środa, 14 czerwca 2017

Pęknięcia - Rozdział 15

Późno, ale udało mi się wyrobić przed północą. Pisanie idzie mi bardzo opornie, choć plany miałam zupełnie inne, ale staram się przeć do przodu.
Dziękuję wszystkim za komentarze. Każdy wiele dla mnie znaczy :D
Pozdrawiam!
__________________________________________________________________

- Trzymaj się, Gary. Miło było cię poznać.
- Ciebie też, Blake. Oczywiście możesz czuć się do nas zaproszony. Mam nadzieję, że odwiedzisz nas ze swoją narzeczoną.
- Postaram się. Jestem pewien, że będzie zachwycona zaproszeniem. – Uścisnął dłoń ojcu Nate’a – krótko, mocno i „po męsku” – a następnie przeniósł wzrok na jego syna. Naprawdę cieszył się, że poznał tego chłopaka i bardzo żałował, że ten musi już wyjechać. W szczególności, że on i Jacq mieli tu zostać jeszcze przez cztery dni, a ich relacja jeszcze nigdy nie wydawała się tak dziwna i skomplikowana…
Obaj przyszli pożegnać rodzinę blondyna, choć Jacques zdecydowanie mniej wylewnie. Trzymał się na uboczu i wyraźnie unikał patrzenia na Nate’a, co tylko potęgowało ciekawość  Blake’a. Od rana nie mógł przestać myśleć o rozmowie tej dwójki i późniejszym zachowaniu szatyna. Co się wydarzyło między nimi? I co, do cholery, dzieje się z Jacquesem?
- Będziemy w kontakcie – mruknął, obejmując krótko chłopaka i klepiąc go po plecach.
- Jasne. – Nate gorliwie pokiwał głową, uśmiechając się szeroko, choć wydawało się to nieco wymuszone. – Teraz kilometry nic nie znaczą.
Mężczyzna kiwnął głową, również wymuszając uśmiech. Pożegnania zawsze były dla niego trudne.
Kucnął jeszcze przy Anastasii i potrząsnął jej drobną dłonią.
- Uważaj na siebie, młoda damo.
Nigdy nie czuł potrzeby prokreacji i nie chciał mieć własnego dziecka, ale lubił je i one zdawały się lubić jego. Ojcostwo przerażało go jednak na tyle, że cieszył się, iż spotkał odpowiednią dla siebie kobietę dopiero teraz, gdy ta miała już syna i nie naciskała na dziecko (Blake przypuszczał, że głównie przez wzgląd na swój wiek). Czasem odnosił wrażenie, że przerażało go zbyt wiele rzeczy, które dla ludzi w jego wieku były normą.
Gdy cała rodzina Cahillów zapakowała wszystkie swoje rzeczy i wsiadła do auta, ogarnął go dziwny smutek. Stał jeszcze chwilę, patrząc, jak wyjeżdżają i czując gdzieś za sobą obecność Jacquesa, który był cichy, zdystansowany i zachowywał się podejrzanie. Napięcie pomiędzy nimi było bardziej niż wyczuwalne i mężczyzna naprawdę nie wiedział, czym było spowodowane. Albo wiedział i próbował udawać, że jest inaczej.
- Co się dzieje? – zapytał, gdy bez słowa przeszli na wynajęte przez siebie podwórko i skierowali się do domku.
- Nic.
- Nie jestem idiotą, Jacq. Od powrotu z plaży zachowujesz się dziwnie i naprawdę nie mam już siły na twoje fochy.
- Nie jesteś? – Chłopak uniósł brew, a jego ton wyraźnie wskazywał na to, że powątpiewa w jego słowa.
- Jeśli myślisz, że mnie sprowokujesz, to jesteś w błędzie. – Westchnął, otwierając drzwi i czekając, aż szatyn wejdzie pierwszy. – Chodzi o ciebie i Nate’a?
Jacques stał już przy drzwiach od swojej sypialni, najwyraźniej mając w planach po raz kolejny zaszycie się w jej wnętrzu, ale po ostatnim pytaniu odwrócił się i parsknął.
- O mnie i Nate’a? Żartujesz sobie?
Blake wzruszył ramionami. Naprawdę starał się zrozumieć.
- Zresztą… - Nastolatek założył ramiona na piersi, przyjmując postawę defensywną, choć mężczyźnie wydawało się, że nie zrobił nic, co mogłoby wywołać taką reakcję. – Nawet gdybym mu obciągnął, to nie byłaby twoja sprawa.
Skrzywił się i było to dla niego naturalną reakcją na, jego zdaniem, szczeniackie zaczepki chłopaka, które bardzo często były związane z gejowskim seksem. Ostatnio niewiele ich słyszał i czuł się tak, jakby już się odzwyczaił. Poza tym nie chciał nawet wyobrażać sobie Jacquesa i Nate’a razem, bo wydawało mu się to nieodpowiednie i dziwnie drażniące.
- Wczoraj powiedziałem ci dużo o sobie i swoim życiu – mruknął, brzmiąc na zawiedzionego. – Naprawdę nie wiem, co się stało w przeciągu tych dwudziestu czterech godzin, ale jeśli coś cię trapi, to możesz mi powiedzieć.
- Teraz nagle chcesz odgrywać tatusia? – Jacques prychnął, choć nie wyglądał już na tak pewnego swoich słów, jak jeszcze przed chwilą. – Serio?
- Nie chcę. – Odepchnął się od drzwi i zbliżył do niego. – Ale staram się jakoś z tobą porozumieć i przez pewien czas nam się udawało. Co się zmieniło?
Szatyn zagryzł wargę i spuścił wzrok na swoje stopy. Zwykle nie okazywał słabości w trakcie ich utarczek słownych, ale teraz nawet nie wiedział, czy może nazwać tę wymianę zdań „utarczką”. Chciał powiedzieć, że wszystko się zmieniło i że powinien to dostrzec, skoro nawet Nate zauważył, że coś się dzieje, ale nie mógł. Przecież tak naprawdę jedyne, co uległo zmianie, to jego postrzeganie Blake’a, a to wywołało emocje i reakcje, których nie rozumiał. Nie mógł tego jednak powiedzieć, a już na pewno nie jemu.
- Nie wiem. – Westchnął, ostatecznie wzruszając ramionami. – Ostatnio… Po prostu mam pewien problem, ale nie chcę o tym rozmawiać.
Wiedział, że jego wcześniejsze zachowanie nie było fair w stosunku do mężczyzny. W końcu to nie była jego wina, że Jacquesowi zaczynało odbijać, a brunet naprawdę się starał i nastolatek doceniał to. Choć oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał.
- Mogę ci jakoś pomóc?
- Nie. – Znów pomyślał o tym nieszczęsnym pocałunku, który zdarzył się w kuchni. – Nie wiem. Potrzebuję samotności. Po prostu… potrzebuję tego. Daj mi trochę czasu.
Blake zmarszczył brwi, niezadowolony, ale kiwnął głową i pozwolił chłopakowi zamknąć się w swoim pokoju. Sam stał jeszcze chwilę na korytarzu, myśląc o tym, co powiedział mu Jacques. Nie wiedział, czy jego podejrzenia były słuszne, a po tej krótkiej rozmowie miał jeszcze większe wątpliwości co do swoich przypuszczeń. Całkiem możliwe, że dzieciak miał problem z jakimś chłopakiem, a nie… z nim. Może trochę przesadzał i po prostu powinien odpuścić?

