósł dłonie, jakby chciał pokazać, że jest niegroźny. – Chciałem chwilę… Chciałem tylko o co zapytać.
– To pytaj – burknął, powstrzymując chęć rozmasowania sobie ramienia. Miał wrażenie, jakby jego skóra paliła w miejscu, w którym dotknął jej mężczyzna. Było to idiotyczne i tylko dodatkowo go irytowało.
– Czy ty i ten… Aaron. – Wyraźnie było widać, że z trudem wymówił imię jego chłopaka. – To coś poważnego?
Jacques zamrugał, nie spodziewając się takiego pytania. Rozchylił usta i przez chwilę nie odpowiadał, gapiąc się tylko w te przeklęte, intensywnie niebieskie tęczówki.
– Nie twój interes! – warknął w końcu nieprzyjemnie, choć obaj wiedzieli, że była to zbyt opóźniona reakcja.
– Chciałbym… – Blake zrobił krok w jego kierunku, a on nie poruszył się nawet o milimetr, jakby ktoś nagle przykleił go do podłogi. – Chciałbym, żebyś był szczęśliwy, Jacq.
Nie zareagował. Gapił się bezmyślnie na twarz mężczyzny i nawet gdy ten zbliżył się jeszcze bardziej i pochylił, by go pocałować, nie zrobił nic, co miałoby go powstrzymać.
Pocałunek był delikatny, ale wystarczył, by Jacques poczuł znajome ukłucie w piersi i trochę otrzeźwiał. Zebrał się w sobie i odepchnął z całej siły Blake’a, patrząc na niego z wściekłością.
– Pojebało cię?!
Obaj patrzyli na siebie w przedłużającej się, niekomfortowej ciszy i nastolatek nie potrafił powiedzieć, który z nich zrobił pierwszy krok.
Tym razem pocałunek był mocny, niezgrabny i tak rozpaczliwy, że Jacques poczuł łzy pod powiekami. Zacisnął jedną z dłoni na ciemnych włosach mężczyzny, a drugą ułożył na jego zarośniętym policzku i poddał się całkowicie sprawnym, gorącym ustom.
– Pojadę a-autobusem – wydusił, gdy odsunęli się w końcu od siebie, zdyszani, z zaczerwienionymi policzkami. Wyczuwał też wilgoć w okolicach oczu, ale już nawet nie odczuwał wstydu. Czuł się… pusty.
Blake nie odpowiedział, a jedynie kiwnął głową i zrobił dwa kroki w tył. Jacques czuł na sobie jego wzrok, gdy roztrzęsioną ręką podnosił torbę i wychodził z domu. Nie mógł uwierzyć, że znów tak łatwo dał się ponieść emocjom. Nie mógł uwierzyć, że jego serce znów waliło tak mocno, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Teraz był już pewien, że wyjazd z Aaronem był błędem.

***

Blake dużo czasu spędził na tarasie, paląc papierosa za papierosem. Myślał o tym, co wydarzyło się między nim a Jacques’em. Gdy tylko przypominał sobie uczucia, które mu towarzyszyły, gdy znów go całował… To było pożegnanie. Chłopak nie mógł o tym wiedzieć, ale właśnie tym miał być ten pocałunek. I zabolał, bo tylko potwierdzał to, co Blake wiedział od dawna – zakochał się w tym szczeniaku i nic nie mógł na to poradzić. Długo próbował się przed tym bronić, ale na próżno. A teraz musiał to zakończyć, zanim sprawy przybiorą jeszcze gorszy obrót.
Długo stał i gapił się na ogród pielęgnowany przez Katherine, a gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi wejściowych, drgnął, ale nie ruszył się, by wyjść kobiecie naprzeciw. Wciąż zbierał się w sobie; wciąż rozważał wszystkie możliwości. Nie było innego wyjścia z tej sytuacji. Nie po tym, co wydarzyło się rano. Po ich ostatnim teście, który obaj oblali.
– Tu jesteś.
Gdy obrócił się, ujrzał Katherine w wejściu na taras. Miała na sobie grafitową sukienkę z cienkim paskiem, który podkreślał jej idealną talię. Wyglądała na zmęczoną, ale mimo to prezentowała się wspaniale. Nie chciał tego niszczyć, ale nie mógł się znów wycofać. Lepszego momentu na pewno nie będzie.
– Musimy porozmawiać. – Jego głos zabrzmiał na tyle poważnie, że pewnie tylko dlatego kobieta nie podeszła do niego i nie pocałowała go na powitanie, jak to miała w zwyczaju.
– Coś się stało? – Od razu spojrzała na niego czujniej, choć uśmiech jeszcze nie do końca zniknął z jej twarzy. – Coś z Jacques’em?
– Nie – odpowiedział, choć to właśnie jej syn był najważniejszym powodem. – Wejdźmy do środka.
Nie usiadł obok niej na kanapie. Zamiast tego zajął jeden z foteli, celowo stwarzając między nimi dystans.
– Kath, to co teraz powiem… Musisz mnie wysłuchać, dobrze?
– Ale… – Dopiero teraz na jej twarzy pojawiło się zaniepokojenie. – Co się…
– Daj mi powiedzieć – uciął. – Nie sądziłem, że kiedyś będę musiał to zrobić, ale… Nie możemy się pobrać.
– S-słucham…?
– Nie możemy się pobrać – powtórzył z naciskiem – bo nie zasługuję na ciebie, Kath. Czas spędzony z tobą był niesamowity, bo jesteś cudowną osobą, ale ja… To nie byłoby dobre dla nas obojga.
– Co? – Patrzyła na niego, jakby zobaczyła ducha, a łzy w kącikach jej oczu powiedziały mu wystarczająco. – Nie możesz… Nie mówisz poważnie. Wiem, że możesz się denerwować tym ślubem, ale…
Blake przymknął oczy, ramiona mu opadły. Nie chciał tego mówić, ale Katherine nie pozostawiała mu wyboru.
Spojrzał na nią z bólem i wstydem tak wyraźnym, że widząc jego twarz, zamilkła.
– Zdradziłem cię – wyznał cicho. – Przepraszam. 

czwartek, 9 maja 2019

Pęknięcia - Rozdział 32

Kochani, wracam! Gdy usiadłam do pisania tego rozdziału, zaczęłam zastanawiać się nad dalszymi wydarzeniami i doszłam do wniosku, że zostało jakieś 4-5 rozdziałów do końca tego opowiadania. Tak, też byłam zaskoczona tym odkryciem xDD Dlatego mam nadzieję, że zostaniecie tutaj ze mną do końca i będziecie dzielić się swoimi uwagami i przewidywaniami odnośnie zakończenia :D
Oczywiście jak zwykle dziękuję za komentarze - przyjemnie jest czytać o Waszych odczuciach i czuć, że jednak to, co robię, jest dla kogoś ważne. Trzymajcie się!
_________________________________________________________________

