sobota, 25 listopada 2017

Pęknięcia - Rozdział 19

Niespodzianka! Żyję i... wracam tutaj z ogromnymi wyrzutami sumienia. Nie chcę, byście sądzili, że porzuciłam bloga i to opowiadanie, bo tak nie jest. Przez ten czas, kiedy mnie tu nie było, nie napisałam nic. I nawet na studiach mam problem z pisaniem, więc...
Minęło sporo czasu i nie zamierzam udawać, że doskonale czuję tę historię i się w niej odnajduje. Dlatego jeśli popełniłam jakieś błędy, to liczę na to, że mi je wskażecie ;)
I wiem też, że gdybym dodawała rozdziały regularnie, to nie odczuwałoby się tej "ślamazarności" akcji, ale niestety, zawaliłam. Mimo to mam nadzieję, że komukolwiek choć trochę się to spodoba.
Trzymajcie się!
________________________________________________________________

- Trochę się nie odzywałeś.
- Trochę minęło, fakt. Miałem sporo na głowie.
- Zgaduję, że przez wystawę?
- Taaak. Skąd wiesz?
- Blake mi powiedział. – Lily wzruszyła ramionami. – Dzwoniłam do ciebie ostatnio.
- Um, wiem. Naprawdę przepraszam. Byłem bardzo rozkojarzony przez to… wszystko. Mam nadzieję, że mi wybaczysz?
Ostatnie dni były dla Jacques’a trochę jak sen. Po udanej wystawie i sprzedaniu aż dwóch obrazów (wciąż nie mógł uwierzyć w swój sukces, bo przecież miał tylko osiemnaście lat!), czuł się znacznie lepiej. Nie myślał już tyle o tej dziwacznej sytuacji, w której się znalazł, nie próbował już analizować swojego zachowania, a jeśli czasem czuł przyspieszone bicie serca, gdy Blake był w pobliżu, to starał się to ignorować. Teraz skupiał myśli na swoich obrazach, a także na nauce. Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku. Dlatego w końcu postanowił odezwać się do Lily, którą, jak musiał sam przed sobą przyznać, ignorował. Najpierw był zbyt skoncentrowany na sobie i swoich uczuciach, które teraz rozumiał już trochę lepiej (chyba), a później wiadomość o ślubie była dla niego tak wstrząsająca, że nie chciał o tym rozmawiać z siostrą mężczyzny, a domyślał się, że właśnie po to ostatnio do niego dzwoniła. Nie było to fair wobec dziewczyny i doskonale o tym wiedział, ale nie potrafił się przemóc, żeby się do niej odezwać. Aż do teraz.
- W porządku. – Nie uśmiechnęła się, ale najwyraźniej nie zamierzała się na niego obrażać, co chyba było jakimś sukcesem. – Gratuluję sprzedaży obrazów. Blake jest z ciebie dumny.
- Tak? – Uniósł brew, udając niezainteresowanego. – Ostatnie dni były bardzo zakręcone. Jestem cholernie zadowolony z tej wystawy, wiesz? Czuję się tak, jakby już teraz spełniało się moje wielkie marzenie, choć jeszcze nawet nie dostałem się na studia.
- Prawdziwy szczęściarz z ciebie, co? – Wywróciła oczami, choć wcale nie zabrzmiało to ironicznie. Musiał przyznać, że Lily wyglądała naprawdę… smutno.
- Co się stało?
- Nic. – Po raz kolejny wzruszyła ramionami.
- Lily…
Westchnęła ze znużeniem, nawet nie próbując silić się na wymuszony uśmiech. Dopiero teraz dostrzegł cienie pod jej oczami i emanujące z niej przygnębienie. Po raz kolejny udowodnił, jak kiepski był z niego kumpel, skoro nie zauważył tego od razu, zbyt skupiony na sobie.
- Nie mówiłam Blake’owi, bo na razie jest zbyt przejęty decyzją o ślubie… – Szatyn potrzebował całej swojej silnej woli, żeby się nie skrzywić. – Poznałam pewnego chłopaka…
- Coś ci zrobił?!
Lily spojrzała na niego jak na idiotę.
- Dasz mi skończyć?
Kiwnął głową, zakładając ramiona na piersi. Przecież to było oczywiste, że od razu pomyślał, iż ktoś ją skrzywdził!
- Spotykaliśmy się od kilku tygodni i nie byliśmy zbyt… ostrożni.
- Jesteś w ciąży?! – wydusił, po raz kolejny jej przerywając. Aż się przy tym poderwał z obrotowego krzesła, bo sama ta myśl go przeraziła.
- Czy musisz być takim idiotą?!
- Nie jestem idiotą!
- Po prostu się przymknij i daj mi powiedzieć! – Pierwszy raz widział, żeby Lily była tak zdenerwowana, choć gdy głębiej się nad tym zastanowił, to przecież nie było w tym nic dziwnego, bo tak naprawdę zbyt dobrze się nie znali. Zaskakujące było również to, że akurat jemu postanowiła się zwierzyć.
- Uch… w porządku – mruknął, patrząc na nią z powagą.
- Dwa dni temu jedna z koleżanek mamy zobaczyła, jak spacerujemy w parku, trzymając się za ręce i zrobiła się drama.
- Aha. – Zamrugał. – Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego?
- Poznałeś moich rodziców, nie? – Prychnęła. – Są trochę przewrażliwieni w pewnych kwestiach. Skoro mieli problem z tym że będę spać z tobą w jednym pokoju, to tym bardziej zaczęli świrować, gdy się dowiedzieli o tym, że mam chłopaka. Dla nich to coś wielkiego. Ojciec kompletnie oszalał.
Jacques zamrugał, próbując to sobie przyswoić. Po raz kolejny uznał, że ma prawdziwe szczęście, mając tak wyrozumiałą matkę. Przecież gdyby Katherine była choć w połowie tak nawiedzona, jak rodzice Lily i Blake’a, to z pewnością wcześniej czy później wylądowałby na oddziale psychiatrycznym.
- Nie możesz tego olać?
- Olać?
- Jasne. Ja bym tak zrobił. Przecież nie mogą zabronić ci spotykania się z nim.
- Serio? – Prychnęła. – Już to zrobili. Na dodatek mama ze mną nie rozmawia, bo obraziła się, że nie przedstawiłam im Jamiego, a ojciec zastanawia się, czy nie wysłać mnie do zakonu.
- Aha. - Naprawdę starał się zrozumieć myślenie tych ludzi, ale chyba jego umysł nie był w stanie tego pojąć. – To może spróbuj iść z nimi na kompromis i ich ze sobą poznaj?
- Świetny pomysł – burknęła, wywracając oczami ze złości. – Mam zakaz widywania się z nim. Poza tym wyobrażasz sobie ich spotkanie? Rzuciłby mnie chwilę po tym, jakby uciekł z naszego domu. Wystarczy, że nasłuchał się, jaką mam świrniętą rodzinkę.
Pokręcił bezradnie głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie potrafił niczego jej doradzić, bo nie rozumiał tej sytuacji i to wszystko brzmiało dlań abstrakcyjnie.
- To jest chore.
- Co ty nie powiesz… - Prychnęła. – Ty przynajmniej tutaj nie mieszkasz. – Zawiesiła na chwilę głos, odwracając wzrok. – I Blake też nie.
I wtedy Jacques w końcu zrozumiał, gdzie tkwił problem.

***

Owinął ręcznik wokół bioder, odgarnął mokre włosy z czoła (ich długość wyraźnie wskazywała, że powinien w najbliższym czasie odwiedzić fryzjera) i spojrzał na zaparowane lustro. Przejechał po nim dłonią, żeby móc zobaczyć swe odbicie. Zadowolony z tego, co ujrzał, wyszedł z łazienki i przeszedł do sypialni. Nie mógł nie przyznać, że miał oczekiwania względem tego wieczoru, bo ostatnio seks zszedł na drugi plan i ostatni raz kochał się z Katherine dwa tygodnie temu. Brakowało mu tego.
Nawet się ogolił, bo wiedział, że jego narzeczona woli go bez zarostu – twierdziła, że jest zbyt nieprzyjemny w dotyku i drapie, choć on uważał, że wygląda z nim znacznie lepiej.
Gdy tylko wszedł do pomieszczenia, od razu spostrzegł, że kobiety w nim nie ma. Skrzywił się z niezadowoleniem, domyślając się, gdzie ją znajdzie, ale nie tracił nadziei. W końcu potrafił być przekonujący, jeśli chciał.
W samym ręczniku zszedł po schodach i skierował się do gabinetu Katherine. Uważał, że ten powinien znajdować się na górze, zaraz obok ich sypialni, ale już dawno odkrył, że rozmieszczenie pomieszczeń w tym domu nie miało większego sensu – przynajmniej dla niego.
Nie siląc się na pukanie, przekręcił klamkę i wszedł do środka. Pomieszczenie było wręcz klaustrofobiczne – zawalone regałami wypełnionymi papierzyskami i książkami, z upchanym pomiędzy tym wszystkim biurkiem, za którym siedziała jego narzeczona. Po raz kolejny pomyślał, że Jacques miał prawdziwe szczęście, mając taką matkę – w końcu to on dostał największe pomieszczenie na pracownię, a ona gnieździła się w tym „składziku”.
- Hej. Kończysz już?
- O, hej. – Nawet nie zauważyła jego wejścia. Gdyby się nie odezwał, z pewnością nie dostrzegłaby go przez najbliższych kilka minut, tak bardzo była zajęta wpatrywaniem się w piętrzące się przed nią papiery. Poprawiła okulary, które zawsze zakładała do pracy i uśmiechnęła się do niego, kręcąc głową.
- Muszę jeszcze przejrzeć te zestawienia, ogarnąć materiały na spotkanie z zarządem… Ta nowa kampania mnie wykończy.
Nie na taką odpowiedź liczył, ale wciąż nie tracił wiary w swój dar przekonywania.
- Możesz też zostawić to do jutra, a teraz trochę odpocząć… - W dwóch krokach znalazł się za jej fotelem i położył dłonie na jej spiętych ramionach. – Mógłbym pomóc ci się zrelaksować…
- Kusząca propozycja. – Katherine odchyliła głowę, uśmiechem reagując na pocałunek, który nastąpił po jej słowach. – Ale niestety muszę zrobić to teraz. Przykro mi, kochanie.
Zmiął w ustach przekleństwo, odsuwając od kobiety, która posłała mu przepraszający uśmiech i wróciła do pracy. A on znowu został ze swoją prawą ręką. Cholera, był sfrustrowany. Rozumiał, że Kath była teraz zajęta, ale nie mogła mu poświęcić chociażby tych trzydziestu minut wieczorem? I czy jej w ogóle nie brakowało ich zbliżeń? Nie potrafił odpowiedzieć na te pytania, ale opuścił jej gabinet w parszywym nastroju. I gdy godzinę później Katherine pojawiła się w ich sypialni, on już spał.