***

 Minęło kilka godzin, zanim Jacques zdecydował się opuścić swoją sypialnię. Długo myślał nad całą sytuacją i uznał, że nie powinien zachowywać się w tak szczeniacki i chamski sposób względem mężczyzny. Wiedział, że byłoby łatwiej, gdyby wciąż pałali do siebie niechęcią, ale teraz nie dało się już wrócić do tego, co było przed wyjazdem. Nie dało się wymazać tego, jak ze wzajemnej niechęci przeszli do niechętnej tolerancji, a następnie sympatii, która była jeszcze wątła, ale obiecująca.
Wyszedł więc, mając nadzieję, że uda mu się znów zachowywać całkiem swobodnie w obecności Blake’a i zniknie gdzieś to dziwne napięcie, które wyczuwał za każdym razem, gdy znajdował się w jego pobliżu.
- Co powiesz na obiad w miasteczku? – zapytał, wchodząc do dużego pokoju i nic nie robiąc sobie z zaskoczonej miny mężczyzny. Z pewnością nie spodziewał się, że chłopak jeszcze dziś będzie chciał z nim rozmawiać.
- Jasne. – Po pierwszym szoku, kiwnął głową i nawet uśmiechnął się, jakby zachęcająco. Miał nadzieję, że będą mogli wrócić do ich cichego porozumienia, bo… naprawdę dobrze rozmawiało mu się z Jacquesem.
- Tylko nie do tej knajpy, w której byliśmy pierwszego dnia. – Przeszedł do kuchni, żeby wziąć szklankę napoju gazowanego. – To dziura ze średnim żarciem i beznadziejną obsługą.
Mężczyzna parsknął, bo Jacq czasem zachowywał się tak pretensjonalnie, że aż dziw, iż jego matka była tak normalna. Najwyraźniej ujawniały się geny po tatusiu.
- Jeszcze jakieś życzenia?
Nastolatek uśmiechnął się kątem ust, udając zamyślenie. Naprawdę starał się udawać, że wszystko jest w porządku, a jego ostatnie wybuchy niekontrolowanych emocji i dziwne zachowanie w ogóle się nie wydarzyło. Na razie szło mu całkiem nieźle.
- Tak – mruknął w końcu, ostentacyjnie lustrując go wzrokiem, choć na sam widok jego delikatnego, przyjaznego uśmiechu coś ścisnęło go za gardło. – Przebierz się.
- Mam się przebrać? – Powtórzył, gapiąc się na niego z lekkim niedowierzaniem. – Serio?
- Widziałeś się w lustrze? – Uniósł wysoko podbródek, próbując sobie wmówić, że mężczyzna nie robi na nim żadnego wrażenia, w szczególności mając na sobie tę rozciągniętą, spraną koszulkę. – Znów wyglądasz, jakby nie stać cię było na ubrania.
- Co jest złego w moim ubraniu?
- Naprawdę muszę na to odpowiadać? – Odstawił szklankę na stół. – Po prostu załóż coś, co nie będzie wyglądało jak wyjęte z kosza. Na grillu byłeś nawet w porządku ubrany, więc mógłbyś założyć te rzeczy…
- Pamiętasz, co miałem na sobie na grillu? – Blake parsknął, trochę niedowierzająco. – Naprawdę jesteś stereotypowy.
- Nie jestem stereotypowy – burknął, naburmuszony – Po prostu mam dobrą pamięć. I lubię dobrze wyglądać. Też mógłbyś w końcu spróbować.
Mężczyzna klepnął się w uda i wstał, wciąż uśmiechając się z rozbawieniem. Choć Jacques zdążył już go obrazić, to cieszył się, że to dziwne napięcie pomiędzy nimi zniknęło choć na chwilę i znów mógł dobrze poczuć się w towarzystwie tego dzieciaka. Naprawdę zyskiwał po bliższym poznaniu.
- Jesteś gorszy od Kath – stwierdził, z ociąganiem wychodząc z pomieszczenia.
- Oczywiście – mruknął, uśmiechając się kątem ust. – I nie zapomnij się ogolić!
Gdy brunet zniknął w swojej sypialni, Jacques zgarbił się, sącząc coca-colę. Wciąż musiał się kontrolować, żeby nie palnąć czegoś głupiego, albo nie zapatrzyć się na niego, co ostatnio robił dość często. Chciałby zrozumieć, co się z nim działo i chciałby móc komuś o tym powiedzieć, ale rozmowa z Nickiem nie wydawała się dobrym pomysłem, a nie miał nikogo innego. Odcięcie się od Blake’a też nie skończyło się dobrze, więc musiał po prostu jakoś przetrwać te kilka dni, które im zostały, a później… później wrócą do Chicago, pozna jakiegoś przystojniaka i wszystko wróci do normy. Przynajmniej miał taką nadzieję.