– Co? – Całkowicie zdumiony ton Blake’a w połączeniu z jego zaskoczonym wyrazem twarzy zrobił spore wrażenie na nastolatku, który nie spodziewał się tak emocjonalnej reakcji ze strony mężczyzny. Odczuł dzięki niej jakiś rodzaj przyjemności, po raz kolejny uświadamiając sobie przy tym beznadziejność sytuacji. Wciąż mu nie przeszło; wciąż pragnął jego atencji. I przez to stawał się zły na samego siebie.
– Nie dostałem się – powtórzył i raz jeszcze spojrzał na treść dokumentu, który trzymał w dłoniach.
– Ale to niemożliwe. – Blake pokręcił głową i wyciągnął dłoń, jakby chciał zabrać mu kartkę. – Daj, na pewno coś źle przeczytałeś…
Jacques w ostatniej chwili cofnął się, by mężczyzna nie mógł dosięgnąć dokumentu.
– Dobrze przeczytałem – odburknął zirytowanym tonem. – Po prostu się nie dostałem. Daj mi spokój.
– Jacq…
– Nawet nie zaczynaj. Idę do siebie.
Nie miał siły na kolejną konfrontację z narzeczonym matki. Nie teraz, gdy był roztrzęsiony po tym, co przeczytał (nawet jeśli spodziewał się tego od dawna i w ogóle nie był tym zaskoczony) i po tym, jak zareagował na emocjonalny ton Blake’a. To nie powinno już tak na niego działać, a jednak wciąż działało. I było nie fair zarówno wobec jego matki, jak i Aarona. Może właśnie dlatego – znów przytłoczony negatywnymi emocjami – uciekł do swojego pokoju, nie reagując na nawoływania dobiegające z parteru.
Gdy znalazł się w swojej sypialni, raz jeszcze zerknął na kartkę trzymaną w dłoni i westchnął. Teraz pozostawało mu czekać na list z Nowego Jorku. I na powrót mamy, która prawdopodobnie będzie w jeszcze większym szoku niż Blake. Wiedział, że będzie musiał jakoś ją uspokoić i przygotować na wieści o prawdopodobnej przeprowadzce do innego miasta. Wiedział też, że Katherine nie będzie zadowolona. Od początku planowali, że będzie studiował w rodzinnym mieście, by byli blisko siebie. Ale czy wciąż tak naprawdę mieli tak dobre kontakty, jak przed pojawieniem się Blake’a i tym, co zaczęło się między nimi dziać? Chyba nie.
Nie wiedział, czy miał siłę na to wszystko. Był tak rozbity listem, który otrzymał, reakcją mężczyzny i spodziewanym płaczem ze strony matki, że najchętniej już teraz zadzwoniłby do Aarona i kazał mu spakować kilka rzeczy, by jak najszybciej wyjechali z tego przeklętego miasta. Bo choć wciąż pozostawał nieprzekonany w pełni do tego wyjazdu, to jednak teraz chciał po prostu uciec. Tylko że nie było to możliwe. Musiał przygotować się psychicznie na powrót matki, a później jakoś przebrnąć przez rozmowę z nią i prawdopodobny szloch z jej strony. Za wiele przeszedł w tym domu, by akurat z tym sobie nie poradzić.

***

Pukanie do drzwi oderwało go od książki, którą próbował czytać, choć w ogóle nie potrafił skupić się na jej treści. Myślami wciąż krążył wokół swoich studiów, podjętych w związku z nimi decyzji i Katherine, która na pewno będzie go wspierać, ale jednocześnie prawdopodobnie będzie rozczarowana. Marnym pocieszeniem było to, że wkrótce wyjdzie za Blake’a, więc nie będzie czuła się samotna, gdy on wyjedzie do Nowego Jorku. Gdyby znała prawdę o swoim narzeczonym, zapewne pękłoby jej serce. I Jacques sam już nie wiedział, czy gdyby dowiedziała się o wszystkim, to byłoby to lepsze od tego, co się działo obecnie. Nic już nie wiedział. Był całkowicie skołowany całą tą sytuacją, swoimi emocjami i nie potrafił już racjonalnie ocenić, które działania są dobre, a które złe.
– Proszę – powiedział głośno i zamknął z westchnieniem książkę. Właściwie nie pamiętał nawet, co przeczytał.
Gdy do pokoju wszedł Blake, Jacques uniósł się do siadu, trochę zaskoczony widokiem mężczyzny. Spodziewał się swojej matki.
– Katherine mnie po ciebie przysłała.
– Zgaduję, że już jej powiedziałeś.
Blake nawet nie próbował udawać, że jest mu głupio z tego powodu. Jacques sądził, że nawet by to do niego nie pasowało.
– Wolałbyś sam jej powiedzieć?
Wzruszył ramionami i wstał. Właściwie nieważne było, kto jej powiedział. Gdyby on to zrobił, reakcja zapewne byłaby taka sama.
Gdy zeszli do salonu, Blake wyciągnął z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów i wskazał palcem na taras, wykazując się w tym momencie zaskakującą jak na niego taktownością. Jacques był niemal pod wrażeniem jego zachowania.
– Pójdę zapalić, a wy porozmawiajcie – oznajmił im, a później faktycznie wyszedł na taras i nic nie wskazywało na to, by zamierzał podsłuchiwać. Zresztą, po co miałby to robić, skoro później i tak wszystkiego się dowie?
– Blake ci powiedział – mruknął, bo właściwie nie wiedział nawet, jak zacząć.
Opadł na jeden z foteli, przyglądając się matce, która siedziała na kanapie. Jej twarz nie wskazywała na to, by płakała, ale w oczach lśniły łzy. Wyglądała na bardzo przejętą.
– Tak mi przykro, Jacques. Nawet nie chcę myśleć, jak się musiałeś poczuć, gdy przeczytałeś list. – Wychyliła się do niego i położyła mu dłoń na kolanie. – Może się pomylili, skarbie. A jeśli nie, to zawsze możemy spróbować się odwoływać i…
– Nie, mamo. – Pokręcił głową. – To nie ma sensu.
– Ale to było twoje marzenie…
– Aplikowałem też do Nowego Jorku – wyznał, przerywając jej. Nie chciał słuchać o tym, jak to marzył o studiach w Chicago. Wciąż czuł ból na samą myśl o tym, że nie miał szansy, by to marzenie zrealizować.
Katherine spojrzała na niego z zaskoczeniem i przez chwilę chyba nie była w stanie niczego z siebie wydusić.
– Do Nowego Jorku? – powtórzyła w końcu, a głos zadrżał jej przy tym niebezpiecznie, jakby miała się rozpłakać. – Dlaczego nic nie powiedziałeś?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Zrobiłem to spontanicznie, nie myśląc nawet o tym, że faktycznie mógłbym tam studiować. – Kolejny raz karmił ją kłamstwami, ale już nawet nie potrafił czuć takich wyrzutów sumienia, jak na początku. – To miała być tylko asekuracja… Nie przypuszczałem, że mógłbym się tu nie dostać.
– Dostałeś już list z tamtej uczelni…?
Pokręcił głową i zmarszczył brwi, bo przez twarz rodzicielki przemknął cień ulgi.
– Nowy Jork jest tak daleko, Jacques…
– To tylko dwie godziny samolotem, mamo.
– Ale miałeś zostać w Chicago…
– Ale się nie dostałem! – Nie chciał odpowiadać tak ostro, ale miał wrażenie, że Katherine stara się go nakłonić do pozostania w mieście, nawet jeśli wiedziała, że nie mógł tutaj studiować. – Chcesz, żebym stracił cały rok?
– Nie, oczywiście, że nie! – Kobieta gwałtownie pokręciła głową. – Masz rację, to było bardzo egoistyczne. Po prostu… nie chcę, żebyś wyjeżdżał. Nie chcę zostać sama.
– Jeszcze nie wyjeżdżam, mamo. – Westchnął. – Nawet nie wiem, czy się dostanę. I przecież nie zostaniesz sama. Niedługo… będziesz miała męża. – Z trudem skończył ostatnie zdanie. Wciąż nie potrafił myśleć o Blake’u jak o przyszłym ojczymie. Wątpił, by kiedykolwiek udało mu się to zaakceptować. Szczególnie po tym, co się między nimi wydarzyło.
– Wiem, kochanie, po prostu… – Uśmiechnęła się ze smutkiem, a po prawym policzku spłynęła jej łza. – Będę tęsknić za tobą. Bardzo.
Jacques przełknął ślinę i przesiadł się na kanapę, by objąć matkę ramieniem.
– Ja też.
Gdy Blake wrócił po jakimś czasie do salonu, zastał ich właśnie tak – przytulonych do siebie i płaczących. Poczuł się trochę niezręcznie, bo nigdy wcześniej nie był świadkiem podobnej sceny. Mimo to przysiadł na fotelu i zapatrzył się na nich. Był ciekaw, co wynikło z ich rozmowy.
– Jacques aplikował do Nowego Jorku – poinformowała go Katherine, ocierając mokre policzki.
– Co? – Blake spojrzał na nastolatka z zaskoczeniem. – Dlaczego nic nie mówiłeś?
– Bo sądziłem, że się tutaj dostanę? – Jacques wzruszył ramionami, kolejny raz kłamiąc. – Zresztą, nie wiadomo, czy z tamtą uczelnią się uda...
– Uda się. – Od razu poczuł na sobie wzrok rodzicielki. – Jestem pewna, że tam nie popełnią tak głupiego błędu. Jesteś wspaniałym artystą, skarbie.
Uśmiechnął się krzywo i kiwnął głową.
– Chcę pobyć trochę sam, dobrze? – Wyplątał się z ramion matki i wstał. – Po prostu… muszę to przemyśleć. Też nie byłem na to przygotowany. Zejdę na kolację.
Uciekł stamtąd, zbyt roztrzęsiony, by móc dłużej przebywać w towarzystwie rozgoryczonej matki. Rozumiał, skąd brał się jej żal, ale sam nie miał siły, by ją pocieszać. Nie teraz, gdy sam stracił szansę na spełnienie swoich marzeń.
Podskoczył, gdy poczuł palce zaciskające się na jego ramieniu. Obrócił się i stanął twarzą w twarz z brunetem. Zamrugał zaskoczony i wyszarpnął rękę z jego uścisku.
– Czego chcesz?
– Chcesz zostawić Katherine samą?
– Z tobą. – Uśmiechnął się gorzko. – Niedługo ślub, zapomniałeś?
– Tak, ale… – Blake sapnął i nerwowym ruchem przeczesał włosy. – Ona nie poradzi sobie bez ciebie.
Jacques zacisnął zęby, zirytowany. Od dawna miał wyrzuty sumienia, które z różnych powodów tylko wzrastały, a mężczyzna teraz dodatkowo je wzmagał. I było to o tyle drażniące, że sam zdawał się niczego nie odczuwać, jakby już dawno zapomniał o tym, co zrobili Katherine.
– Nie poradzi sobie, mając za męża takiego kłamliwego fiuta – syknął w odpowiedzi i zanim Blake zdążył jakoś zareagować, obrócił się na pięcie i zniknął w swoim pokoju. Cały aż drżał od negatywnych emocji, którym ostatecznie dał ujście w kilku łzach spływających po jego gorących policzkach.
Dusił się w tym domu. Ostatnio wydawało mu się, że jest już trochę lepiej; że potrafi nawet wytrzymać, będąc w tym samym pomieszczeniu co Blake, ale teraz uświadomił sobie, że wszystko to było jedynie złudzeniem. Musiał uciec z tego domu, z życia matki i jej narzeczonego. I coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że podjął dobrą decyzję, nawet jeśli była ona bolesna dla nich wszystkich.