***

Następnego dnia okazało się, że ten katar i drapanie w gardle, które męczyło go wieczorem, wcale nie zniknęło. Wręcz przeciwnie, czuł silny ból, gdy przełykał ślinę, a nos szczypał go już od częstego wycierania. Na dodatek bolała go głowa, a wstając z łóżka, niemalże się przewrócił. Chyba ostatnie świętowanie z Nickiem jego sukcesu, gdy biegali po parku w deszczu, właśnie się na nim odbiło. Nie miał nawet siły zejść na śniadanie, nie mówiąc już o pójściu do szkoły.  
- Wyglądasz jak gówno. – To było pierwsze, co usłyszał, gdy w końcu dotarł do jadalni. Wystawienie środkowego palca, gdy opadał na krzesło, było już odruchem, ale poniekąd zgadzał się z mężczyzną. Doskonale wiedział, jak wygląda. Widział się w lustrze.
- Ty zwykle tak wyglądasz, więc… - Wzruszył ramionami, powolnym, nieco ociężałym ruchem biorąc jedną z bułeczek i smarując ją masłem. – Gdzie mama?
- Ubiera się. Dziś ma jakieś ważne spotkanie… Sam wiesz. – Blake wywrócił oczami. – Jesteś chory?
- A jak myślisz? – Uniósł brew, prychając. – Chyba znów muszę zrewidować… - Kaszel, który wyrwał się z jego gardła, był tak silny, że łzy pojawiły się w kącikach jego oczu, a on potrzebował dłuższej chwili, żeby się uspokoić. – Kurwa.
- Powinieneś pójść do lekarza – stwierdził Blake, wyglądając przy tym – co szatynowi  na pewno się tylko wydawało – na zaniepokojonego.
- Jeszcze jakieś fantastyczne porady? – Prychnął, przymykając powieki. Najchętniej wróciłby do łóżka i poszedł spać.
- Kochanie, wyglądasz okropnie!
Jacques jęknął, nie mając nawet siły tego komentować. Czy teraz wszyscy musieli mu mówić, że wygląda koszmarnie? Zupełnie jakby o tym nie wiedział…
- Skarbie, wiem, że masz plany na dzisiaj, ale mógłbyś zawieźć Jacques’a do lekarza? Ja naprawdę dzisiaj nie zdążę… - Katherine stanęła obok swojego narzeczonego, wyglądając na naprawdę przejętą stanem swojego jedynego syna.
- Poradzę sobie! – Nastolatek od razu spojrzał na swoją matkę i jakby na potwierdzenie swoich słów – kichnął.
- Nie poradzisz. – Kath i Blake odezwali się jednocześnie, przez co zaraz podzielili jeden z tych osobistych, porozumiewawczych uśmiechów, na które Jacques nie mógł patrzeć.
Spojrzał na bułkę z masłem, która zapomniana znajdowała się na talerzyku i westchnął. Nie chciał być świadkiem tego, jak ta dwójka będzie się całować, a przypuszczał, że to się niedługo wydarzy.
- Napiszę do Nicka, że mnie nie będzie. – Uśmiechnął się niemrawo do matki. – Powodzenia na spotkaniu.
- Powinieneś coś zjeść…
- Nie mam apetytu. – Westchnął. – Chcę się tylko położyć jeszcze na chwilę, dobrze? Pocałowałbym cię w policzek na pożegnanie, ale nie chcę cię zarazić, więc…
Spojrzał ostatni raz na swoją rodzicielkę, na jej elegancką, granatową sukienkę, nienaganną fryzurę oraz makijaż i uśmiechnął się delikatnie. A później przeniósł wzrok na mężczyznę, który siedział naprzeciwko i uśmiech zniknął z jego twarzy. Minęły dwa miesiące od rozpoczęcia roku szkolnego i radził sobie już lepiej. Nie mógł powiedzieć, że było idealnie; że to uczucie nagle znikło, ale przyzwyczaił się już do myśli, że niedługo Blake oficjalnie stanie się jego ojczymem. No, może nie do końca, ale był na dobrej drodze, żeby to zaakceptować.
Gdy wszedł do swojego pokoju, od razu rzucił się na łóżko i przykrył oczy przedramieniem. Nie minęło pięć minut, a on już spał, tak jak leżał – w rozchełstanym szlafroku, z rumianymi od gorączki policzkami, wydając z siebie świszczące dźwięki, które świadczyły o tym, że ciężko mu się oddychało.
I właśnie takiego znalazł go Blake, gdy godzinę później wszedł do jego pokoju, nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi po tym, jak zapukał kilka razy.

***

Mógł kpić z wyglądu Jacques’a, ale doskonale widział, że ten naprawdę był chory i czuł się fatalnie. Już dzień wcześniej ciągle kichał i mówił nieco zachrypniętym głosem, ale dzisiaj wyglądał naprawdę kiepsko. I on przekonał się o tym, gdy wszedł do pokoju chłopaka i znalazł go pogrążonego we śnie, całego mokrego od potu, ze świszczącym oddechem.
- Jacq… - mruknął, patrząc na niego z troską. Zerknął krótko na jego odsłoniętą klatkę piersiową, ale nie poświęcił jej nawet jednej, dłuższej myśli. Zamiast tego dotknął jego ramienia i potrząsnął nim lekko, naprawdę zaniepokojony jego stanem. – Jacq. Jacq, obudź się.
- C-co…
- Hej, w porządku. – Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz brzmiał tak, jakby zwracał się do dziecka. Ale Jacques przecież wciąż był dzieckiem, o czym niestety coraz częściej zapominał. – Masz umówioną wizytę u lekarza. Musisz się ogarnąć i zawiozę cię, bo coraz gorzej z tobą. – Był pewien, że nie wszystko, co powiedział, dotarło do chłopaka, choć starał się mówić powoli i dokładnie. Mimo to nastolatek posłusznie wstał i poszedł do łazienki, choć widząc jego niepewną postawę, zastanowił się, czy nie powinien pójść z nim, ale ostatecznie uznał to za przesadę. W końcu mogłoby to zostać opacznie odebrane, a ich obecna sytuacja nie pozwalała na tego typu wpadki.
Wiedział, co się działo. Mógł sobie wmawiać, że tego nie widzi, ale minęły dwa miesiące od ich powrotu ze wspólnych wakacji, a on naprawdę nie był tak ślepy, jakby sobie życzył. Przez dłuższy czas udawał, że niczego nie dostrzega, a gdy w końcu przestał udawać, to dał na to ciche przyzwolenie, zamiast po prostu szczerze porozmawiać z chłopakiem. Widział również, że nastolatek próbuje powstrzymać swoje emocje i niektóre zachowania, co paradoksalnie sprawiło, że on zaczął wręcz ich u niego wypatrywać. I w ten sposób to Jacques przyłapywał go na gapieniu się na niego, a nie odwrotnie. Mogli powiedzieć to wprost, choć tego nie zrobili, żeby nie zburzyć tej delikatnej konstrukcji przyjaźni, jaką udało im się zbudować – działali na siebie. Blake dawno już nie czuł pociągu do żadnego mężczyzny, a co dopiero nastolatka, ale był świadom tego, że Jacques znów to w nim wyzwolił. I był świadom również tego, że to nigdy nie może się wydarzyć. Ale jakoś funkcjonowali. Na razie.
Dziesięć minut później Jacq pojawił się w salonie, nie wyglądając wcale lepiej. Chyba nawet niezbyt starannie się uczesał, co było najlepszym dowodem na jego fatalny stan.
- Chodź. – Westchnął, patrząc niepewnie na jego rozbiegany wzrok. Miał wrażenie, że dzieciak z każdą chwilą czuł się coraz gorzej. – Złap się mnie, bo jeszcze mi tu upadniesz i się połamiesz, a wtedy Kath mnie zabije…
Chyba po raz pierwszy Jacques bez słowa sprzeciwu wykonał jego polecenie.