***

 Zaparkowali na jednym z większych parkingów i rozpoczęli swój spacer po miasteczku, w którym Jacques był już kilka razy, gdy był mały. Wtedy chodził po tych uliczkach, które pomimo zmian wciąż były znajome, z mamą i tatą, a teraz miał obok siebie faceta Katherine, który ciągle mówił, śmiejąc się głupkowato, a on nawet nie potrafił mu powiedzieć, że wygląda przy tym, jak idiota. Rozmawiali o wszystkim – szkole, pracy, przyszłości, choć ani razu nie poruszyli tematu matki chłopaka. Wszystko wydawało się takie, jakby poprzedni wieczór w ogóle się nie wydarzył, a nawet lepsze. Z łatwością przeszli od dziwnej niepewności, która pojawiła się pomiędzy nimi przez niezrozumiałe (przynajmniej dla Blake’a) zachowanie szatyna, do naturalnej, delikatnej sympatii. Gdyby poświęcili choć chwilę na zastanowienie się nad tym, z pewnością obaj byliby zdezorientowani.
Znaleźli w końcu niewielką knajpkę, która kusiła ładnymi zapachami i z zewnątrz nie wyglądała, jakby była śmierdzącą speluną (co było oczywiście typowym określeniem dla Jacquesa, bo mężczyzna nigdy nie zwróciłby na to uwagi). Stolików było stosunkowo niewiele, ale i tak stały blisko siebie, co dawało minimum prywatności, bo lokal był maleńki, ale mimo to postanowili tam zostać.
Restauracja była utrzymana w jasnych, ciepłych barwach. Na ścianach dominowała czerwień i biel, a na stolikach widniały żółte obrusy. Kolorowe kwiaty w wąskich flakonach tylko dopełniały ogólne wrażenie ciepła i komfortu.
- Ładnie tu. – Blake kiwnął z uznaniem, z zainteresowaniem rozglądając się po wnętrzu. Na ścianach zostały zawieszone liczne fotografie przyrody i ludzi, być może właścicieli.
- Może być. Choć niezbyt wpasowuje się w klimat miasteczka.
Mężczyzna wywrócił oczami, otwierając kartę dań. Nie spodziewał się innej reakcji.
- Byłeś tu kiedyś?
- Nie. Nie przypominam sobie. Wybrałeś już coś?
- Myślę o dziczyźnie, a ty?
- Chyba wezmę cielęcinę z ryżem i czerwoną fasolą. Mam tylko nadzieję, że tego nie spieprzą. A poza tym… słyszałeś o tzw. ‘ostrygach gór skalistych’?
Brunet zmarszczył brwi, po chwili wzruszając ramionami.
- Powinienem?
- Nigdy nie byłeś w Kolorado, prawda? – Prychnął. – Nie odpowiadaj. To regionalny przysmak. Koniecznie musisz spróbować!
- Nawet nie lubię ostryg…
- Uwierz, to jedna z niewielu rzeczy stąd, które są po prostu znakomite. – Uśmiechnął się szeroko. – Możemy zamówić jedną porcję dla nas obu na przystawkę.
Blake spojrzał podejrzliwie na ten jego radosny uśmiech, ale w końcu westchnął i kiwnął głową. W końcu był już tutaj niemal dwa tygodnie i czuł, że wypadało chociaż spróbować czegoś, co jadali mieszkańcy. Nawet jeśli ostrygi jakoś nieszczególnie pasowały mu do tego kowbojskiego klimatu.
Chwilę później przy ich stoliku pojawił się kelner. Obaj złożyli zamówienie, a następnie zapadła nieco krępująca cisza, która była aż zaskakująca, bo przecież przez cały wspólny spacer nie było chwili, w której nie mieliby o czym rozmawiać.
Mężczyzna rozglądał się po sali, ale w środku nie było zbyt wielu gości. W końcu jego wzrok wylądował na chłopaku, który również na niego spojrzał i wtedy z lekkim zaskoczeniem uświadomił sobie, że Jacq ma naprawdę ładne oczy. Były bardzo jasne, nieco wodniste, ale nie był to nieprzyjemny odcień błękitu. Wręcz przeciwnie, brunet rzadko spotykał taką barwę. Poza tym na tęczówce lewego oka znajdowała się całkiem spora, brązowa plamka, jakby geny nastolatka nie mogły zdecydować się, czy powinien mieć niebieskie oczy, czy może jednak brązowe. Było to naprawdę fascynujące i nie mógł uwierzyć, że wcześniej nie zwrócił na to uwagi.
Gdy uświadomił sobie, że tym razem to on dostał swego rodzaju zawieszenia i wgapiał się bezmyślnie w szatyna, poruszył się nerwowo, a jego kolano trąciło nogę Jacquesa. Mała przestrzeń wymagała małych stolików, więc nie było zbyt wiele miejsca na jakąkolwiek przestrzeń osobistą, także taki przypadkowy dotyk nie powinien być dla niego niespodziewany, a jednak poczuł się zmieszany, jakby zrobił coś bardzo nieodpowiedniego.
- Cóż…
Powrót kelnera był zaskakujący, ale przerwał tę ciszę, która zapadła z zupełnie niezrozumiałego dla niego powodu i trwała znacznie za długo. Na stoliku pojawił się talerz pełen czegoś, co przypominało nuggetsy z kurczaka, wraz z sosem barbecue.
- Nie do końca tego się spodziewałem, gdy wspomniałeś o ostrygach… - mruknął, pozytywnie zaskoczony. Wyglądało to całkiem obiecująco.
- Mówiłem. – Jacques wzruszył ramionami, brzmiąc na zadowolonego. – Po prostu spróbuj.
Kiwnął głową i posłuchawszy chłopaka, sięgnął dłonią, żeby wziąć jeden kawałek, ale nie wiedzieć czemu, w tej samej chwili szatyn zrobił to samo i palce ich dłoni musnęły się nad ostrygami. Trwało to zaledwie sekundę, ale obaj zamarli, wyglądając na niezwykle poruszonych. W końcu Blake odchrząknął, wziął kawałek, umoczył go w sosie i bez słowa ugryzł.
- Wow, naprawdę niezłe. – Uniósł brew, przeżuwszy. – Zupełnie nie smakuje jak ostryga.
Jacques, odchrząknąwszy, uniósł wzrok i spojrzał na Blake’a, choć spojrzenie to było nieco zamglone, jakby nieobecne. Serce zabiło mu mocniej, gdy mężczyzna dotknął go przez przypadek i potrzebował chwili, żeby się uspokoić.
- Bo to nie są ostrygi – oznajmił, starając się brzmieć całkiem lekko i niewinnie, choć wciąż był poruszony.
- Jak to? Mówiłeś, że…
- Tak, mówi się na to „ostrygi gór skalistych”, ale to tak naprawdę nie są ostrygi. – Przerwał mu, a na jego ustach w końcu zaigrał uśmiech.
- W takim razie co to jest? Nie smakuje jak kurczak, ale wygląda całkiem podobnie…
- Cóż… - Sam wziął kawałek, zamoczył go w sosie i ugryzł z wyraźną przyjemnością. – To bycze jądra.