***

Blake zaklął pod nosem i potarł zarośnięty policzek dłonią. Nie spodziewał się takich rewelacji ze strony Jacques’a. Cały ten dzień był jedną wielką niespodzianką. I wcale nie było to przyjemne.
Obiecał sobie, że wyzna Katherine prawdę. Był świadom tego, jak to się skończy. Wątpił, by kobieta mogła mu wybaczyć po takim świństwie, jakie jej zrobił; jakie obaj jej zrobili. Sam zresztą nie był pewien, czy chciałby jej przebaczenia. Może i tak, o ile nie wiązałoby się to z dalszym byciem razem. Nie potrafił już funkcjonować w tej relacji i czuł, że im dłużej pozwala swojej narzeczonej myśleć o ślubie i ich szczęśliwej przyszłości, tym bardziej ją oszukuje i rani. Dlatego chciał to jak najszybciej skończyć, nawet jeśli miał w sobie opory, których nawet nie potrafił wyjaśnić. Ale jak miał to zrobić, gdy Jacques zamierzał wyjechać do Nowego Jorku?
Naprawdę nie chciał zostawiać Katherine samej. Może nie kochał jej w taki sposób, w jaki by tego oczekiwała (długo dochodził do tego wniosku, ale ostatecznie po wielu miesiącach w końcu mu się udało), ale zależało mu na niej. Nie chciał jej ciągle ranić. Ale wiedział, że dokładanie do wyprowadzki syna wiadomości o zdradzie, mogłoby ją wykończyć psychicznie. Jak teraz miał jej wyznać prawdę? Jacques nieświadomie pokrzyżował jego plany i znów wywołał burzę w jego umyśle. Robił to, odkąd Blake pojawił się w tym domu i nawet po tylu miesiącach wspólnego mieszkania, ciągle działał na niego tak samo. Mężczyzna już dawno temu zrozumiał, że gdyby nie poznał tego krnąbrnego nastolatka, jego życie byłoby znacznie łatwiejsze.
– Jak się czujesz? – zapytał, gdy wrócił do salonu i zastał Katherine w tym samym miejscu, zapłakaną.
– A jak mogę się czuć? – Spojrzała na niego ze smutkiem i wskazała miejsce obok siebie.
Niechętnie usiadł obok niej i objął ją ramieniem.
– Wiesz, że musi wyjechać. To jego szansa. – Brzmiał racjonalnie, kiedy to mówił, nawet jeśli sam był zirytowany nagłą informacją o wyjeździe Jacques’a, która pokrzyżowała mu plany.
– Wiem. Po prostu… nigdy nie myślałam, że będę musiała się z nim pożegnać. Zawsze byliśmy razem, wiesz? I choć ostatnio nasze kontakty nie są najlepsze, to jednak…
Blake pogładził ją uspokajająco po plecach, choć nie czuł się komfortowo w tej sytuacji. Z pewnością nie był odpowiednią osobą do pocieszania Katherine.
– On ma już osiemnaście lat, Kath – stwierdził cicho. – Prawie dziewiętnaście. Musisz pozwolić mu się usamodzielnić. Zresztą, tak jak powiedział, to tylko dwie godziny lotu. Pewnie będzie tak często cię odwiedzał, że nawet nie zauważysz jego nieobecności.
– Nas. – Kobieta poprawiła go, uśmiechając się do niego czule, przez łzy. – Będziemy musieli jakoś przyzwyczaić się do życia we dwoje w tym wielkim domu, co?
Blake spiął się, uśmiechając się bez krzty szczerości.
– Tak – potaknął. – Będziemy musieli.