***

Nie zamierzał narażać Jacques’a (ani nikogo innego) na swoje eksperymenty w kuchni, więc gdy tylko odprowadził chłopaka do jego pokoju, wsiadł ponownie w samochód i pojechał do apteki, a później do restauracji, bo wątpił, by Jacq mógł jeść wieprzowinę z wczoraj. Nie był przekonany co do zostawienia go samego w domu, zważając na jego stan (zdążył już odwołać swoje spotkanie z kolegą, bo przecież Katherine wciąż była zajęta), ale ostatecznie stwierdził, że nic złego nie powinno się stać w ciągu pół godziny. A przynajmniej miał taką nadzieję.
Gdy wrócił, ogarnął wszystkie pojemniczki z jedzeniem na wynos i pięć minut później wchodził już po schodach, niosąc tacę z posiłkiem dla nastolatka. Nie przypuszczał, że nadejdzie taki czas, gdy będzie musiał go niańczyć, ale nie miał innego wyjścia. Poza tym naprawdę było mu szkoda Jacques’a i martwił się o niego, nawet jeśli nigdy by się do tego nie przyznał.
Wchodząc do jego sypialni, poczuł delikatne deja vu, bo dzieciak wyglądał dokładnie tak samo, jak rano, a jedyną różnicą było to, że nie miał na sobie szlafroka, a zaledwie szorty. Gdyby sytuacja była inna, Blake z pewnością poczułby się niezręcznie, ale w tym momencie zupełnie nie przejmował się tym, co się działo między nimi. Był zbyt zaniepokojony jego rumianymi policzkami i świszczącym oddechem. Może gorąca zupa nie była dobrym pomysłem, skoro chłopak wyglądał tak, jakby miał gorączkę?
- Jacq, obudź się. – Usiadł na brzegu łóżka i szturchnął go dwa razy, czekając na jakąkolwiek reakcję.
Jacques uniósł powoli powieki, a jego zamglony wzrok spoczął na mężczyźnie, choć Blake nie był pewien, czy ten jest w ogóle świadom czegokolwiek.
- Powinieneś coś zjeść, więc przyniosłem ci zupę – mruknął, nagle czując narastającą niezręczność. Pewnie nie byłoby tak, gdyby nie pomyślał o tym, że tęczówki szatyna były naprawdę intrygujące, a to z pewnością było ostatnie, o czym powinien teraz myśleć. – Pomóc ci usiąść?
- N-nie… - Jacques stęknął i z trudem podciągnął się na przedramionach, opierając się plecami o ścianę. – Co to?
- Krem z dyni. -  Brunet wzruszył ramionami i podał mu miskę. – Mam nadzieję, że jest ok.
- A ty?
- Nie jestem głodny.
Przez chwilę siedzieli w ciszy – Jacques powoli jadł, a Blake siedział obok, starając się podziać gdzieś wzrok, żeby za bardzo się nie gapić. Nie było to dla niego komfortowe, ale nie zamierzał też wychodzić, gotowy w każdej chwili pomóc. Pomimo tego, co nastolatek o nim myślał, nie był wcale nieczułym dupkiem. A przynajmniej nie zawsze.
- Już.
Mężczyzna kiwnął głową i odstawił miskę na tacę.
- Przyniosłem też herbatę z miodem.
- N-nie chcę. – Jacques jęknął, powoli układając się z powrotem na materacu. – Później. Teraz chcę s-spać.
- Mhm.
Ponownie kiwnął głową, patrząc, jak powieki chłopaka opadają, a ten wtula policzek w poduszkę. Jego twarz wyglądała przy tym wyjątkowo spokojnie i chłopięco, bo przecież to wciąż był tylko nastolatek. Mimo to, jakby zapominając o tym, niemalże nieświadomie wyciągnął dłoń i wsunął palce w brązowe, nieco mokre od potu, kosmyki.
Ciepło rozlało się w jego piersi, gdy Jacques przekręcił na drugi bok, a jego dłoń zsunęła się na tyle, by nastolatek wtulił w nią twarz.
W tym momencie Blake zupełnie nie myślał o tym, co wyprawia. Nie zastanawiał się nad własnymi reakcjami, nad uśmiechem, który rozświetlił jego twarz na widok śpiącego chłopaka. Nie, teraz znajdował się w czymś w rodzaju transu, a na wyrzuty sumienia przyjdzie czas później. Jak zawsze.

niedziela, 10 września 2017

Informacja

Nie mogę dłużej trzymać Was w niepewności. Sprawa wygląda tak, że ostatnio nie czuję się najlepiej, szczególnie psychicznie. Nie chcę się jakoś rozpisywać na ten temat, ale po prostu jest mi ciężko, co zapewne wpływa na to, że pisanie po prostu mi nie idzie. Wciąż jestem w połowie rozdziału i tak jest już od dwóch tygodni. Najpierw pisałam jedną scenę, która mi nie szła, więc przerzuciłam się do drugiej i też nic. Później próbowałam z innym tekstem, z którym miałam związane duże plany, ale również nie wyszło. Aktualnie nie jestem nawet w stanie odpisać na forum RPG, a nie miałam takiej sytuacji od bardzo dawna. Miałam wielkie plany w związku z tymi wakacjami i jak zwykle się nie udało, przez co jestem bardzo rozczarowana sobą. Ale to już zupełnie inna historia.
Ten post nie oznacza, że zawieszam bloga/opowiadanie. Po prostu dodam rozdział, gdy w końcu uda mi się go skończyć i tyle. Już nie będę próbowała trzymać się określonych terminów, bo i tak mi to nie wychodzi.
Ach, i bardzo dziękuję wszystkim za komentarze! Mam nadzieję, że szybko wrócę do was z Jacquesem i Blakem.
Pozdrawiam ;>

czwartek, 17 sierpnia 2017

Pęknięcia - Rozdział 18

Wiem, że testuję Waszą cierpliwość i niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nie jestem pewna, z czego to wynika, ale naprawdę ciężko mi się pisze. Możliwe, że to dlatego, iż ostatnio żyje w ciągłym stresie (jest znacznie gorzej niż przed maturą), ale kto wie...
Jestem zachwycona ilością komentarzy pod ostatnim rozdziałem! Serce mi po prostu puchnie na sam ich widok, przez co mam jeszcze większe wyrzuty sumienia, że tak Was zaniedbuje. Bardzo dziękuję za każde cieplutkie słowo <3
Pozdrawiam!
____________________________________________________________________

- Pierdolisz!
- Ani nie pierdolę, ani tym bardziej nie żartuję. I przestań się, kurwa, śmiać!
Wiedział, że powiedzenie o wszystkim temu dupkowi właśnie tak się skończy. A on nie widział nic zabawnego w tej sytuacji. Wręcz przeciwnie, czuł się fatalnie i potrzebował jakiejś porady. Naprawdę nie wiedział, co mu odbiło, żeby szukać jej u przyjaciela. A w szczególności tak specyficznego, jakim był Nick.
- Masz rację. Przepraszam. – Wcale nie wyglądał, jakby było mu przykro. – Po prostu to jest takie niedorzeczne… Gdy wyjeżdżałeś, szczerze go nie znosiłeś, co zresztą powtarzałeś przy każdej okazji. A wracasz… No.
Jacques wzruszył ramionami. Siedział na podłodze, opierając się o łóżko przyjaciela, z rękoma splecionymi na piersi. Wbijał przy tym zirytowany wzrok w drugiego chłopaka, wyraźnie pokazując całą postawą, co myśli o jego reakcji.
- Ale naprawdę go pocałowałeś?!
- Czy możesz, kurwa, tego nie powtarzać?! – Teraz już naprawdę żałował, że tu przyszedł. Ale znów uległ emocjom i zrobił coś bezmyślnie, co było do niego zupełnie niepodobne. I o wszystko obwiniał Blake’a, który najwyraźniej namieszał mu w głowie.
- A on co na to? – Nick w ogóle nie wydawał się przejęty reakcją swojego przyjaciela. – Dostałeś po mordzie?
- Nie. – Prychnął, na chwilę zaciskając wargi. – Odepchnął mnie. Później już do tego nie wracaliśmy.
- Aha. No to faktycznie strasznie wyrozumiały z niego koleś.
Westchnął, nie komentując tego. Zaczął bezmyślnie wpatrywać się w swoje kolana, przy czym musiał wyglądać naprawdę żałośnie, skoro po chwili poczuł na swoim ramieniu dotyk dłoni drugiego chłopaka.
- Musisz czuć się gównianie.
- Spostrzegawczy jesteś. – Wywrócił oczami.
- A ty za bardzo dramatyzujesz. – Gdy tylko oczy Jacquesa zwróciły się w stronę przyjaciela, ten poderwał się z podłogi i klasnął w dłonie jak rozentuzjazmowana nastolatka. – Dlatego podnoś ten tyłek z podłogi i zrób coś ze sobą, żeby nie wyglądać jak ostatnia pipa. Idziemy do klubu!
Szatyn nawet nie zareagował na to, jak został nazwany. Wpatrywał się w Nicka, jakby wyrosła mu druga głowa.
- Chwila, muszę się upewnić. Chcesz iść do klubu? Teraz?
- A dlaczego nie? Myślisz, że jest za wcześnie?
Szatyn mimowolnie zerknął na zegarek, zanim pokręcił głową, jakby chciał odegnać absurdalne myśli.
- Nie – jęknął. – Jutro idziemy do szkoły, pamiętasz?
- No i?
- No i mama mnie zabije, jak wyjdę na imprezę w środku tygodnia!
- Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało. – Nick uniósł brew, patrząc na niego jak na idiotę, co wyjątkowo mu się nie podobało. – Tchórzysz?