***

- Zadzwonię dziś do Lily.
- Tak? – Jacques spojrzał z zaskoczeniem na mężczyznę, wyrwany z własnych myśli. – Jeszcze z nią nie rozmawiałeś, prawda?
Wracali powoli na parking, na którym zostawili samochód. Było już ciemno, bo trochę zasiedzieli się w restauracji, a drogę rozświetlały im liczne, uliczne lampy. Nie było jednak cicho, bo życie w tym miejscu tętniło do późna, głównie przez sporą ilość turystów.
- Jakoś nie miałem okazji. – Blake wzruszył ramionami, zapatrując się na drogę przed sobą.
- Rozumiem. – Pokiwał głowa. Domyślał się, że dla bruneta ta rozmowa może być bardzo ciężka. Nawet teraz było wyraźnie widać, jak bardzo zmienił się jego stosunek do narzeczonego matki. – Ale musicie porozmawiać. W końcu to twoja siostra i… jest po twojej stronie.
- No proszę. – Mężczyzna prychnął, choć chłopak dostrzegł na jego twarzy rozbawienie. – Kto by pomyślał, że Jacques Bright będzie udzielał mi życiowych rad.
- Moje porady są wiele warte. Powinieneś to docenić.
- Tak jak mam docenić to, że poleciłeś mi zjedzenie byczych jąder? – Blake spojrzał sceptycznie na nastolatka, który w jednej chwili dosłownie zatrząsł się ze śmiechu.
- T-twoja mina… - wydusił Jacq, bo samo wspomnienie reakcji bruneta na jego słowa było tak zabawne, że nie potrafił powstrzymać śmiechu. – A później j-jak zacząłeś się dusić… To było bezcenne!
- Naprawdę cieszę się, że cię rozbawiłem, Jacq – stwierdził cierpkim tonem, choć nie wyglądał przy tym na złego. Nawet ta okropna przystawka nie mogła wpłynąć na to, że po prostu dobrze się czuł w towarzystwie tego gówniarza. – W szczególności, gdy faktycznie zacząłem się dusić…
- Oj, nic ci się nie stało. – Nastolatek machnął dłonią, zupełnie niezrażony. – Po prostu jeszcze nigdy nie widziałem, żeby na czyjejś twarzy tak szybko zmieniały się kolory. – Szturchnął go łokciem w bok, przez chwilę zupełnie zapominając, że powinien trzymać dystans. – Najpierw zbladłeś, później pozieleniałeś, jakbyś chciał zwymiotować na ten żółty obrus, a następnie poczerwieniałeś z wysiłku. Żałuję, że cię nie nagrałem!
- Nie przeginaj – burknął w końcu, bo mimo wszystko zaczynało być to irytujące. – Niedobrze mi się zrobiło dopiero wtedy, gdy zacząłeś się zajadać tym… czymś.
- To jest naprawdę dobre. – Wywrócił oczami. – Zresztą tobie też smakowało, dopóki nie zacząłeś dramatyzować…
- Dramatyzować? – Mężczyzna uniósł brwi. – To są jądra byka, do cholery! Nie rozumiem, jak możesz to jeść… Nie dość masz ludzkich?
Blake dopiero po chwili uświadomił sobie, że palnął głupstwo, bo Jacques zatrzymał się i zagapił na niego z rozchylonymi ustami. Po chwili pokręcił głową, wyraźnie nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
- Nie wierzę, że to powiedziałeś… - wydusił, nie mając pojęcia, jak na to zareagować. Powinien się zezłościć? A może obrócić wszystko w żart? – Ty naprawdę jesteś idiotą. – Na jego wargach zaigrał uśmieszek, gdy klepnął bruneta w ramię i ruszył dalej. – Ale spokojnie, już się przyzwyczaiłem.

***

- Hej Lily.
- O, cześć braciszku. Co tam?
Blake zaciągnął się dymem papierosowym, wpatrując się w gwieździste niebo. Jacques już się położył, a on obiecał sobie, że w końcu sięgnie po komórkę i wybierze numer swojej siostry. Nie mógł jednak przestać się denerwować i dlatego palił kolejnego papierosa. Zaczynał odnosić wrażenie, że na tym wyjeździe palił więcej niż miał w zwyczaju.
- Chciałem… pogadać.
- Coś się stało? – Głos dziewczyny od razu stał się bardziej zaniepokojony.
- Nie. To znaczy… Rozmawiałem z Jacquesem.
- Dogadaliście się? Wspólny wypad jednak okazał się dobrym pomysłem? Tak w ogóle sam powinieneś mi o tym powiedzieć, a nie dowiaduje się…
- Lily. – Przerwał jej, wzdychając ze znużeniem. – Daj mi skończyć.
- W porządku. Rozmawiałeś z Jacquesem i co?
- Powiedział mi. Przyznał, że wiedziałaś o mnie.
Cisza, która zapadła, była przytłaczająca. Mężczyzna odpalił kolejnego papierosa, zaciągając się mocno. Dłonie nieco mu się przy tym trzęsły i gdyby szatyn mógł go teraz zobaczyć, z pewnością nawet jemu zrobiłoby się go żal.
- Powiesz coś? – Zapytał w końcu, nie mogąc już znieść tego braku reakcji z jej strony.
- Przepraszam. Nigdy nie powinnam była mu powiedzieć. Wybacz.
- To już nieważne – mruknął, choć doskonale wiedział, że to nieprawda. Wiedza o jego orientacji coś zmieniła, choć ani on, ani Jacq nie wiedzieli jeszcze, co dokładnie. – Wierzę, że nikomu nie powie. Ale ty… Skąd wiedziałaś?
- Blake, nie jestem ślepa. Znam cię. Poza tym sam powinieneś mi powiedzieć.
- To nie jest dla mnie łatwe.
- Wiem. Ale kocham cię, wiesz? I kochałabym cię dalej, nawet jeśli byłbyś z facetem.
Zacisnął powieki, czując się źle na samą myśl o tym. Nie mógłby być. Nie on.
- Czasem zapominam, że pomiędzy nami jest tak duża różnica wieku. Jesteś strasznie dojrzała, wiesz?
- Ktoś musi ogarniać tę rodzinę, nie? – Prychnęła, choć mężczyzna i tak usłyszał gorycz w jej głosie. Wiedział, że ona czuje to, co on czuł, gdy mieszkał z rodzicami.
- Dziękuję, Lily. – Świadomość tego, że jest akceptowany przez najbliższą dla siebie osobę, sprawiła, że mógł odetchnąć głębiej. Pomimo słów Jacquesa i tego, jak mówił o reakcji Lily, wciąż był tym wszystkim przerażony. Teraz pozbył się ciężaru, którego nawet nie do końca był świadomy. – Za wszystko.