***

– Czy tobie całkowicie odbiło?
Jacques uniósł się do siadu i spojrzał z zaskoczeniem na przyjaciela, który trzymał w dłoniach jego list z uczelni. Nie mógł wysiedzieć w domu, więc następnego dnia z samego rana udał się do Nicka, doskonale wiedząc, że ten i tak nie będzie miał żadnych planów na pierwszy dzień weekendu, a już na pewno nie o poranku.
– Nie?                      
– Nie? – Nick powtórzył po nim, patrząc na niego jak na idiotę. – A mi się wydaje, że ci odbiło. Naprawdę chcesz to zaprzepaścić? – Potrząsnął kartką. – I wyjechać do Nowego Jorku?
– Nawet nie wiem, czy się tam dostanę. – Wzruszył ramionami, choć obaj tak naprawdę byli przekonani, że nie będzie miał z tym żadnego problemu. – I tak, właśnie tak chcę zrobić.
– Masz coś z głową – stwierdził ostatecznie Nick i opadł na krzesło obrotowe przy swoim biurku, jakby nagle stracił wszystkie siły. – Mieliśmy razem studiować w tym mieście, Jacques. Mieliśmy wspólnie przeżywać ten okres…
– To są tylko dwie godziny lotu. – Wywrócił oczami. – Gadasz jak moja matka.
– Ale najpierw trzeba znaleźć czas na ten lot.
– Przesadzasz. – Teraz Jacques też się zirytował. – Kto powiedział, że całe życie mamy spędzić w tym samym mieście? Zresztą, jest tyle różnych form komunikacji, że nasza znajomość na tym nie ucierpi. Poza tym sam masz dziewczynę w innym stanie, do cholery!
– Ale to jest zupełnie inna sytuacja!
– Myślisz? – Parsknął cicho, po czym zapadła między nimi cisza. Jacques nie spodziewał się, że Nick tak zareaguje na jego decyzję. Liczył na więcej wsparcia.
– A co z Aaronem? – zapytał po chwili ciemnowłosy chłopak.
– Co z nim?
– Pasuje mu związek na odległość?
– Nikt nie powiedział, że wciąż będziemy razem, gdy wyjadę. – Wzruszył niedbale ramionami, choć poczuł delikatne wyrzuty sumienia, przypomniawszy sobie wczorajszą rozmowę ze swoim chłopakiem.
– Auć. – Nick pokręcił głową, patrząc na niego ze zdumieniem. – Nie traktujesz tego poważnie, co?
– Traktuję. – Zmarszczył brwi, niezadowolony z tej uwagi. – Zresztą, nie powiedziałem mu.
– Jego też okłamałeś?!
– A co, miałem mu powiedzieć, że nie mogę studiować w Chicago, bo przebywanie w pobliżu faceta matki, z którym się przespałem, to dla mnie za dużo?! Myślisz, że byłoby to lepsze od kłamstwa, że się nie dostałem?!
Cisza, która między nimi zapadła, była przytłaczająca i niezręczna, co rzadko im się zdarzało.
– Wciąż ci nie przeszło – stwierdził cicho Nick, wyraźnie kapitulując. Złożył jego list i położył go na biurku, tym samym kończąc ich niewielką sprzeczkę.
– Spostrzegawczy jesteś – rzucił wojowniczym tonem, ale widząc minę przyjaciela, również odpuścił. – Wczoraj utwierdziłem się w przekonaniu, że pozostanie w tym mieście to dla mnie za dużo. Oni niedługo wezmą ślub, Nick. Nic tego nie zatrzyma. A ja już teraz za bardzo duszę się w tym domu. – Westchnął i opadł z powrotem na łóżku. – Nowy Jork naprawdę nie jest tak daleko. Nawet zaproszę cię do siebie… – obiecał z nikłym uśmiechem – z raz.
– Dupek.
Uśmiech Jacques'a znacząco się powiększył.
– I tak mnie kochasz.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Pęknięcia - Rozdział 31

Gorąco dziękuję za wszystkie komentarze i obiecuję, że jeszcze dziś na nie odpowiem! 
Przyznaję, że ten rozdział zaliczył tylko pobieżną korektę, więc jeśli dostrzegacie jakieś błędy (szczególnie składniowe), to koniecznie piszcie w komentarzach. 
Niezmiennie też zapraszam na fejsa - tu
Trzymajcie się! 
____________________________________________________________________

– Nick! Halo, Ziemia do Nicka! – Jacques złapał ramię przyjaciela i szarpnął je mało delikatnie, aż napotkał zaskoczony wzrok przyjaciela. – Wołam cię, odkąd wyszedłeś z klasy. Tak cię pochłonęła rozmowa z Lily, że ogłuchłeś?
– Co? Nie, nie gadam teraz z Lily.
– To co robisz, że nie odrywasz wzroku od telefonu? Przed chwilą wszedłbyś na nauczycielkę fizyki… – Wywrócił oczami, widząc, że Nick zupełnie nie reaguje na jego słowa i wciąż wraca spojrzeniem do ekranu telefonu. – No więc?
– Mama mi napisała, że dostałem list z uczelni.
– Co? Jak to? Już?!
– No. Już jest luty, nie? Poza tym daleko wysyłać nie musieli.
– I co? Dostałeś się?
– Nie wiem, bo mama wciąż nie odpisała i… – Przeniósł wzrok na telefon, który zawibrował w jego dłoni, a Jacques od razu zbliżył się do niego, by również móc odczytać wiadomość. – Dostałem się! Aaa, dostałem się!
Nie zdążył nawet zareagować, gdy Nick chwycił go za ramiona i w euforii podniósł go, wrzeszcząc przy tym, jak opętany.
– Ej, stary! Wszystko w porządku? – Eddie, którego Jacques kojarzył tylko dlatego, że chodził on z Nickiem na kółko matematyczne, patrzył na nich z rozbawieniem, ale też niepokojem.
– Jasne! – Brunet, który w końcu wypuścił go ze swoich objęć i pozwolił mu odetchnąć, odwrócił się do kolegi, by wesoło do niego pomachać. – Wszystko jest zajebiście!
– Cieszysz się tak, jakbyś sądził, że się nie dostaniesz. – Jacques wywrócił oczami i rozmasował ramię. – A z twoimi wynikami to było oczywiste. Cholera, prawie mnie zmiażdżyłeś…
– Nigdy nic nie wiadomo, przyjacielu. – Nick, który wciąż nie wyzbył się swojego euforycznego stanu, niemal skakał wokół niego z radości. Jego kudłate włosy bujały się raz w lewo, raz w prawo. – Mogli być lepsi ode mnie. Ale nie byli, ha!
– Jesteś nienormalny – stwierdził ostatecznie i pokręcił głową, bo radość jego przyjaciela była nie tylko rozczulająca, ale też upierdliwa. – Wszyscy się na nas gapią. – Rozejrzał się na boki, dostrzegając w oddali grupę dziewczyn, które wskazywały ich palcami. – Lepiej się uspokój i chodź na stołówkę. Zgłodniałem.
– No wiesz co? – Nick spojrzał na niego z wyraźnie udawanym oburzeniem. – Mógłbyś mi chociaż pogratulować, wiesz?  
– Gratuluję – parsknął i objął go ramieniem za szyję. – Naprawdę gratuluję. Zasłużyłeś.
– Myślisz, że ty też dostałeś już odpowiedź?
Jacques zamrugał, zaskoczony pytaniem.
– Nie – odpowiedział powoli, bo do tej pory nawet o tym nie pomyślał. – Dlaczego miałbym…? Przecież to nie jest ta sama uczelnia, Nick.
– Niby tak, ale skoro z mojej już zaczęli wysyłać, to z twojej też mogą. A daleko nie mają.
Z niepokojem pomyślał o liście, który mógł otrzymać tak naprawdę każdego dnia. Pomyślał też o Blake’u, którego ostatnio częściej nie było w domu, ale jeśli by był i otworzył list przed nim, a na pewno by to zrobił, bo to było zachowanie całkowicie w jego stylu…
– Cholera – wydusił. – Nie pomyślałem o tym.
– Nie chcesz wiedzieć, czy się dostałeś? – Nick najwyraźniej nie potrafił zrozumieć jego reakcji. – Co tak nagle zbladłeś?
– Oni nie wiedzą, że złożyłem papiery do Nowego Jorku – odpowiedział po chwili. – Nie powiedziałem im.
– Jak to…? Zresztą, nieważne. Jakie to ma znaczenie? Powiesz im i tyle. Przecież mogłeś składać, gdzie chciałeś.
Jacques pokręcił głową, szczerze przejęty. W głowie już widział Blake’a, który przekazuje radosną nowinę Katherine; widział, jak mu gratulują i cieszą się z jego sukcesu. Jak miał temu zapobiec? Musiał znaleźć jakieś rozwiązanie, zanim wszystkie jego plany legną w gruzach, a on zostanie w domu z dwójką nowożeńców.
– To bardziej skomplikowane, stary. Nie ogarniesz tego. – Westchnął. – Ale na razie koniec tematu. Muszę coś zjeść i chyba wyczuwam placki…