***

Był środek tygodnia, ale klub był pełny. Przy wejściu pokazali dowody, choć była to formalność, o którą dbano tylko z pozoru. Wszyscy wiedzieli, że w tym lokalu można spotkać młodsze osoby, nie zawsze legalne. Nie było to oczywiście coś, co w jakikolwiek sposób przeszkadzałoby Jacquesowi. Sam z tego korzystał, zanim nie otrzymał dowodu.
- Chodźmy do baru! – krzyknął do swojego przyjaciela, bo muzyka w środku była ogłuszająca. Złapał go za ramię, ciągnąc za sobą, bo Nick wydawał się trochę przytłoczony. Jego entuzjazm i pewność siebie gdzieś zniknęły, co bawiło szatyna, nawet jeśli nie miał zbyt dużej ochoty na to wyjście. Wciąż nie mógł wyrzucić z głowy myśli o planowanym ślubie.
Zanim jednak dopchali się do baru, przy którym oczywiście nie było miejsca, przyjaciel ścisnął jego przedramię, krzycząc mu wprost do ucha:
- Jacques! Ktoś mnie klepnął w tyłek!
- Naprawdę? – zapytał bez cienia zainteresowania.
- Ej! – Nick szturchnął go, wyraźnie niezadowolony. – Jakiś facet postanowił zmacać moją dupę, a ty mnie ignorujesz?!
- Nie zmacać, tylko klepnąć. – Wywrócił oczami. – Poza tym to ty wybrałeś gejowski klub. Ja nie zmuszałem twojego heteryckiego tyłka do przyjścia tutaj.
Jego przyjaciel zawsze odmawiał wyjść do takich klubów, zapewne bojąc się o swoją cnotę, co Jacq za każdym razem nie omieszkał mu wypominać. Tak naprawdę nie rozumiał, dlaczego Nick bał się chodzić z nim do tego typu miejsc, choć miał swoje podejrzenia. W końcu drugi chłopak zarzekał się, że jest w stu procentach heteroseksualny, ale obaj wiedzieli, że jeszcze nigdy nie był w żadnym związku i mógł nie być pewny swojej seksualności.
- Bo jestem dobrym przyjacielem, a ty potrzebujesz kutasa.
Jacques skrzywił się, nie komentując jego słów. Nick naprawdę zdawał się twierdzić, że poznanie jakiegoś faceta w klubie pozwoli szatynowi zapomnieć o Blake’u, ale on doskonale wiedział, że to nie była prawda. Miał wrażenie, że do jego przyjaciela jeszcze nie do końca dotarło, w co się wkopał. Chyba nawet do niego to jeszcze nie dotarło.
- Dwa piwa! – krzyknął do barmana, a widząc znajomą twarz za ladą, wyszczerzył się. – Cześć Jerome!
- Siema, młody. – Mulat zmrużył swoje wąskie oczy, wyglądając dzięki temu wyjątkowo zabawnie. – Tobie to ja mogę dać jedynie soczek jabłkowy. Pogadamy za trzy lata, dzieciaku.
 - Jasne. – Prychnął, choć jego usta były wygięte w delikatnym uśmiechu. Lubił Jerome’a. – Potrzebuję alkoholu, jeśli mam przetrwać ten wieczór.
- Coś się stało? – Barman zmarszczył brwi, wyraźnie zainteresowany, w międzyczasie biorąc dwie szklanki, które napełnił złocistym płynem. Jacques nie zamierzał mu jednak nic zdradzać. Byli w końcu tylko kumplami, a poza tym cała ta sprawa była świeża i… zawstydzająca.
- Wszystko w porządku. – Pokręcił głową i spojrzał w końcu na swojego przyjaciela, który z wahaniem rozglądał się po wnętrzu klubu. – Tak w ogóle to poznaj mojego przyjaciela. – Wskazał na niego ręką. - To Nick – jest tutaj pierwszy raz i chyba go to przerosło.
- Nic mnie nie przerosło. – Usłyszał z boku. – Jestem Nick i jestem przeszczęśliwy, że znalazłem się w tym fantastycznym miejscu, w którym absolutnie nikt nie gapi się na moją dupę.
Jacques parsknął śmiechem, widząc, z jaką niepewnością Jerome podaje rękę drugiemu chłopakowi, samemu się przedstawiając. Najwyraźniej nie był pewien, czy z Nickiem wszystko w porządku, ale tego nikt nie wiedział. Nawet jego rodzice.
Podziękował skinieniem głowy za piwo, wręczył mu banknot i przez chwilę przyglądał się, jak ten przechodzi dalej, żeby obsłużyć innych klientów. Był przystojny, co zapewne było wymagane przy takiej pracy, i szatyn kiedyś nawet liczył na coś więcej, ale Jerome uważał, że dzieli ich zbyt dużo lat. Skrzywił się, przypominając sobie tę rozmowę. Jego i Blake’a dzieliło jeszcze więcej.
Potrząsnął głową, jakby chciał odgonić niechciane myśli, i ze sztucznym uśmiechem zaproponował szukanie wolnego stolika. A jeśli zauważył przy tym uważny wzrok Nicka, który obserwował go z taką intensywnością, jakby ten był jakimś obiektem badawczym, to tego nie skomentował.
- Jak ci się podoba? – zapytał pięć minut później, gdy siedzieli na wytartej kanapie i obserwowali tłum bawiący się na parkiecie.
- Jest… ciekawie. – Jacques uśmiechnął się szeroko, widząc, jak wzrok drugiego chłopaka ląduje na jednym z tancerzy, który właśnie wyginał swe ciało na podeście w rytm muzyki. Zmieszanie i niepewność przyjaciela naprawdę poprawiały mu humor, więc może to wyjście do klubu miało jakiś sens?
Wnętrze lokalu było utrzymane w granacie i czerni. Środek został przeznaczony na parkiet, na końcu którego znajdowała się całkiem spora scena. Po prawej stronie mieścił się duży bar, który obsługiwało trzech barmanów, a po lewej, w głębi, był mniejszy, gdzie dziś pracował Jerome. Kanapy zostały umieszczone na piętrze, z którego można było obserwować tańczących, a także na dole, przy jednej ze ścian, gdzie właśnie siedzieli. Zaraz obok znajdował się jeden z podestów dla tancerzy, choć szatyn nie był dziś zainteresowany żadnym z pokazów. W ogóle nie był niczym zainteresowany.
- Czyli następnym razem znów tu ze mną przyjdziesz? – Wyszczerzył się do przyjaciela, ale zanim ten zdążył odpowiedzieć, przy ich stoliku pojawił się blond włosy chłopak. Żaden z nich go nie znał.
- Cześć. – Nieznajomy wyglądał na zestresowanego i uśmiechał się nieśmiało, ale Jacq wyczuwał w jego głosie determinację. – Chciałbyś może… zatańczyć?
Obrzucił go uważnym spojrzeniem, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Już na pierwszy rzut oka widział, że nie jest to jego typ – zbyt nieśmiały i delikatny, a poza tym nie miał nastroju na żadne flirty…
- No idź! – Nick jak zwykle zachował się bardzo subtelnie, dając mu mocnego kuksańca w bok, w zamian za co otrzymał groźne spojrzenie, którym zupełnie się nie przejął.
- W porządku – mruknął w końcu, kiwając głową. Odstawił szklankę z piwem na stolik i dał się pociągnąć na parkiet.
Od początku wiedział, że nic z tego nie będzie. Dotyk na jego biodrach był delikatny i niezbyt pewny, a ruchy blondyna nie do końca rytmiczne. I choć Jacques próbował skupić się na tańcu, obejmując kark chłopaka i przysuwając się do niego bez skrępowania, to jego myśli mimowolnie odpływały w stronę Blake’a. I już nawet nie chodziło o ślub, który był jak przypadkowo rozgryzione ziarenko gorczycy. Zamiast tego zaczął rozmyślać, jakby to było, gdyby w tej samej sytuacji znalazł się z brunetem. Był pewien, że jego uścisk byłby silny i zaborczy. I mógłby oprzeć się o jego silną klatkę piersiową, wdychając jego zapach – połączenie potu i perfum…
- Jak masz na imię?
- Przepraszam – wymamrotał, odsuwając się nieco zbyt gwałtownie od blondyna, przez co wpadł na parę tańczącą obok nich. – Przepraszam – powtórzył, nie odpowiadając na pytanie. Zamiast tego zostawił zaskoczonego chłopaka na parkiecie, samemu przepychając się pomiędzy ludźmi, żeby dotrzeć do kanapy, na której zostawił Nicka. Serce waliło mu przy tym w piersi tak mocno, że przemknęło mu przez myśl, czy wszystko z nim w porządku. Choć w sumie chyba nic nie było w porządku, skoro wyobrażał sobie, jak tańczy z Blakem. Co się z nim działo?
Gdy znalazł się przy ich stoliku, od razu zauważył, że jego przyjaciel nie jest sam. Obok niego siedział, wyraźnie podpity, trochę starszy od nich chłopak, którego włosy były koloru niebieskiego. Mówił coś z rozgorączkowaniem, wpatrując się w Nicka jak w obrazek, podczas gdy ten wyglądał na całkowicie zdumionego. W innej sytuacji Jacques z pewnością już by się zwijał ze śmiechu, ale teraz z ledwością wymusił uśmiech.
- Przedstawisz mnie? – zapytał, biorąc swoją szklankę i od razu wypijając niemal całą jej zawartość. Powiedział prawdę Jerome’owi – naprawdę potrzebował alkoholu, jeśli miał przetrwać ten wieczór.
- Jacques! – Nickowi wyraźnie ulżyło, gdy go zobaczył. – Właśnie mówiłem Xavierowi, że poszedłeś do toalety i na pewno zaraz wrócisz.
Prychnął, ale wyciągnął dłoń, witając się z nieznajomym. Ten spojrzał na niego bez większego zainteresowania, zbyt skupiony na przyjacielu Jacquesa. Może i by go to uraziło, gdyby dłoń Xaviera nie była tak delikatna, a jego koszulka nie błyszczała przez te wszystkie cekiny. I to podobno on był przegięty!
- O czym sobie rozmawiacie? – zapytał, starając się skupić swe myśli na przyjacielu i jego adoratorze. Żadnego myślenia o ślubie. Ani o ramionach Blake’a. Dość.
- Masz takie ładne włosy… - Xavier albo nie usłyszał jego pytania, albo całkowicie je zignorował, zamiast tego wyciągając dłoń i dotykając nią przydługich włosów Nicka, który wyglądał na całkowicie spanikowanego. Kto by pomyślał, że ten bezczelny chłopak nie jest w stanie sobie poradzić z przegiętym kolesiem? A jednak siedział już na samym brzegu kanapy, próbując uciec od niechcianego dotyku, a Jacques mógł tylko się domyślać, że przed jego przyjściem zaliczyli komiczny manewr z przesuwaniem się po kanapie.
- Właściwie mieliśmy już…
- Zatańczymy? – Najwyraźniej Xavier nie ignorował tylko jego, przerywając Nickowi w połowie zdania. Patrząc na minę drugiego chłopaka, można było odnieść wrażenie, że nie był to pierwszy raz.
Jacques spojrzał na pustą szklankę po kolorowym drinku, która stała na stoliku, później obrzucił wzrokiem przegiętego chłopaczka z niebieskimi włosami, a następnie uśmiechnął się złośliwie.
- Właściwie to wcale nam się nie spieszy. Dlaczego nie zabierzesz Xaviera na parkiet i nie pokażesz mu, jaki z ciebie tygrys?
Gdyby wzrok Nicka mógł zabijać, z pewnością byłby martwy.