środa, 31 maja 2017

Pęknięcia - Rozdział 14

Wiecie już, że jestem bardzo nierozgarniętą osobą, więc myślę, że nikogo nie zaskoczyło, że koniec maja to faktycznie dla mnie koniec maja, bo zostały jeszcze tylko dwie godziny tego miesiąca xD 
Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa. Też mam nadzieję, że ta matura jakoś mi poszła i dostanę się na studia :P
Cieszę się, że czekaliście na dalszą część historii, która okazała się dla mnie bardzo trudna, i mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba. 
Pozdrawiam! 
________________________________________________________________

Po powrocie do domku Jacques od razu zaszył się w swoim pokoju, wyraźnie unikając Blake'a. Starał się zachowywać jak zwykle i kpić sobie ze wszystkiego, a do Nate’a wciąż zwracał się zirytowanym tonem, ale Blake widział, jak jasne oczy chłopaka uciekają w bok za każdym razem, gdy natrafiały na jego sylwetkę. To było zachowanie zupełnie nietypowe dla szatyna i nic dziwnego, że zastanowiło mężczyznę.
Zaoferowanie posmarowania pleców kremem z filtrem było zupełnie spontaniczne, ale nie żałował, że to zrobił. Czuł się nieco dziwnie, dotykając nagiej skóry chłopaka, zwłaszcza po tym, co ostatnio wydarzyło się w kuchni, ale dzięki temu mógł obserwować, jak ten reaguje na jego dotyk. Nate na grillu zwrócił mu uwagę na dziwne zachowanie syna Katherine i gdy Blake czuł, jak Jacques spina się pod jego dłońmi, był tym zaskoczony.
To mogło nie być nic nadzwyczajnego, a on mógł jedynie nadawać zachowaniu nastolatka zbyt dużą wagę. W końcu jego speszenie mogło wynikać z ciągłego wstydu wywołanego pamiętnym wydarzeniem albo braku chęci jakiegokolwiek kontaktu z nim, co również wiązało się z tym nieszczęsnym pocałunkiem. I gdyby tak było, naprawdę wszystko byłoby w porządku.
Ale to nie było takie proste. Obaj wiedzieli, że ten pocałunek nie był spowodowany alkoholem i choć mógł to być jedynie jakiś odruch, to Blake zbyt często czuł na sobie wzrok Jacquesa, czasem wręcz krępujący, gdy ten się zawieszał, wgapiając się w niego bezwstydnie.
Te dziwne reakcje, zawieszenia i speszenie zastanawiały go, ale też przerażały. Nie chciał za bardzo o tym myśleć, ale gdzieś już pojawiła się ta okropna, nieco frywolna myśl, która sugerowała, że szatyn może być nim nieco zainteresowany. Oczywiście przez te kilka miesięcy, od kiedy się poznali, Jacques nie okazywał względem niego niczego poza pogardą i mężczyzna nigdy wcześniej nie pomyślałby o czymś takim, ale po tym pocałunku…
Miał wrażenie, że ich relacja zmieniła się zbyt szybko. Od początku dogryzali sobie i kłócili się, czego nie uniknęli nawet w tym miejscu, ale teraz ich słowne potyczki przypominały bardziej przyjacielskie przekomarzania. I gdyby wszystko opierało się na relacji przyszły pasierb – przyszły ojczym, wszystko byłoby w porządku. Ale Blake wyczuwał coś niezdrowego pomiędzy nimi i to go rozstrajało.
Po powrocie do domku zamknął się w swoim pokoju, idąc zresztą za przykładem chłopaka, i wyciągnął telefon. Czuł, że musi porozmawiać ze swoją narzeczoną, żeby wyciszyć nieco niespokojne myśli i usłyszeć, jak ta mówi mu, że go kocha. Słuchanie tego zawsze było bardzo przyjemne i choć on sam nie był do końca pewien swoich uczuć,  powtarzał je z wielką żarliwością. W końcu miał duże plany względem Kath i chciał, żeby czuła się kochana.
- Cześć, kochanie.
- Blake! Co u was? Jak się czuje Jacques?
- Już z nim w porządku. Dziś nawet byliśmy nad jeziorem i nie wydaje mi się, żeby znów go przypiekło.
- Czyli dobrze się bawicie? Stęskniłam się już za wami!
- My za tobą też, skarbie. A ty co porabiasz, jak nas nie ma? Ostatnio mówiłaś o jakiejś imprezie urodzinowej, prawda…? – Blake miał od niedawna problem ze skoncentrowaniem się na tym, co mówiła jego narzeczona w trakcie ich codziennych rozmów, bo miał za dużo zmartwień związanych z Jacquesem i jego podejrzanym zachowaniem. Miał tylko nadzieję, że niczego nie pomylił, bo nie chciał, by Kath poczuła się urażona tym, że jej nie słucha.
- Tak, Helen obchodziła swoje pięćdziesiąte urodziny i bardzo żałowała, że akurat cię nie ma. – Westchnęła z żalem jakby na potwierdzenie swoich słów. – W sumie to ja też żałowałam, bo wynudziłam się tam bez ciebie.
- Naprawdę? – Uniósł brew, jakby mogła go zobaczyć. – Czyli rozumiem, że pod moją nieobecność nie pojawiła się żadna konkurencja?
- Blake… - Słyszał jej rozbawiony głos, ale wyczuwał w tym coś więcej, jakąś nutkę czułości, która zawsze sprawiała, że uśmiechał się szeroko. Uważał się za prawdziwego szczęściarza, skoro udało mu się zdobyć taką kobietę i obiecał sobie, że po powrocie do Chicago, poświęci jej więcej czasu. – Wiesz, że cię kocham.
- Ja ciebie też, Kath.