***

– Kochanie, czemu nie jesz?
Jacques drgnął i spojrzał z zaskoczeniem najpierw na swoją matkę, a później na talerz, gdzie piętrzyło się jedzenie, w którym bardziej grzebał widelcem, niż faktycznie jadł.
– Zjadłem sporo w szkole, wybacz.
– Nie wiedziałem, że w szkołach tak dobrze karmią. – Blake zaśmiał się, wtrącając się do rozmowy, jak to miał w zwyczaju, ale chłopak całkowicie go zignorował.
– Poza tym jestem trochę zamyślony – przyznał. – Nick dostał dziś list z uczelni.
– Och, to już? – Katherine wyglądała na poruszoną. – Jak ten czas szybko leci, prawda?
– Ta, też się zdziwiłem.
– I co? Dostał się? Wydajesz się zmartwiony…
– Oczywiście, że się dostał. – Uśmiechnął się z rozczuleniem. – To geniusz. Nie było innej możliwości.
– To wspaniale! – Kobieta uśmiechnęła się szeroko. Zawsze bardzo lubiła Nicka i Jacques wiedział, że kiedyś nawet liczyła na to, że zostaną parą. Oni jednak byli tylko przyjaciółmi i w końcu musiała się z tym pogodzić. – Czyli chodzi o twój list?
Kiwnął głową i znów zaczął grzebać w jedzeniu.
– Niby wiem, że to nie jest ta sama uczelnia i mogą wysłać go później, ale i tak mnie to stresuje.
– Och, skarbie, nie przejmuj się. – Katherine uśmiechnęła się do niego z czułością. – Jesteś świetny i na pewno się dostaniesz. Gdzie mieliby szukać drugiego tak zdolnego, młodego artysty? Prawda, Blake? – Spojrzała na swojego narzeczonego, jakby ten znał już wyniki i mógł potwierdzić jej słowa. Gdy mężczyzna pokiwał z zapałem głową, z zadowoleniem wróciła wzrokiem do syna, gotowa wspierać go w każdy możliwy sposób.
– Mhm – mruknął niemrawo i wbił wzrok w talerz.
Właśnie takiej reakcji się obawiał.

***

Najbliższe kilka dni minęło Jacques’owi na rozmyślaniu o przyszłej uczelni. Doszedł do wniosku, że nie może nic zrobić w sprawie listu, więc pozostaje mu jedynie czekać, liczyć na ślepy los i wierzyć, że gdy odpowiedź z uczelni w końcu nadejdzie, nikogo nie będzie w domu. A także na to, że list z Nowego Jorku nie zostanie nadesłany wcześniej.
Pomimo tego, iż nie mógł nic zrobić, wciąż o tym myślał i odczuwał coraz większy żal. Przynajmniej trzy razy w ciągu kilku dni przejrzał stronę uczelni w Chicago i wyszukał nazwiska artystów, którzy ją ukończyli. Oczywiście wiedział, że ta w Nowym Jorku wcale nie była gorsza, ale to właśnie o tej w swoim rodzinnym mieście od zawsze marzył. I teraz gdy ciągle uświadamiał sobie, co mógł stracić, było to bardzo przygnębiające. Do tej pory myślenie o studiach było dla niego czymś oddalonym w czasie, co miało się wydarzyć w dalekiej przyszłości, a on był zbyt skupiony na tym, co obecnie dzieje się wokół niego, by się tym zamartwiać. List Nicka wywołał lawinę, której Jacques nie potrafił zatrzymać.
– Ciągle myślisz o tym nieszczęsnym liście? – Aaron stanął za krzesłem, na którym siedział szatyn, i objął go ramionami. – To trochę obsesyjne, wiesz?
– Podobno artyści mają skłonności do obsesyjnych zachowań.
– I podobno nigdy nie mówią o tym głośno.
Jacques wywrócił oczami. Jego randki z Aaronem szybko przerodziły się w związek i czasem zastanawiał się, czy nie wydarzyło się to zbyt szybko. Czuł się przy nim dobrze i lubił go, ale… nie był nawet zakochany. Nie wiedział, czy miało to jakąś przyszłość.
– Po prostu się stresuje. Czy to naprawdę takie dziwne?
– Że się stresujesz? Nie. Ale że ciągle o tym myślisz? Tak.
– Jak mam o tym nie myśleć, skoro się stresuje? – sapnął cicho i odwrócił się, by spojrzeć na niego z irytacją, ale usta drugiego chłopaka szybko przykryły jego wargi i wycisnęły na nich soczystego buziaka.
– Jesteś fantastyczny w tym, co robisz. Który malarz w twoim wieku może się pochwalić wystawą w prawdziwej galerii sztuki?
– Gdyby nie znajomość mamy z właścicielem…
– Jacques, przestań. – Aaron obszedł krzesło i kucnął tuż przed nim. – Gdzie się podziała twoja pewność siebie? Co się dzieje?
– Nic, po prostu…
– Przecież wiesz, że jesteś dobry, tak?
– No tak. To oczywiste.
Aaron uśmiechnął się do niego szeroko i pocałował go w kolano.
– I tego mamy się trzymać. – Wstał i podszedł do wyspy kuchennej, na której znajdował się blender. – Z czym chcesz koktajl?
– Z bananem i mango.
Jacques westchnął. Jego chłopak nie mógł zrozumieć tej sytuacji i jego stanu, bo nie wiedział wszystkiego. A gdyby wiedział, z pewnością nie chciałby być jego chłopakiem. I błędne koło się zamykało.
– Przyjemnie widzieć w kuchni kogoś, kto nie jest mną – stwierdził, przyglądając się Aaronowi, który obierał owoce. – Już myślałem, że gdy zaczniesz chwalić moją kuchnię, to będziesz chciał, żebym jak najczęściej ci gotował. – Zmarszczył nos. – Nie znoszę tego.
– To, że masz talent, nie znaczy od razu, że muszę go wykorzystywać. – Drugi chłopak wzruszył ramionami i wrzucił pokrojonego banana do blendera. – To chyba oczywiste.
– Nie dla wszystkich.
Lubił w Aaronie to, że ten był taki miły i nienarzucający się. Potrafił trzymać dystans, gdy Jacques tego potrzebował, nie wtrącał się w sprawy, którymi nie chciał się z nim dzielić i był nadzwyczaj uprzejmy. Całkowite przeciwieństwo Blake’a. Może dlatego nie potrafił się w nim zakochać?
– Chciałbym, żebyś wybrał się ze mną na weekend do Chain O'Lakes w przyszłym miesiącu.
– Do Chain O'Lakes? – powtórzył, całkowicie zaskoczony. – Po co?
– Żeby pochodzić po lesie, popływać łódką. – Gospodarz wzruszył ramionami. – Pobyć trochę razem.
– Teraz jesteśmy razem – zauważył.
– Ale tam bylibyśmy całkowicie sami. Przez całe dwa dni. Moglibyśmy wyjechać w piątek, zaraz po twoich zajęciach i wrócić wieczorem w niedzielę. Wynajęlibyśmy jakiś domek… Byłoby przyjemnie, nie sądzisz?
– W marcu? – Spojrzał sceptycznie na swojego chłopaka, bo nie miał teraz za bardzo głowy do takich wyjazdów. – Zimno jeszcze jest. Pływanie przy takich temperaturach…
– To na początku kwietnia. – Aaron wzruszył ramionami. – Jeśli wybierzemy termin poza sezonem, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie będziemy mieć wielu sąsiadów i nikt nam nie będzie przeszkadzał. Poza tym musisz się zrelaksować. Ostatnio ciągle chodzisz zestresowany.
Jacques westchnął. Pewnie powinien pozytywniej reagować na propozycje swojego chłopaka, ale jakoś nie potrafił się do tego zmusić. Potrzebował odpoczynku i wyrwania się choć na chwilę z tego miasta, ale nie sądził, by wyjazd z Aaronem mógł przynieść mu upragniony spokój. Dlatego nie krył sceptycznego tonu, gdy w końcu obiecał, że się nad tym zastanowi i wkrótce da mu odpowiedź. Udawał przy tym, że wcale nie widzi lekkiego rozczarowania w jego oczach. Tak było prościej.