***

Czterdzieści minut później opuścili klub, choć okazało się to trudniejsze, niż myśleli. Jacques wciąż śmiał się pod nosem, gdy tylko przypominał sobie determinacje Xaviera, który nie chciał puścić Nicka. Dosłownie.
- Zabije cię.
- Daj spokój. – Prychnął, szturchając go w bok. – Ja chciałem dla ciebie jak najlepiej. W końcu miałeś szansę, żeby zaliczyć trzecią bazę…
- Jacques, nie wkurwiaj mnie…
- Oj, nie ma z tobą zabawy! – burknął, wywracając oczami. – Ten cukiereczek był naprawdę zdesperowany, skoro postanowił się do ciebie przykleić…
- Chwila! Czy ty sugerujesz, że nie jestem dobrą partią?
- Ja nic nie sugeruję! – Jacques uniósł pojednawczo dłonie, ale na jego twarzy wciąż błąkał się głupkowaty uśmieszek.
Drugi chłopak pokręcił głową z rezygnacją.
- Jesteś takim dupkiem, Jacques. Dlaczego ja się z tobą zadaję?
- Bo mnie kochasz.
Szli przez chwilę w ciszy, choć już dawno powinni zadzwonić po taksówkę. Było już po północy, obaj mieli rano zajęcia, a Jacques musiał jeszcze wytłumaczyć Katherine, dlaczego tak późno wracał od Nicka.
- Lepiej się czujesz?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Może trochę.
- To minie, stary. I jestem pewien, że stanie się to szybciej, niż myślisz.
Szatyn pokiwał głową, ale nie był co do tego przekonany. W końcu doskonale wiedział, jak czuje się w pobliżu mężczyzny i wiedział też, że trwa to przynajmniej miesiąc. Jak miał zapomnieć o swoim nastoletnim zauroczeniu, gdy obiekt tegoż zauroczenia ciągle przebywał w pobliżu? To nie mogło się udać.
- Przytulas?
Jacques spojrzał na swojego przyjaciela, który zatrzymał się na środku chodnika, rozkładając szeroko ręce w zachęcającym geście. Westchnął i pokiwał głową.
- Przytulas.

***

To nie była pierwsza wystawa Jacquesa, ale mimo to czuł lekkie, trochę bezpodstawne, zdenerwowanie, które objawiało się głównie w jego drżących dłoniach i rozbieganym spojrzeniu. Większość czasu spędził z panem Saitō, właścicielem galerii, który przedstawił go kilku ważnym gościom. Obaj liczyli na to, że na wystawie pojawią się osoby ze środowiska artystycznego i nie mylili się. Jacq mógł więc mówić o sukcesie, na co wskazywał jego szeroki uśmiech i błyszczące, jasne oczy. Przez chwilę wyglądał tak, jakby nie miał żadnych zmartwień, a myśli o Blake’u i zbliżającym się ślubie całkowicie uleciały z jego głowy.
W galerii pojawiła się nie tylko jego rodzina, ale również znajomi ze szkoły. Gdy znalazł chwilę, podszedł do grupki dziewczyn i Nicka, uśmiechając się do nich radośnie. Był naprawdę szczęśliwy, a na dodatek przed chwilą dowiedział się, że istniało duże prawdopodobieństwo, że uda się sprzedać jeden z jego obrazów. Czy ten dzień mógł być piękniejszy?
- I jak wam się podoba? – zagadał, stając obok przyjaciela.
- Świetne, stary! – Nick od razu poklepał go po plecach, aż nim zarzuciło.  – Przynajmniej jeden z nas ma talent…
- Jest niesamowicie – przytaknęła Susan. Blond włosy splotła w wysokiego kucyka, a usta pomalowała czerwoną szminką. Była dobra z matmy i kumplowała się z Nickiem, ale Jacques za nią nie przepadał. Była dziewczyną Chucka, a on szczerze nie znosił tego buca.
- Dzięki. – Wyszczerzył się, nie kryjąc zadowolenia. Uważał, że pierwszy dzień wystawy był udany, a jego obrazy naprawdę dobre.
- Właściwie to tak sobie rozmawialiśmy… - Susan uśmiechnęła się do niego psotnie. – Widzieliśmy twoją mamę. Czy ten przystojniak obok niej to jej nowy facet?
- Narzeczony – poprawił ją automatycznie, choć jego uśmiech zbladł nieco. W sumie nie było nic dziwnego w tym, że jego koleżanki zwróciły uwagę na Blake’a, o którym ten wcześniej rzadko wspominał. W końcu ten był przystojny, a dziś prezentował się wyjątkowo dobrze – postanowił założyć eleganckie spodnie i koszulę, całkowicie go tym zaskakując. Tylko że Jacques wcale nie chciał rozmawiać o mężczyźnie. Nie dziś.
- Jest gorący – szepnęła Vick, najlepsza przyjaciółka Susan. – Prawda, Jacques?
- To facet mojej matki – burknął, zaciskając na chwilę wargi. – Nie bądź obrzydliwa.
Znów poczuł ten nieprzyjemny ucisk w środku. Był hipokrytą i doskonale o tym wiedział.
- Przepraszam was na chwilę – mruknął, starając się nie patrzeć na zmieszaną twarz Vick. Ruszył w stronę toalet, ale zatrzymał go głos matki:
- Kochanie!
Jacques wziął głęboki wdech, nim uśmiechnął się sztucznie i odwrócił się, żeby wpaść prosto w ramiona kobiety.
- Jestem z ciebie taka dumna!
- Dzięki, mamo – szepnął, a jeśli jego głos był zduszony, to tylko dlatego, że nagle zabrakło mu powietrza przez ten uścisk. Wcale nie chodziło o to, że wyrzuty sumienia paliły go od środka. – Cieszę się, że ci się podoba.
- Jest wspaniale! – Uśmiechnęła się do niego czule. – Mój mały artysta.
Nawet jeśli zachowanie Katherine było dla niego trochę zawstydzające, to nie powiedział tego, bo był jej wdzięczny. W końcu to dzięki niej mógł poświęcić się malowaniu, a poza tym to ona poznała go z właścicielem galerii. Wiele jej zawdzięczał, przez co tym bardziej nie mógł sobie wybaczyć tego, co wyprawiał. Czuł się tak, jakby ją zdradzał.
Miał świadomość, że Blake stoi obok. Mężczyzna nie odzywał się, na razie tylko obserwując, ale Jacques wyczuwał jego wzrok na sobie. Robił się przez to nerwowy, choć nie miał ku temu powodów.
- Blake też jest zachwycony! – Kobieta przeniosła wzrok na swojego narzeczonego, jakby szukała u niego potwierdzenia swoich słów.
- Tak? – Szatyn uniósł lekceważąco brew, udając, że zupełnie go to nie interesowało. Nie mógł jednak ukryć przed samym sobą, że zdanie mężczyzny było dla niego istotne, nawet jeśli kilka miesięcy temu nie zwróciłby na nie uwagi. Zanim jednak brunet zdążył mu odpowiedzieć, Katherine znów się odezwała, przyciągając ich uwagę.
- Musicie mi wybaczyć, ale Naoki mnie woła. – Wskazała dłonią na właściciela galerii. – Dołączę do was później.
Pokiwali głowami, patrząc, jak odchodzi, stukając obcasami. Przez chwilę stali w niezręcznej ciszy, obaj dziwnie spięci, nim Blake odchrząknął i odniósł się do słów swojej narzeczonej.
- Naprawdę masz talent – stwierdził, przesuwając wzrokiem po ścianach pomieszczenia, na których zostały powieszone obrazy autorstwa Jacquesa. – Ta wystawa jest niezwykła. Trochę mroczna i, cóż, niepokojąca. – Uśmiechnął się półgębkiem. – Dwa obrazy zrobiły na mnie szczególne wrażenie.
- Ach tak…? – To nie był przecież pierwszy raz, gdy otrzymywał komplementy. Przecież jeszcze godzinę temu chwalił go jeden z cenionych kolekcjonerów sztuki współczesnej. A jednak to teraz czuł, jak gorąco wstępuje na jego policzki.
- Mhm. – Blake pokiwał głową, jakby zupełnie nie zauważył zażenowania szatyna. – Najbardziej podoba mi się „Teoria” i „To”. Nie jestem jakimś znawcą sztuki, ale one wydają mi się najbardziej prawdziwe.
- To oczywiste, że nie jesteś. – Prychnął, przełykając ślinę. „Teorię” namalował zaraz po powrocie z ich wspólnego wyjazdu, a „To” było jego ostatnim obrazem, który ostatecznie znalazł się na wystawie, choć Jacq wciąż nie był pewien, czy było to dobrym pomysłem. Dlaczego Blake zwrócił uwagę właśnie na nie? Czyżby wyczuwał, że zostały stworzone przez niego?
- Skarbie, Naoki cię woła. Znalazł się kupiec na jeden z twoich obrazów.
Jacques zamrugał, patrząc z zaskoczeniem na swoją matkę. Kiedy pojawiła się obok nich?
- Już idę. – Kiwnął głową, nim spojrzał na mężczyznę rozemocjonowanym wzrokiem. – Dzięki.
Blake uśmiechnął się, puszczając mu oczko.
- Powodzenia.
I nagle okazało się, że ten dzień mógł być lepszy.