***

Jacques musiał przyznać przed samym sobą, że był rozstrojony po powrocie znad jeziora i dlatego zamknął się w pokoju. To był dziewiąty dzień ich „męskich wakacji”, a on nie potrafił zrozumieć, co się zmieniło. Jego sny zaczęły robić się niepokojące, przestał ufać swoim własnym reakcjom, a na dodatek jego natchnienie powróciło tylko po to, żeby móc stworzyć portret narzeczonego matki, choć szatyn nawet nie uważał się za dobrego portrecistę.
Gdy Blake zaczął smarować go kremem na plaży (nadal nie wiedział, dlaczego ten to zaproponował), był napięty jak struna, a jego policzki płonęły i nie było to wcale spowodowane dużą temperaturą. Czuł na sobie duże, nieco szorstkie dłonie i gdyby należały do kogoś innego, z pewnością przyznałby od razu, że było to przyjemne uczucie. Ale nie należały, a on nie rozumiał reakcji własnego ciała. Był nastolatkiem, mógł mieć pewne problemy związane z okresem dojrzewania, ale takie rozstrojenie nigdy mu się nie zdarzyło. Aż do teraz.
Miał wrażenie, że jeszcze trochę i oszaleje w tym pokoju. Nie mógł znaleźć sobie zajęcia (na pewno nie zamierzał zabierać się teraz za rysowanie), a bezczynne leżenie sprawiało, że jego myśli zaczynały płynąć w niepokojącym kierunku.
W końcu sięgnął po telefon i wybrał numer przyjaciela.
- Hej, Nick.
- Czy właśnie dzwoni mój najlepszy kumpel, który całkowicie o mnie zapomniał? Czuję się zaszczycony.
- Daj spokój, dupku. Dzwoniłem.
Jacques usłyszał po drugiej stronie oburzone prychnięcie.
- Mógłbyś mieć na tyle godności, by chociaż nie kłamać. – Chwila przerwy. – Choć z drugiej strony ta godność mogła zostać w łazience jakiegoś gejowskiego klubu…
Szatyn parsknął śmiechem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Nie wierzę, że to powiedziałeś – burknął i gdyby widział go teraz, z pewnością pokazałby mu język. – Jesteś takim idiotą, że naprawdę nie wiem, dlaczego wciąż się z tobą zadaje.
- Kochasz mnie. – To była prosta odpowiedź i obaj wiedzieli, że była prawdziwa. – A teraz powiedz tatusiowi Nickowi, jak to jest być z tym przystojniakiem sam na sam.
Jacques uśmiechnął się blado, sunąc dłonią po pościeli i kreśląc tylko sobie znane wzory. Nie zamierzał mówić przyjacielowi o tym, co się wydarzyło, bo nie chciał słuchać żadnych insynuacji związanych z Blakem.
- Czy nie sądzisz, że powinieneś raz jeszcze rozważyć biseksualizm? – zapytał, starając się brzmieć luźno, ale nie do końca mu się udało. – Coś zbyt często wypowiadasz się na temat wyglądu faceta mojej matki…
- Powinieneś się cieszyć, że nie mówię tak o twojej matce.
- Mówiłeś.
- Racja. – Głośny wdech. – Jesteś pewien, że wszystko w porządku?
- Jasne – zawahał się. – Znaczy… Jeśli wrócę stąd żywy, to będzie dobrze. Zdążyłem już się potłuc i poparzyć, a Blake częściej zaglądał do apteki niż monopolowego. 
- Widzę, że bawisz się lepiej, niż przypuszczałem.
Nastolatek pomyślał o pocałunku i dzisiejszym wypadzie nad jezioro.
- Nie jest tak źle – przyznał, choć w dużym stopniu mijało się to z prawdą. – A teraz opowiadaj, co tam u ciebie? Poderwałeś w końcu jakąś laskę?

***

Robił wszystko, żeby nie spotkać Blake’a. Miał wrażenie, że jeśli spojrzy na niego, to albo zrobi się czerwony jak burak, albo zrobi lub powie coś głupiego, co będzie niosło za sobą konsekwencje dla nich obu. Dlatego przemknął niepostrzeżenie do kuchni, wpierw jednak sprawdzając, czy drzwi od pokoju mężczyzny są zamknięte.
 Po powrocie znad jeziora nie jadł nic i miał wrażenie, że dłużej nie wytrzyma bez jakiejś kanapki. Zrobił więc sobie szybką kolację i właśnie przechodził przez salon i korytarz z talerzykiem w jednej ręce i kubkiem w drugiej, gdy drzwi wejściowe otworzyły się i do chatki wszedł Blake. Obaj zamarli, patrząc na siebie przez chwilę w milczeniu. Jacques wyczuwał smród dymu papierosowego, więc domyślał się, że mężczyzna wyszedł zapalić. I musiał wrócić akurat teraz, gdy on chciał niezauważony przemknąć do pokoju…
W końcu postanowił coś zrobić, bo przecież nie mogli stać tak w nieskończoność. Uniósł wysoko podbródek i, jak gdyby nigdy nic, zrobił krok w stronę drzwi do swojej sypialni.
- Nie zjesz ze mną w salonie?
Zacisnął na chwilę wargi, nim obrócił się, patrząc na niego z wymuszoną niechęcią.
- Nie.
Mężczyzna uniósł brwi, zakładając ramiona na piersi i opierając się plecami o drzwi.
- A to dlaczego?
- Mam coś do zrobienia.
- I na pewno będziesz to robił, jedząc?
Drwiący uśmieszek, który pojawił się na twarzy bruneta, był dla nastolatka jak płachta na byka.
- Nie twój interes! – warknął, omal przy tym nie rozlewając gorącej herbaty.
- Jasne. – Blake wzruszył ramionami, ale jego oczy wciąż wpatrywały się w nastolatka z wyjątkową uwagą. – Dalej uciekaj.
- Odpieprz się! – burknął, czując, jak serce szybko wali mu w piersi. Podszedł do drzwi, nacisnął klamkę łokciem, a następnie wszedł do pokoju i zatrzasnął drzwi nogą. Był roztrzęsiony.