***

– Boże, wystraszyłeś mnie!
Jacques wszedł do domu przekonany, że w środku nikogo nie będzie. Rano słyszał, jak Blake rozmawiał przez telefon ze swoim agentem o jakimś wywiadzie, a jego matka nigdy nie wracała tak wcześnie. Dlatego nie spodziewał się, że gdy tylko zdejmie buty i odwróci się, by ruszyć do łazienki znajdującej się na piętrze, wpadnie na ciemnowłosego mężczyznę. Kto by przypuszczał, że ten umie skradać się cicho niczym kot?
– Przynajmniej nie zacząłeś piszczeć jak dziewczynka. Robisz postępy. – Blake zakpił w typowy dla siebie sposób, uśmiechając się do niego głupkowato, zanim spoważniał. – Dostałeś list.
Szatyn potrzebował dłuższej chwili, żeby przyswoić tę informację.
– Jak to? – Serce zabiło mu mocniej ze zdenerwowania, a plecak wysunął się z jego rąk i z łoskotem upadł na posadzkę. – Już? – Przełknął nerwowo ślinę. – Otworzyłeś go?
– Nie. – Blake pokręcił głową i wyciągnął kopertę z tylnej kieszeni swoich spranych spodni. – Sam otwórz. Przy mnie.
– Nie? – Jacques zrobił minę, jakby się przesłyszał. – To… Och.
Wziął list od mężczyzny, wciąż zaskoczony, że ten powstrzymał swoją ciekawość i jednak uszanował jego prawo do jakiejś prywatności, mimo wszystko.
Nie chciał otwierać koperty przy nim, ale czuł, że nie ma innego wyjścia. I czy tylko mu się wydawało, czy Blake wydawał się równie zestresowany?
Drżącymi palcami rozerwał kopertę, wyjął list i zaczął czytać. Jego wzrok w błyskawicznym tempie przebiegł po typowej, grzecznościowej formule, oficjalnym wstępie, aż zatrzymał się na decyzji. Jego serce zabiło mocniej, a powieki na chwilę opadły. Nie spodziewał się niczego innego.
Wziął głęboki wdech i spojrzał na równie przejętego mężczyznę.
– Nie dostałem się. 

niedziela, 24 marca 2019

Pęknięcia - Rozdział 30

Trochę przejściowy rozdział, który stoi przede wszystkim relacjami (przynajmniej według mnie). Mam nadzieję, że Was nie rozczaruje.
Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze! I trzymajcie kciuki za dalsze części, bo jesteśmy coraz bliżej końca :P
Trzymajcie się!
____________________________________________________________________


Blake zbliżył się do drzwi wejściowych, wciąż drapiąc się po brzuchu. To było leniwe popołudnie, jedno z niewielu, które mógł spędzić w ostatnim czasie w domu. Miał na sobie swoje porwane jeansy i rozciągnięty podkoszulek, a włosów nawet nie przeczesał grzebieniem, więc przypominały siano. Rozsiadł się z laptopem w salonie i powoli zagłębił w pracę. Właśnie wtedy usłyszał dzwonek do drzwi.
Rzadko miewali gości. Blake czasem spotykał się ze swoimi nielicznymi kumplami na piwie, Aiden przestał do nich przychodzić, odkąd usłyszał o zdradzie, a Katherine wolała odwiedzać swoje przyjaciółki, niż je zapraszać, co zapewne wiązało się z niechęcią przygotowywania przekąsek i późniejszego sprzątania. Jacques też nie był szczególnie towarzyski, więc Blake nie miał pojęcia, kogo może zastać po drugiej stronie drzwi. Na listonosza zdecydowanie było za późno.
Uniósł brwi, gdy ujrzał ciemnowłosego, nieznajomego chłopaka. Był pewny, że nigdy wcześniej go nie widział.
– Tak?
– Dzień dobry. Przyszedłem zobaczyć się z Jacques’em. Byliśmy umówieni.
– Ach tak…? – Przesunął wzrokiem po prostych, ale dobrze skrojonych jeansach, eleganckiej koszuli i idealnie ułożonych włosach. Z trudem powstrzymał skrzywienie. – Chyba przyszedłeś za wcześniej, bo Jacq wciąż jest w pracowni. – Otworzył szerzej drzwi. – Wejdź. Pójdę po niego.
Nie dał mu szansy na odpowiedź, od razu kierując się w stronę schodów. Chwilę później już pukał do drzwi pracowni.
– Czego?! – Jacques gwałtownie otworzył drzwi i spojrzał na niego ze złością. Na policzku miał trochę szarej farby, w brudnej dłoni trzymał pędzel i ewidentnie był pochłonięty pracą. Jego złość wywołała jednak uśmiech na twarzy mężczyzny – już dawno nie widział go złoszczącego się na niego z tak banalnego powodu. Była to przyjemna odmiana.
– Twój chłopak przyszedł – poinformował go, nie kryjąc kpiny w głosie.
– Ja nie… - Jacques sapnął, najwyraźniej myślami wciąż będąc przy tworzonym obrazie. Wyglądał przy tym na tyle rozczulająco, że Blake miał ochotę wyciągnąć dłoń i przesunąć nią po zabrudzonym policzku. Na szczęście zdusił tę chęć w zarodku.
– Czeka na dole – dodał. – Mam go wyrzucić? – Ta wizja wydała mu się bardzo pociągająca. Chciałby zobaczyć, jak z nastoletniej buźki nieznajomego znika pewność siebie.
– Nie. Czekaj. – Jacques pokręcił głową i spróbował zebrać myśli, chyba nawet nie zauważając, że była to ich najdłuższa wymiana zdań od wielu tygodni. Nie licząc oczywiście ich ostatniej konfrontacji w kuchni, która nie skończyła się dobrze. – Aaron musiał wcześniej przyjść… – Nie był z tego zadowolony, co odbiło się na jego twarzy. – Powiedz mu, że zejdę za dziesięć minut.
Blake kiwnął głową, choć wolałby kazać mu wyjść. Od razu mu się nie spodobał ten chłopak.
Zamiast ruszyć na dół, wciąż stał naprzeciwko nastolatka i się w niego wpatrywał. A Jacques, zamiast zamknąć drzwi, odpowiadał na to spojrzenie, nawet jeśli z każdą upływającą sekundą stawał się coraz bardziej nerwowy i zakłopotany.
– Chciałeś coś jeszcze? – zapytał w końcu, co wywołało delikatny uśmiech na twarzy mężczyzny.
– Masz coś na nosie – mruknął i dotknął palcem czubka własnego nosa.
– Tutaj? – Jacques bez zastanowienia przyłożył pobrudzony palec do wskazanego miejsca i spojrzał na niego ostro, gdy dotarło do niego, co Blake chciał osiągnąć. – Ugh, odwal się! – Trzasnął tak mocno drzwiami, że chyba tylko jakimś cudem zawiasy to wytrzymały.
Mężczyzna pokręcił głową, a uśmiech na jego twarzy tylko się powiększył. Tęsknił za ich starciami, sprzeczkami i nawet niektórymi kłótniami, które dotyczyły tylko głupot, a nie poważnych sprawach, które im obu spędzały sen z powiek. Chciałby do tego wrócić.
Gdy zszedł do przedpokoju, niemal od razu napotkał zaniepokojone spojrzenie chłopaka, który najwyraźniej doskonale słyszał trzaśnięcie.
– Coś się stało? – zapytał.
– Przyszedłeś za wcześnie, a on nie lubi, gdy mu się przeszkadza. – Wzruszył ramionami. – Nic dziwnego, że się wkurzył.
– Och. – Teraz wydawał się już mniej pewny siebie, co mężczyźnie bardzo się spodobało. – Z tego wszystkiego zapomniałem się przedstawić. Aaron Vedley.
Spojrzał na dłoń chłopaka i chwilę zwlekał, zanim ją uścisnął.
– Blake Sherwood.
– Jacques nie chwalił się, że jego ojcem jest sławny pisarz.
Blake’a jakoś to nie zaskoczyło. Jacq raczej nie miał powodów, by się nim chwalić. Szczególnie w ostatnim czasie.
– Nie jestem jego ojcem.
– Och. – Aaron znów wydawał się stracić trochę animuszu. Zapewne przekalkulował wszystko w głowie, kiedy on znajdował się na górze, i doszedł do wniosku, że powinien zrobić też dobre wrażenie na rodzicach Jacques’a. Blake nie zamierzał mu tego ułatwiać.
– Usiądźmy w salonie – mruknął w końcu i wskazał dłonią wejście do pokoju. – Nie będziemy przecież stać i na niego czekać.
Gdy znaleźli się we wspomnianym pomieszczeniu, opadł na swoje wcześniejsze miejsce na kanapie, ale nie sięgnął ponownie po laptopa. Zamiast tego obserwował chłopaka, który już mniej pewnie przysiadł na jednym z foteli. Nie zaproponował mu nic do picia. Nawet nie udawał, że patrzy na niego przychylnie.
– Mówił, za ile skończy? – zapytał Aaron i uśmiechnął się trochę nerwowo, jakby czuł się niekomfortowo w jego obecności.
– Dołączy do nas za dziesięć minut.
Cisza, która zapadła po jego słowach, mogła wydawać się niekomfortowa, ale Blake’a tylko bawiła. Czerpał niezdrową satysfakcję z tego, jak szybko wpłynął swoim zachowaniem na postawę siedzącego przed nim chłopaka. Mógł udawać pewnego siebie przy Jacques’u, ale przy nim wyraźnie się zestresował. Pewnie chciał, by wszystko było idealne, a tymczasem trafił na nieprzychylnego mu mężczyznę, który ewidentnie dawał mu do zrozumienia, że nie jest mile widziany w tym domu. To musiało być deprymujące.
– Czytałem jedną z pana książek.
– Ach tak…? – Uniósł brew, ale nie wydawał się szczególnie zainteresowany. – Którą?
Szepty.
Blake kiwnął głową. Wciąż uważał, że był to jego najlepszy kryminał. Miał problem z ponownym osiągnięciem podobnego poziomu.
– I jak ci się podobała?
– Była w porządku, ale wciąż nie do końca rozumiem motywacje głównego bohatera. Wydają mi się trochę… naciągane.
Brwi Blake’a podjechały na czoło. Ten chłopak sam kopał sobie grób.
– No cóż, gusta są różne. – Uśmiechnął się kpiąco. – Na przykład Jacques’owi bardzo się podobała. To jedna z jego ulubionych. – Może trochę przesadzał, bo Jacq, choć lubił tę książkę, na pewno nie zaliczyłby jej do ulubionych. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Ważny był cień niepewności, który przemknął przez twarz Aarona. Właśnie tego oczekiwał Blake, który uśmiechnął się szerzej. Nie wróżył im długiego związku.