sobota, 29 lipca 2017

Pęknięcia - Rozdział 17

Hejka, kochani! Znów jestem spóźniona i nie mam usprawiedliwienia, choć muszę przyznać, że ostatnio mam wiele spraw na głowie, które nie pomagają mi w pisaniu. Ta mała aktywność z Waszej strony w postaci niewielkiej ilości komentarzy też nie pomaga. Ale staram się i walczę sama ze sobą.
Dziękuję za wszystkie komentarze :D Mam nadzieje, że będzie ich jeszcze więcej (nawet tych negatywnych).
Pozdrawiam!
__________________________________________________________________

 - Co z tobą?
Siedzieli w pokoju Nicka, gdzie mieli uczyć się do najbliższego testu z matematyki. Choć głównie to Nick miał pomagać Jacquesowi, który miał problem z niektórymi zagadnieniami.
- A co ma być? – Spojrzał bez większego zainteresowania na swojego przyjaciela, wyciągając z plecaka zeszyt.
- Nie wiem! – Nick jęknął z irytacją, łapiąc rękoma swoje włosy, jakby zaraz miał je wyrwać. – Jesteś jakiś dziwny, od kiedy wróciłeś z wycieczki z tym przystojniakiem. I naprawdę staram się zrozumieć, co się zmieniło, ale nie potrafię.
- Ta? Nie zauważyłem.
Minął miesiąc, od kiedy wrócili z Kolorado. Miesiąc pełen wspólnych posiłków, wieczorów spędzanych na oglądaniu filmów i dyskutowaniu o książkach. Ich relacja nie uległa pogorszeniu, a nawet się wzmocniła. Matka Jacquesa nie mogła się nadziwić, widząc ich razem, jak rozmawiają i śmieją się z własnych żartów. Jeszcze trochę i będą mogli nazywać się przyjaciółmi…
Minął miesiąc, w którego trakcie szatyn całkowicie poświęcił się nauce i malowaniu. Po powrocie ze szkoły spędzał kilka godzin w swojej pracowni, a wychodził z niej tylko wtedy, gdy Blake wołał go na kolacje. Zawsze pachniał wtedy terpentyną, a na jego palcach znajdowały się ślady farb – od akwareli po akryle. Jego nagły zapał do pracy nie wynikał z nagłego pobudzenia artystycznego, czy poczucia obowiązku (w przypadku szkoły, którą kończył w tym roku), ale z chęci skupienia swojej uwagi na czymś, co pozwoli mu odciągnąć myśli od mężczyzny, z którym mieszkał. Było to jednak z góry skazane na porażkę, skoro nie potrafił powstrzymać się przed spędzaniem z nim czasu i nie potrafił już wrócić do tego, co było pomiędzy nimi (a raczej czego nie było), zanim nie wyjechali do Kolorado.
- Nie kpij sobie, Jacques. Gdybyśmy nie mieli razem zajęć, to w ogóle bym cię nie widywał.
Spuścił głowę, nie potrafiąc patrzeć dłużej na przyjaciela. Nick miał rację – nie zachowywał się fair i unikał go, nie tłumacząc nawet dlaczego. Ale bał się, że jeśli będzie spędzał dużo czasu z przyjacielem, to w końcu powie mu o tym, co działo się w górach i przyzna się do swoich uczuć. Dlatego wolał udawać, że nie ma czasu i przekładał ich spotkania, aż w końcu musiał się z nim spotkać, bo potrzebował pomocy. Zachowywał się jak ostatnia świnia. Jaki był z niego przyjaciel?
- Masz rację. – Westchnął. – Jestem chujem.
- To nic nowego. – Brunet wyszczerzył się do niego. – Ale to nie dlatego się o ciebie martwię. Co się dzieje?
- Nic. – Wzruszył ramionami. – Nie wiem. Chyba zacząłem na poważnie do wszystkiego podchodzić… Wiesz, w tym roku kończymy szkołę, chcę się dostać na studia…
- Czy to ma związek z Blakem? – przyjaciel przerwał mu, najwyraźniej zupełnie niezainteresowany jego tłumaczeniem. Nie był głupi. Obaj doskonale się znali i Nick z pewnością nie wierzył w jego kłamstwa.
Jacques czuł się okropnie z tym, że go okłamywał. Nie chciał tego robić. Ale z drugiej strony nie wyobrażał sobie powiedzenia mu prawdy. Miał powiedzieć mu, że zakochał się w narzeczonym matki; że go pocałował? Na samą myśl o tym czuł, jak nieprzyjemnie ściskało go w żołądku. Miał wrażenie, że szybciej zwymiotuje, niż z siebie to wydusi.
- Niby dlaczego? – Prychnął, nieco za bardzo skupiając się na otworzeniu zeszytu na odpowiedniej stronie, tj. z ostatnią pracą domową.
- Mam ci przypomnieć, jak tydzień temu przyszedłem do ciebie, żeby wyciągnąć cię na imprezę do Betty?
Każdy na jego miejscu by się zarumienił. Jacques jednak dzielnie się trzymał, wciąż wyglądając na niewzruszonego, choć na to wspomnienie zalała go fala zażenowania. Doskonale pamiętał, jak Nick, wpuszczony przez jego matkę, wszedł do salonu i przyłapał szatyna na jednym z tych momentów, gdy ten po prostu wgapiał się w nieświadomego Blake’a, chłonąc każde jego słowa. Tak naprawdę od powrotu do domu jego fascynacja tylko pogłębiła się i bezskutecznie starał się jej pozbyć. Jak na razie miał na swoim koncie jedynie porażki.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Mógłbyś choć na chwilę przestać być…
- Mogę pożyczyć? – przerwał przyjacielowi w połowie zdania, bo kiedy ten zagapił się na niego, zapewne zastanawiając się nad tym, jak do niego dotrzeć, on wstał i podszedł do półki z książkami bruneta. I oczywiście pierwsze nazwisko, jakie ujrzał, to pseudonim Blake’a. Zupełnie jakby cały wszechświat nastawił się przeciwko niemu.
Nick zamrugał, wyraźnie wybity ze swojego wojowniczego rytmu.
- Jesteś, kurwa, niemożliwy. – Parsknął w końcu i ku uciesze szatyna, poddał się. – Ta, bierz. Kupiłem ostatnio na jakiejś promocji i jeszcze nie zdążyłem przeczytać.
- Dzięki. – Wyszczerzył się do niego i schował książkę do plecaka. – To co, bierzemy się za tę matmę?
- Ta. – Brunet westchnął, zapewne mając go już dosyć. – Tylko poczekaj, przyniosę coś do żarcia, bo na głodnego z tobą nie wytrzymam. – Zatrzymał się przy drzwiach i pogroził mu palcem, jakby Jacques był małym, krnąbrnym dzieckiem. – I nie myśl sobie, że to koniec. Jeszcze wrócimy do tej rozmowy.
Pokiwał głową, nawet jeśli przyjaciel nie mógł już tego zobaczyć. Wiedział, że tak będzie. Nick nigdy nie odpuszczał tak łatwo.