***

- Cieszę się, że postanowiłeś jeszcze dzisiaj ze mną pobiegać.
- Wyjeżdżamy dopiero za kilka godzin, więc… - Nate wzruszył ramionami, a następnie otarł mokrą od potu twarz koszulką. – Poza tym chciałem ci jeszcze powiedzieć, jak bardzo cieszę się, że cię poznałem.
Blake uśmiechnął się ze skrępowaniem, siadając na werandzie. Poklepał miejsce obok siebie, a następnie sięgnął po butelkę z wodą i wypił niemal połowę. Otarł twarz dłonią, zupełnie nie przejmując się tym, że nie wypada tak robić w czyjejś obecności. Zresztą blondyn wcale nie wyglądał, jakby mu to przeszkadzało. Nie był w końcu Jacquesem.
- Ja też – przyznał w końcu, wpatrując się w zarys gór. – Jesteś bardzo dojrzały jak na swój wiek.
Teraz przyszedł czas na skrępowany uśmiech nastolatka, choć mimo to wyglądał na zadowolonego z siebie. Obaj byli mokrzy i wydzielali dość specyficzny zapach, ale żadnemu zdawało się to nie przeszkadzać. Siedzieli przez chwilę w ciszy, opierając się na łokciach, pogrążeni we własnych myślach.
- Odezwiesz się czasem, nie?
Blake uniósł brew i parsknął śmiechem.
- Jasne. W końcu kogo mam prosić o recenzje moich książek jak nie mojego największego fana?
Blondyn wyszczerzył się, a jego błękitne oczy błyszczały radośnie. Był zaskakująco pozytywnym chłopakiem, który wszędzie dostrzegał jakieś plusy i brunet trochę mu tego zazdrościł.
- Będzie bardzo obiektywnie – stwierdził Nate, kiwając poważnie głową.
- O to właśnie chodzi.
Obaj roześmiali się serdecznie, naprawdę nie wyczuwając tej sporej różnicy wieku, jaka była pomiędzy nimi. Choć może było to spowodowane krótką ilością czasu, jaki ze sobą spędzili?
- Możesz zawołać na chwilę Jacquesa? Mam do niego sprawę.
- Jacquesa? – powtórzył, nie kryjąc zdziwienia. Dobrze wiedział, że ta dwójka nie dogaduje się najlepiej, więc prośba Nate’a bardzo go zaskoczyła. Mimo to kiwnął głową, wstał i wszedł do domku. Od razu przeszedł przez niewielki korytarz i podszedł do drzwi od pokoju szatyna. Zapukał. – Jacq? Nate chce z tobą pogadać.
Drzwi otworzyły się po jakichś trzydziestu sekundach, a w progu pojawił się nastolatek – w samych szortach, z potarganymi włosami i nieobecnym wzrokiem, który jasno wskazywał na to, że dopiero się obudził.
- Co? – burknął, nie do końca świadom, że stoi niemal nago przed mężczyzną, którego miał unikać.
Blake odchrząknął, odwracając wzrok.
- Nate chce z tobą pogadać. Rusz dupę i ogarnij się trochę. – Skrzywił się, a następnie po prostu odwrócił i odszedł, nic więcej nie mówiąc. Sądził, że chłopak już się obudził, bo było już po dziewiątej, ale najwyraźniej się pomylił.
Wyszedł na zewnątrz, od razu przyciągając wzrok blondyna.
- Zaraz wyjdzie – mruknął, darując sobie pytanie o to, co Nate mógł chcieć od Jacqa. W końcu to nie była jego sprawa.
Dziesięć minut później szatyn pojawił się na werandzie, wciąż ziewając i wcale nie wyglądając na mniej zaspanego niż jeszcze przed chwilą. Miał jednak koszulkę i krótkie, dżinsowe spodenki, więc brunet mógł już bez problemu na niego patrzeć.
- Cześć.
- Hej. – Nate od razu wstał i Blake z zaskoczeniem odkrył, że ten wydawał się zdenerwowany. – Przejdziemy się?
Jacques zamrugał, jakby wciąż miał problem z ogarnięciem sytuacji, ale pokiwał głową i obaj zeszli z werandy, ruszając w stronę piaszczystej drogi, odprowadzeni zaciekawionym spojrzeniem mężczyzny (blondyn jeszcze zdążył mu pomachać z szerokim uśmiechem).
Długi czas szli w ciszy, która coraz bardziej drażniła szatyna. Nie wiedział, czego mógł chcieć od niego Cahill, skoro od początku ich znajomości dawał mu do zrozumienia, że go nie lubi i nie polubi. Czemu więc ostatniego dnia wyjazdu postanowił porozmawiać akurat z nim, zamiast spędzać ostatnie godziny ze swoim idolem, włażąc mu w tyłek?
- Więc? – burknął w końcu, patrząc na niego znacząco. – Czego chcesz?
Jeszcze nigdy nie widział, żeby Nate był zestresowany, ale patrząc teraz na jego minę i to, jak próbuje coś powiedzieć, był tym niemniej zaskoczony, co samym tym spacerem, do którego został zmuszony po nieprzespanej nocy.
- Wyduś to w końcu z siebie. – Posłał mu zirytowane spojrzenie. Przez dłuższy czas nie mógł zasnąć, a gdy mu się udawało, śniły mu się bardzo głupie rzeczy, o których nigdy nie powiedziałby głośno. Dlatego to nie był najlepszy dzień na tego typu spotkania. Był wrogo nastawiony do całego świata i najchętniej wróciłby do spania, bo normalnie udało mu się zasnąć dopiero o szóstej.
- Okłamaliście mnie?
- O czym ty gadasz?
- Ty i Blake. – Blondyn zatrzymał się, zakładając ramiona na piersi. – Z tym że jest facetem twojej matki. Kłamaliście?
Jacques dopiero teraz zwrócił uwagę na strój drugiego chłopaka, który był cały przepocony. Skrzywił się i zrobił krok w tył.
- Nie – odpowiedział, nie rozumiejąc, skąd w ogóle taki pomysł. – Odbiło ci? Poza tym nie mogłeś zapytać o te urojenia Blake’a?
Nate wzruszył ramionami, ale nie wyglądał na przekonanego.
- Wszystko na to wskazuje, stary – mruknął, jakby nie słyszał jego pytań. – Tylko nie rozumiem, dlaczego mielibyście kłamać.
- A ja nie rozumiem, dlaczego ze mną o tym rozmawiasz. – Jacques założył ramiona na piersi, patrząc na blondyna z wyraźną irytacją. – Poza tym nikt cię nie okłamał.
- Od razu założyłem, że ty i Blake jesteście parą. - Po raz kolejny zignorował uwagi szatyna, co tylko jeszcze bardziej go zirytowało. - Ale szybko się tego wyparliście. Na dodatek starałeś mi się wmówić, że Blake jest homofobem, ale przez cały tydzień nie wydarzyło się nic, co by na to wskazywało.
- Po prostu za krótko go znasz…
- Poza tym już podczas naszego pierwszego spotkania, gdy zaprosiliście mnie na śniadanie, wydawałeś się zazdrosny.
- Wcale nie!
- Na dodatek Blake na każdą wzmiankę o tym, że w przyszłości na pewno będziecie dobrą rodziną, reagował bardzo dziwie. A tata mówił mi, że na wspomnienie o „przyszłym ojczymie” reagujesz nerwowo…
- Bo się nie znosimy! – Jacques naprawdę nie mógł zrozumieć, czemu Nate wyciągał tak absurdalne wnioski. Oczywiście już wcześniej podejrzewał go o głupotę, ale żeby aż tak? Przecież on nie był zazdrosny o tego dupka!
- Ta, już to słyszałem. Nie potrafiliście się dogadać, więc twoja matka wysłała was na wspólne wakacje. Tylko zachowanie żadnego z was tego nie potwierdza. Normalnie ze sobą rozmawiacie, a ty wgapiasz się w niego jak w obrazek!
- Ja? – Parsknął wymuszonym śmiechem, zaraz przygryzając wargę z nerwów. Przecież nie wgapiał się tak w Blake’a, prawda? Czasem zdarzało mu się zawiesić, ale to nie mogło być aż tak widoczne…
- I jeszcze wasze zachowanie na plaży… - Nate pokręcił głową jakby niedowierzając. – Nie mogliście mi powiedzieć?
- Ja pierdolę… - Wyjął telefon z kieszeni i przez chwilę klikał w nim nerwowo, aż wyciągnął go w stronę drugiego chłopaka z wyjątkowo wściekłą miną. – Patrz!
Na ekranie widoczne było zdjęcie, które przedstawiało jego matkę, objętą i całowaną przez bruneta.
- Spójrz jeszcze na datę, bo inaczej pewnie mi nie uwierzysz – burknął, patrząc na niego nieprzyjemnym wzrokiem. – Jak dobrze, że moja mama nie stroni od portali społecznościowych, co?
- Ale…
- Nie wiem, jak doszedłeś do tych idiotycznych wniosków, ale nie pieprzę się z Blakem, Sherlocku. – Schował telefon do kieszeni, odwracając wzrok. Nate może się wydurnił, ale z pewnością dostrzegał więcej, niż Jacquesowi się wydawało. I to było nieco przerażające. – I wracajmy. Mam już dość tej absurdalnej rozmowy. Nadal nie rozumiem, dlaczego nie mogłeś powiedzieć tego jemu.
- Przepraszam, Jacq – Blondyn w jednej chwili całkowicie zmienił swoją postawę, wyglądając teraz na naprawdę skruszonego. Widząc jednak wściekły wzrok szatyna, od razu się poprawił. – Jacques.
- W dupie mam twoje przeprosiny – burknął, przyspieszając kroku. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domku. – Insynuowałeś, że sypiam z facetem własnej matki.
- Przepraszam! Po prostu wasze zachowanie…
- Przymknij się!
Wracali dosyć szybko, w ciszy i dopiero gdy znajdowali się niemal przy ich domkach, Nate złapał szatyna za ramię i zatrzymał.
- Czego znowu chcesz?!
- Może i się wygłupiłem, ale nie jestem ślepy, Jacques.
- O co ci…
- Jeśli się nie weźmiesz w garść, on też to zauważy.
To było jak uderzenie w twarz. Szatyn zacisnął wargi, zbyt zaskoczony, by od razu odpowiedzieć. Czuł, jak strużka zimnego potu spływa mu po plecach, gdy jego jasne oczy szukały na twarzy Nate’a czegoś, co świadczyłoby o tym, że to jedynie głupi żart. Zamiast tego dostrzegł współczucie i troskę, która w jego mniemaniu nie miała w sobie nic ze szczerości.
- Naczytałeś się za dużo książek – stwierdził w końcu, kręcąc głową. – Odpieprz się ode mnie.
Odwrócił się i odszedł szybkim krokiem, wmawiając sobie, że wcale nie była to ucieczka. Nie dopuszczał do siebie myśli, że drugi chłopak naprawdę mógł dojść do takich wniosków, bo jego zachowanie względem Blake’a było zbyt poufałe. A Nate nawet nie wiedział o tym nieszczęsnym pocałunku.
Wściekły jak osa wparował do domku, głośno trzaskając drzwiami. To zapewne zaalarmowało mężczyznę, który wyjrzał z salonu, patrząc na niego ze zdziwieniem.
- Coś się stało?
- Nie twój interes!
- Po prostu chciałem…
- Spierdalaj!
Kolejne trzaśnięcie drzwiami i Jacques usiadł na podłodze, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w swój pokój. W myślach przeklinał matkę, która wysłała ich na tę głupią wycieczkę; Blake’a, który okazał się inny, niż mu się wydawało; swój nastoletni popęd, bo właśnie na niego postanowił zwalić wszystko i Nate’a, który wtrącał się w nie swoje sprawy.
Był przerażony, wściekły i nie radził sobie z uczuciami, których nie rozumiał. Nie wiedział, co robić.