***

Jacques zszedł do salonu nie po dziesięciu minutach, jak zapowiedział Aaronowi Blake, ale dopiero po dwudziestu pięciu. Nie wydawał się szczególnie zadowolony widokiem chłopaka, a w jego jasnych oczach dostrzec można było cień irytacji.
– Byliśmy umówieni dopiero za pięć minut – poinformował go, zamiast standardowego przywitania, co chyba jednoznacznie wskazywało na jego nastrój.
– Wiem. I przepraszam, że przyszedłem tak wcześnie. – Aaron wstał i spojrzał na Jacques’a z uśmiechem – nerwowym, ale wyrażającym też ulgę, bo siedzenie ze starszym mężczyzną w przytłaczającej ciszy musiało być dla niego mało przyjemnym przeżyciem. – Nie chciałem się spóźnić, więc wybrałem wcześniejszy autobus, ale pomyliłem się w obliczeniach…
– Dobra, nieważne. – Jacques zatrzymał ten potok słów i pokręcił głową, słysząc ciche prychnięcie dobiegające z kanapy. Nawet nie spojrzał w tamtym kierunku, znów powracając do ignorowania Blake’a. – Chodźmy do mojego pokoju.
Obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem na górę z Aaronem depczącym mu po piętach. Otworzył drzwi od swojego pokoju i przepuścił go w drzwiach.
– Rozgość się, a ja jeszcze skoczę po jakieś przekąski… Czego się napijesz?
– Wystarczy woda, dzięki.
– Mhm, zaraz wracam.
Zbiegł po schodach i przeszedł do kuchni, gdzie zajął się przygotowywaniem przekąsek. Mógł wsypać jakieś chrupki do miski i niespecjalnie się wysilać, ale pomimo swojej irytacji wyciągnął składniki z lodówki i zaczął przygotowywać małe kanapeczki. Robił to też z myślą o sobie, bo niewiele jadł od śniadania.
– Już zasłużył na twoje gotowanie?
Spiął się, słysząc znajomy głos, ale nie przerwał krojenia pomidora. Nawet nie zauważył, kiedy Blake wszedł do kuchni.
– Nie twój interes.
– Mi nie chciałeś robić kanapek. Zawsze musiałem się prosić…
– Możesz przestać?! – Jacques rzucił nóż na deskę i odwrócił się gwałtownie. – Po prostu przestań, do cholery. Nie zagaduj mnie, najlepiej w ogóle się do mnie nie odzywaj. Myślisz, że nagle zaczniemy normalnie gadać? Po tym wszystkim?
– Ja… - Uśmiech Blake’a niemal natychmiast zniknął. – Nie. Nie myślę tak. Po prostu… Nie brakuje ci naszych rozmów? Tego, jak się dogadywaliśmy?
Jacques spojrzał bezradnie na mężczyznę, a jego ramiona opadły.
– Chyba za dobrze się dogadywaliśmy, skoro skończyło się, jak się skończyło. – Westchnął. – Twoje próby naprawienia tego… czegoś, nie pomogą, Blake. – Pokręcił głową. – Po prostu weź tę pieprzoną kanapkę i idź sobie stąd. – Prychnął cicho, widząc zaskoczenie na jego twarzy. – Przecież widzę, że chcesz. Znam cię…
Przymknął oczy i odczekał chwilę, zanim wrócił do krojenia pomidora. Ręce trochę mu się trzęsły i plasterki nie były tak równe, jakby sobie tego życzył, ale tym razem postanowił to zignorować. Musiał pozbierać myśli, zanim wróci do Aarona i zacznie udawać, że wszystko jest w porządku. Nie było to łatwe zadanie.