***

Zmęczeni lotem i dziwnie przygnębieni wizją powrotu do Chicago, niewiele ze sobą rozmawiali. Wymienili kilka zdawkowych uwag, a gdy w końcu znaleźli się w samochodzie mężczyzny, większość drogi przebyli w ciszy. Już na podjeździe ujrzeli matkę Jacquesa, która z wyraźnym przejęciem wyglądała ich przyjazdu. Cała promieniała szczęściem i szatyn od razu poczuł, że nie może na to patrzeć. Wyrzuty sumienia były przytłaczające. Robiło mu się od tego niedobrze.
- Też dobrze cię widzieć – wydusił, gdy od razu po opuszczeniu samochodu został mocno przytulony. Objął ją niezgrabnie, jak mu się to nigdy wcześniej nie zdarzało, i z trudem przetrwał te kilkanaście sekund. Jak miał na nią patrzeć, gdy wciąż pamiętał, jak pocałował Blake’a? Gdy wiedział już (choć wciąż były to jedynie przypuszczenia), co do niego poczuł?
Tego dnia najgorszy był jednak widok mężczyzny, witającego się z Katherine. Przyciągnął ją do siebie i pocałował mocno, aż ta zarumieniła się jak nastolatka, a Jacques mógł tylko stać z boku i patrzeć na to, czując się wyjątkowo żałośnie. Wymówił się tym, że jest zmęczony po podróży i uciekł stamtąd do swojego pokoju, z którego już nie wyszedł do następnego poranka. Tamtego dnia był załamany, przerażony całą sytuacją i z przyjemnością wróciłby do tego małego, prywatnego domku w Kolorado. Nie wiedział, jak przetrwa w tym domu, będąc świadkiem podobnych scen.

A jednak wytrwał. Udawał, że wcale nie bolały go te intymne momenty pomiędzy jego matką i Blakem, Odwracał wzrok, zaciskał zęby, albo pod byle pretekstem opuszczał pomieszczenie. Ale w takich chwilach jak ta, gdy znajdował się w swojej pracowni, ponure myśli przytłaczały go, a wspomnienia dobijały. Nie powinien tego robić, nie powinien się tym zadręczać, ale nie miał na to wpływu. Nick miał rację – coś niedobrego się z nim działo, a on nie potrafił sobie z tym poradzić.
Westchnął i spojrzał na ciemne płótno. Przyszedł tu, żeby dokończyć obraz, ale zamiast wziąć się za mieszanie farb, usiadł na stołku i się zamyślił. I próbował sobie wmówić, że wcale nie było to spowodowane widokiem swojej matki, która z miną absolutnego zauroczenia wgapiała się w profil Blake’a, siedząc mu na kolanach. Oboje byli równie beznadziejni pod tym względem.
- Pieprzony Sherwood – burknął pod nosem, marszcząc brwi. Miał wrażenie, że gdyby ten nie pojawił się w ich życiu, wszystko byłoby łatwiejsze. Wtedy przynajmniej nie czułby się jak ostatnia świnia, rozmawiając z rodzicielką. Zawsze mieli dobry kontakt, co zapewne było spowodowane tym, że mieli tylko siebie, a on nie miał przed nią zbyt wielu sekretów. Ale to, co teraz ukrywał…
Musiał wziąć się w garść. Z roztargnieniem rozejrzał się po pracowni, szukając palety, której ostatnio używał, a która leżała na szafce obok. Znów zaklął, denerwując się na swoją nieporadność i gapowatość. Nie było to do niego podobne.
Pomieszczenie było duże. Mama bez żalu oddała mu jeden z najlepszych pokoi, żeby nie musiał gnieździć się w czymś mniejszym, za co był jej bardzo wdzięczny. Nie szczędziła też pieniędzy, kupując mu wiele drogich przyborów, dlatego stało tam pięć sztalug – trzy duże i dwie mniejsze. Gotowe obrazy piętrzyły się pod ścianami, na szafkach, niektóre leżały na podłodze… Były tam prace Jacquesa nawet sprzed czterech lat, do których wciąż miał duży sentyment, choć teraz obiektywnie mógł stwierdzić, że miały wiele mankamentów. Lubił jednak do nich wracać i na nie patrzeć, bo były dowodem na to, jak bardzo się rozwinął przez te lata. A wiedział, że miał talent i nie zamierzał, udając skromność, temu zaprzeczać.
Ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć, że w tym chaosie, który panował w pracowni (na szafkach walały się różnego rodzaju pędzle, do połowy wyciśnięte tubki z farbami, nieumyte palety, a nawet glina), nie sposób się odnaleźć, ale Jacques doskonale wiedział, gdzie wszystko się znajduje, bo to było miejsce, w którym czuł się najlepiej. A przynajmniej do niedawna wiedział, bo ostatnio miał problem ze skupieniem się na tyle, by zapamiętać, co gdzie odłożył.
Gdy w końcu wycisnął odpowiednie farby i, nieco trzęsącą się dłonią, zaczął je mieszać, po raz kolejny spojrzał na swój obraz. Każdy kolejny był coraz bardziej przygnębiający i Jacques już sam nie wiedział, co o nich myśleć. Były dobre. Wiedział to. Ale czy chciał je pokazać na wystawie, którą miał mieć za miesiąc w pobliskiej galerii? Nie był tego pewien.
Centralnym punktem była postać, a raczej jej zarys – bardzo nierówny i niepokojący. Od razu przyciągał wzrok, bo na tle granatu i czerni wyróżniał się różnymi odcieniami szarości. Biło od niej mroczne światło, które wchłaniało otoczenie, pozostawiając jedynie nicość. Całość nie była jeszcze ukończona i wymagała wielu poprawek, ale już teraz czuł dumę, patrząc na swoje dzieło. Choć czuł też niepokój – nie mógł oderwać wzroku od niewyraźnej postaci, która w jakimś stopniu mogła być wyobrażeniem Blake’a i tego, jak na niego działał. Sama ta myśl mroziła mu krew w żyłach. Jeśli mężczyzna tak bardzo wgryzł mu się pod skórę, to jak miał się od niego uwolnić?

***

Rozsiadł się wygodnie, układając nogi na stole, i wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni spodni. Leniwym ruchem odpalił jednego i zaciągnął się, spoglądając na ogród, który rozpościerał się przed nim, idealnie widoczny z tarasu. Katherine sama o niego dbała, pielęgnując swoje ulubione rośliny w wolnych chwilach. Blake, przyglądając się kolorowym płatkom, bynajmniej nie myślał o kwiatach.
Jego największym zmartwieniem był Jacques. Od powrotu do Chicago ich relacje były lepsze niż kiedykolwiek, o czym Katherine z radością przypominała mu każdego dnia. A jednak wiedział, że w tym wszystkim było coś niezdrowego; coś, co wykraczało poza relacje ojczym i pasierb (choć nawet jeszcze tym nie byli). Udawał, że nie wyczuwał na sobie zbyt długich spojrzeń chłopaka i nie widział jego czerwonych z zażenowania policzków. Równocześnie sam starał się ukryć swoje małe grzeszki, jak gapienie się na tyłek dzieciaka, co zdarzało mu się coraz częściej.
Wypuścił kłąb dymu, mrużąc oczy na promienie słońca, które wyjrzało zza chmur i postanowiło go oślepić. Miał oczywiście sporo pracy, jak to przy wydawaniu książki bywa, i musiał skupić się na zredagowaniu oraz usunięciu kilku obszernych, zbędnych fragmentów. Nigdy nie była to najprzyjemniejsza część w tworzeniu, ale w tym momencie pozwoliła mu oderwać myśli od tego, co działo się w tym domu. Cała sytuacja, w której się znaleźli, była absurdalna i miał wrażenie, że Jacques doskonale o tym wiedział. Wątpił, by jego codzienne zamykanie się w pracowni nie miało z tym nic wspólnego.
Lubił tego gówniarza. Naprawdę darzył go sympatią, choć jeszcze kilka miesięcy temu najchętniej sprałby mu tyłek, żeby czegoś go nauczyć. Choć możliwe, że wciąż chciałby to zrobić… Co zaskakujące, rozumieli się na wielu płaszczyznach. Nie chodziło tylko o sekrety, które ich połączyły, ale o wspólne zainteresowania. Mieli podobny gust oraz zaskakująco podobne poglądy na świat, który ich otaczał. I tylko Kath nie wydawała się tym zdumiona (przynajmniej nie w takim stopniu jak oni obaj), bo doskonale ich znała i czuła, że się zrozumieją.
Miał wyrzuty sumienia. Starał się nie patrzeć na chłopaka w sposób, który sugerowałby, że ten interesuje go bardziej, niż by wypadało. Próbował nawet się od niego odseparować, ale to też okazało się zbyt trudne, bo zwyczajnie lubił spędzać z nim czas. I dlatego za każdym razem, gdy jego narzeczona mówiła mu, że jest fantastyczny, i że bardzo go kocha, robiło mu się niedobrze. Wiedział, że jego zainteresowanie Jacquesem było podszyte sympatią, którą go zaczął darzyć, oraz tym, że chłopak sam go zachęcał – na wakacjach przecież pocałował go i znów pozwolił mu poczuć ten specyficzny pociąg do drugiego mężczyzny. I za to Blake wciąż go nienawidził.
Wiedział, że musi coś zrobić i wydawało mu się, że to, co wymyślił, miało sens. Jeśli skupi się całkowicie na swojej narzeczonej, może zapomni o Jacquesie? Albo ten przestanie na niego patrzeć w TEN sposób? To mogłoby mu pomóc. Dlatego długo rozmawiał z Katherine i postanowił przyspieszyć coś, co wydawało mu się nieuchronne. W końcu do tego dążył od początku ich związku, więc powinien czuć się zadowolony, nawet jeśli entuzjazm kobiety nie do końca mu się udzielił. A teraz mieli tylko powiadomić o swoim postanowieniu jej syna. I mężczyzna czuł, że nie będzie to łatwa rozmowa.