***

– Widzę, że już dorwałeś się do moich rzeczy.
– Leżał na biurku i... – Aaron uniósł głowę znad szkicownika Jacques’a i spojrzał na niego, a jego oczy od razu się rozszerzyły. – O cholera, pomóc ci?
– Nie, dam radę. – Szatyn pokręcił głową i postawił tacę z przygotowanymi przekąskami na biurku.
– Nie musiałeś niczego przygotowywać. Teraz aż mi głupio, że niczego nie przyniosłem.
Jacques wywrócił oczami i nie skomentował jego słów. Zamiast tego sięgnął po jedną z kanapeczek i usiadł na krześle.
– Znalazłeś tam coś ciekawego? – Wskazał na swój szkicownik.
– Przeszkadza ci, że spojrzałem…?
– Nie. – Wzruszył ramionami. – Gdyby mi przeszkadzało, pewnie bym go schował. – Prychnął. – To jak?
– Kilka. – Aaron wrócił do przeglądania szkicownika i w końcu zatrzymał się na jednym z rysunków. – Szczególnie ten. – Obrócił go tak, by Jacques mógł dostrzec szkic.
– Ach. – Uśmiechnął się szerzej. – Mogłem się domyślić. Bardzo narcystycznie, przyznaję.
– Mówiłeś, że nie naszkicujesz mnie na szybko.
– Mówiłem, że nie zrobię tego po pijaku. – Uśmiechnął się szerzej. – Na trzeźwo to zupełnie co innego. Jeśli chcesz, możesz go wziąć.
– Serio?
– Jasne, jest twój. A jak będziesz chciał, to zrobię coś więcej poza szybkim szkicem. Tylko od razu zastrzegam, że to wymagam dużej cierpliwości od modela.
Aaron wyszczerzył się i bardzo delikatnie wyrwał kartkę ze szkicownika.
– Jestem bardzo cierpliwym człowiekiem – przyznał i Jacques podejrzewał, że nie było to kłamstwo.
– To dobrze. – Kiwnął głową i wyciągnął talerz z kanapkami w stronę drugiego chłopaka. – Kanapeczkę?
– Chętnie. Usiądziesz obok?
Jacques wywrócił oczami, ale zabrał talerz i opadł na materac tuż obok Aarona.
– Nie mówiłeś, że twój ojczym jest znanym pisarzem.
– Nie aż tak znanym… – burknął i zapatrzył się na kawałek sera. – I nie jest moim ojczymem.
– Ach. – W tym westchnieniu zawarte były chyba wszystkie pytania.
– Jest narzeczonym mojej matki – poinformował. – I nie chcę o tym gadać. Porozmawiajmy o czymś innym. Co chciałbyś robić?
Aaron przesunął wzrokiem po jego ciele w dość jednoznaczny sposób. Niektórych mogłoby to zawstydzić, ale z pewnością nie szatyna.
– Mam kilka pomysłów.
– Ach tak? – Jacques uśmiechnął się kątem warg i uniósł brew. – Seks na trzeciej randce? Jak niegrzecznie. – Parsknął. – Ale na razie poprzestańmy na jakimś filmie, co?
– Liczyłem na to, że najpierw zobaczę twoje obrazy.
– Obrazy, a nie tyłek? – wypalił i zaśmiał się na widok jego miny. – Jeszcze chwila i pomyślę, że jesteś tutaj dla mojej sztuki, a wtedy się obrażę! – Zapewnił. – A co do obrazów, to nie zobaczysz ich, dopóki nie zacznę szykować jakiegoś wernisażu. Taka zasada.
– Jacuqes…
– Nie, nie. – Pokręcił palcem przed jego twarzą. – Bierz te kanapki, a ja poszukam filmu. – Położył talerz na jego kolanach, a sam wychylił się, by wziąć laptopa, który leżał pod łóżkiem. – Na co masz ochotę?
– Jak odpowiem, że na ciebie, to przegnę?
– Uroczy jesteś – zakpił i uruchomił urządzenie. – Potrzebujemy czegoś relaksującego, więc może sensacja… Who Am I widziałeś?

***

– Może powinniśmy zawołać ich na kolację?
Blake uniósł głowę znad telefonu i spojrzał na Katherine, która przyniosła właśnie talerz z aromatycznie pachnącymi pałeczkami z kurczaka w sosie teriyaki. Aż mu się oczy zaświeciły na ten widok.
– Gdyby byli głodni, to sami by tutaj przyszli – stwierdził sucho. W jego mniemaniu ten cały Aaron siedział u nich zdecydowanie za długo, ale oczywiście nie mógł powiedzieć tego Katherine, bo zaraz zaczęłaby dopytywać o powody i go ganić. Dlatego siedział cicho, choć drażniło go samo myślenie o tym, co oni mogą robić w pokoju Jacques’a.
– Może masz rację. – Usiadła obok niego. – Pewnie są zajęci sobą. Nie będziemy im przeszkadzać. – Wyraźnie się zawahała, co Blake mógł dostrzec w jej oczach, zanim kontynuowała. – Myślisz, że to ten chłopak, w którym Jacques jest zadurzony?
Mężczyzna zamarł, przez chwilę nawet nie wiedząc, jak na to zareagować.
– Zadurzony? – powtórzył. – Mówił ci, że się w kimś… zadurzył?
– Gdy byłeś u rodziców – potwierdziła. – Nie mówiłam ci wcześniej, bo wasze kontakty też ostatnio nie są najlepsze, ale teraz… Może jednak udało im się dogadać.
– Co ci mówił? – zapytał, doskonale słysząc, jak trzęsie mu się głos.
– Niewiele. Tylko tyle, że nieszczęśliwie się zakochał i że ten drugi chłopak go nie chce. Biedny chłopiec. Mam nadzieję, że teraz będzie szczęśliwy. Zasługuje na to.
Oczywiście Blake od dawna wiedział o uczuciach Jacques’a, więc ta odpowiedź nie powinna go zaskoczyć, a jednak zaskoczyła. Był przekonany, że dzieciak mówił o nim. Naprawdę był w nim zakochany. I nawet powiedział o tym swojej matce.
Zapatrzył się na kolację, nagle tracąc apetyt. Po raz kolejny uderzyło w niego, jak bardzo skrzywdził tego chłopaka, nawet jeśli nie chciał. A gdy na chwilę zerknął na Katherine, taką uśmiechniętą i cieszącą się z tego, że jej syn znalazł sobie chłopaka, po raz pierwszy dotarło do niego, jak bardzo ją zdradził. Zawsze była dla niego dobra, wyrozumiała, niemalże idealna, a on siedział obok niej i potrafił myśleć tylko o tym, jak zazdrosny jest o tego pieprzonego Aarona, na którego miejscu chciał się znaleźć.
– Nie jesz?
Drgnął, wyrwany ze swoich nieprzyjemnych myśli, i spojrzał na kobietę, która patrzyła na niego wyczekująco.
– Jem, jem. Tylko najpierw pójdę jeszcze do łazienki. Nie musisz na mnie czekać.
Uśmiechnął się do niej słabo i niemal pobiegł do łazienki, wewnętrznie cały rozedrgany. Do tej pory nie brał na poważnie groźby Jacques’a, bo był przekonany, że chłopak nie będzie w stanie wyznać matce prawdy. Ale teraz… Teraz zrozumiał, że sam będzie musiał to zrobić, bo nie był w stanie się z nią ożenić. Nigdy nie będą ze sobą szczęśliwi, chociaż Blake naprawdę chciałby, by było inaczej. Nie mógł jednak zignorować tego, co zrobił. I przede wszystkim nie mógł zignorować swoich uczuć, których nagle stał się świadom bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.  Musiał powiedzieć prawdę. Jak najszybciej.