***

Odłożył pędzel, gdy tylko usłyszał krzyk Blake’a. Obrzucił wzrokiem farby, które walały się na podłodze i paletę, którą odłożył na szafkę, a następnie ostatni raz spojrzał na swój obraz, przełykając ślinę. Naprawdę starał się nie myśleć o tym, kto był dla niego inspiracją.
Ściągnął fartuch, który zawsze zakładał do pracy, powiesił go na jednej ze sztalug i wyciągnął z kieszeni telefon, który wyłączał przed każdym wejściem do pracowni. Od razu zauważył wiadomość od Nicka, ale zignorował ją, po raz kolejny czując ukłucie winy. Naprawdę powinien mu powiedzieć, dlaczego tak się zachowuje, ale sama myśl napawała go przerażeniem.
Westchnąwszy, opuścił pomieszczenie i wstąpił jeszcze do łazienki, żeby się wysikać i dokładnie umyć dłonie, na których widniały ślady ciemnych farb, a następnie zszedł do jadalni.
- Jak idą przygotowania do wystawy? – Jego mama uśmiechnęła się do niego z czułością, niosąc dużą miskę z sałatką.
- Dobrze. Kończę właśnie ostatni obraz, choć wciąż nie wiem, czy zdecyduje się umieścić go jako jeden z elementów wystawy.
- Dlaczego?
- Nie jestem pewien, czy pasuje do reszty. – Ponownie poczuł winę gryzącą go od środka i nie było to spowodowane jedynie tym niewielkim kłamstwem. Od czasu powrotu do Chicago ciągle miał wyrzuty sumienia, gdy znajdował się w pobliżu matki, przez co zachowywał się w jej towarzystwie nieco nerwowo. Z pewnością było to coś, na co zwróciła uwagę, ale jak na razie nie poruszała tego tematu, za co był jej wdzięczny. – Co dzisiaj jemy?
- Krewetki.
Uśmiechnął się i, po raz pierwszy od wejścia do pomieszczenia, zerknął na bruneta, który siedział po drugiej stronie stołu i obserwował wszystko w ciszy. Wydawał się dziwnie spięty i był wyjątkowo małomówny, jak na siebie, co zaniepokoiło Jacquesa. W końcu Blake niecieszący się z krewetek, to niemal nie Blake.
Dziwnie się złożyło, że obaj lubili to samo. Gdy szatyn dowiedział się, że mężczyzna szczególnie lubuje się w owocach morza (poza soczystymi stekami, oczywiście), był zdumiony. W końcu kłóciło się to z jego wyobrażeniem nieokrzesanego, gburowatego dupka, który nie potrafił o siebie zadbać, nawet jeśli miał spore predyspozycje, by prezentować się dobrze. Teraz jednak, gdy znał już go trochę, nic go nie dziwiło. Oprócz cichego zachowania bruneta przy stole, co nie zdarzało się… nigdy.
- Stało się coś? – mruknął od niechcenia, gdy jego matka wyszła ponownie do kuchni.
- Nie. – Blake pokręcił głową i uśmiechnął się, choć wypadło to wyjątkowo sztucznie. – Boli mnie tylko głowa. To wszystko.
Jacques pokiwał głową, choć zrobił to bez większego przekonania. Wydawało mu się, że po tym, jak spędził dość długi czas na ukradkowym przyglądaniu się mężczyźnie, był w stanie stwierdzić, kiedy ten kłamał. A teraz z pewnością nie był szczery.
- Jak idą poprawki? Aż tak źle?
- Średnio. Nie jest przyjemnie usuwać fragmenty swojej pracy. Pewnie to rozumiesz.
Znów pokiwał głową, mając wrażenie, że ich rozmowa nie może być jeszcze bardziej drętwa. Zwykle zachowywali się dość luźno w swoim towarzystwie (o ile on nie miał wyjątkowo parszywego nastroju, gdy przyłapywał się na niestosownym zachowaniu), więc takie suche wymienianie się informacjami było dla Jacquesa dziwne i trochę przykre, choć do tego ostatniego nigdy by się nie przyznał.
Zanim zdążył odpowiedzieć cokolwiek, choć nie był do końca pewien, co powinien powiedzieć, jego matka pojawiła się w jadalni, niosąc ze sobą półmisek pełen panierowanych krewetek. Nie jadł od lunchu w szkole, więc teraz jego żołądek zareagował radośnie na ten widok i zapach.
Nałożył sobie trochę krewetek, sałatkę i pieczone ziemniaki, zupełnie nie zwracając uwagi na ciszę, która zapanowała przy stole, choć to też nie było normalne. Dopiero gdy brunet odchrząknął, Jacq oderwał wzrok od swojego talerza, podświadomie wyczuwając, że coś jest nie tak, i spojrzał najpierw na Blake’a, a później na Katherine.
- Co jest?
Trzymał widelec w dłoni, który zamierzał wbić w jedną z krewetek, gdy mężczyzna postanowił oznajmić mu radosną nowinę.
- Ustaliliśmy wstępną datę ślubu.
Widelec z brzdękiem uderzył o talerz.
- S-słucham? – wykrztusił, wytrzeszczając oczy.
Nie był na to przygotowany. Sądził, że dobrze jest im w narzeczeństwie i ani jego matce, ani Blake’owi nie spieszy się ze zmianą tego stanu. Przecież nigdy nie słyszał, żeby o tym rozmawiali!
- Sądziłam, że się ucieszysz. – Katherine nie brzmiała na zawiedzioną, ale chłopak zbyt dobrze ją znał – wiedział, że nie tego po nim oczekiwała i nie była zadowolona. Z pewnością przemknęło jej przez myśl, że Jacques nie chciał jej szczęścia.
- Oczywiście, że się c-cieszę. – Zdobył się na nikły uśmiech, choć jego wzrok co chwila przeskakiwał z twarzy kobiety na twarzy Blake’a. To dlatego był taki cichy i spięty? – Kiedy się odbędzie?
- Na początku lipca. Jeszcze nie wiemy dokładnie, kiedy.
- Zaraz po zakończeniu szkoły…
- Czy to nie najlepszy termin?
- Tak, pewnie tak. – Spojrzał niemrawo na swój talerz. Zjadł tylko część tego, co sobie nałożył, ale nagle stracił apetyty. – Dziękuję.
Niemal od razu wyczuł na sobie zdumione spojrzenie matki.
- Prawie nic nie zjadłeś!
- Nie jestem głodny – mruknął, wstając. – Byłem z Nickiem w Subwayu po zajęciach. Rano zjem, jak coś zostanie.
- Ale mógłbyś z nami jeszcze zostać i…
- Przypomniałem sobie, że do jutra muszę skończyć czytać lekturę – skłamał i uciekł stamtąd, unikając wzroku obojga.
Gdy tylko odstawił talerz do zlewu (przedtem zjadł jednak te dwie krewetki, nie potrafiąc ich wyrzucić), wbiegł na górę do swojego pokoju i opadł na łóżko z mocno bijącym sercem. Już widział, jak w przyszłym roku będzie siedział w pierwszym rzędzie w urzędzie (a jeśli Blake weźmie go na świadka?!) i patrzył, jak ta dwójka bierze oficjalnie ślub. Samo wyobrażenie było tak cholernie bolesne!
Gdyby nigdy nie zauważył, że brunet jest inteligentnym, całkiem zabawnym mężczyzną z ładnym ciałem i uroczym uśmiechem, zapewne byłby zadowolony, że jego rodzicielka znalazła w końcu kogoś, kto ją uszczęśliwia. Ale teraz to za bardzo bolało. Może był egoistą, ale nie chciał patrzeć na ich szczęście, gdy sam reagował na widok Blake’a przyspieszonym biciem serca.
Ale czy nie wyczuwał czasem na sobie spojrzenia mężczyzny? Przecież nie był ślepy i niekiedy odnosił wrażenie, że był równie często obserwowany przez Blake'a, jak Blake przez niego. A może po prostu wmawiał to sobie, żeby wytłumaczyć jakoś swoje zachowanie i przestać odczuwać wyrzuty sumienia?
- Kurwa! – zaklął, uderzając pięścią w materac. Zaraz po tym zamrugał, z zaskoczeniem stwierdzając, że czuje wilgoć w kącikach oczu. Czy naprawdę było aż tak źle?
Sięgnął dłonią po telefon, który leżał na szafce nocnej, i wcisnął szybkie wybieranie.
- Nick? Mógłbym do ciebie przyjechać? Chciałbym… pogadać.