czwartek, 25 maja 2017

Powrót

Nie wiedziałam, czy jest sens w dodawaniu tego typu posta, bo chciałam wrócić do Was od razu z rozdziałem, ale widzę zniecierpliwienie i brak wiary w mój powrót (zauważyłam xD), więc jestem. Nie zamierzam porzucać bloga, a kolejny rozdział pojawi się, jak już pisałam wcześniej, jeszcze przed końcem maja. Wiem, że koniec zbliża się wielkimi krokami, ale dam radę. Na razie wszystko sobie ogarniam, trochę odpoczywam, coś tam piszę i dużo czytam. Ale obiecuję, że bloga nie rzucę, będę starała się dodawać regularnie i skupię się bardziej na opowiadaniu, bo kilka poważnych błędów już popełniłam.
Dziękuję wszystkim za to, że czekacie, za wszystkie ciepłe słowa i trzymanie kciuków - przydały się. Do zobaczenia za kilka dni ;)

niedziela, 19 marca 2017

Przerwa

Bardzo nie chciałam tego robić, ale niestety jestem do tego zmuszona. Nie chodzi tylko o brak czasu, ale też o wenę i zupełną pustkę w głowie, gdy myślę o "Pęknięciach". Myślę, że potrzebuję chwili, żeby to jakoś ogarnąć. Właśnie dlatego robię przerwę i wrócę tutaj po maturach. Ostatnią mam 17 maja, więc myślę, że jeszcze przed końcem tego miesiąca powinien pojawić się kolejny rozdział. Mam nadzieję, że przynajmniej część z Was będzie czekać i będę miała do kogo wrócić :P
Przy okazji bardzo dziękuję za wszystkie komentarze! Pamiętajcie - wolę przeczytać, że Wam się nie podobało, niż nie przeczytać zupełnie niczego.
Możliwe, że w trakcie przerwy pojawi się jakiś krótki tekst, ale nic nie obiecuję.
Pozdrawiam!

poniedziałek, 6 marca 2017

Pęknięcia - Rozdział 13

Rozdział wymagał wielu poprawek i jeszcze mi się rozrósł, co zapewne przepłacę oceną ze sprawdzianu z wosu (konflikty międzynarodowe to zmora), ale mam nadzieję, że wszystko przynajmniej trzyma się kupy.
Dziękuję wszystkim za komentarze i cieszę się, że wykazujecie się taką cierpliwością, jeśli chodzi o moją nieregularność w dodawaniu rozdziałów :D
Pozdrawiam!
____________________________________________________________

- Dlaczego pseudonim?
Wzruszył ramionami.
- Rodzice. 
Minęły dwa dni od grilla, którego spędzili z rodziną Nate’a. Było ładne, gorące popołudnie, a oni siedzieli na werandzie i rozmawiali. To było tak surrealistyczne dla Blake’a, gdy o tym myślał – jeszcze tydzień temu nie byli w stanie usiąść przy jednym stole bez rzucania sobie nienawistnych spojrzeń, a teraz spokojnie spędzali ze sobą czas i gawędzili, choć oczywiście nie obyło się bez drobnych złośliwości, które stały się dla nich całkowicie naturalne.
Dostrzegł jego uniesioną brew, więc domyślił się, że Jacq oczekiwał czegoś więcej, niż zdawkowej odpowiedzi. I tak wyjaśniała ona więcej, niż gdyby odpowiedział w ten sposób przypadkowej osobie, bo chłopak poznał jego rodziców i wyrobił już sobie o nich opinię, ale najwyraźniej go to nie zadowoliło. Mężczyzna nie musiał oczywiście niczego wyjaśniać, ale i tak to zrobił.
- Mój ojciec jest inżynierem – zaczął, wpatrując się w strzeliste szczyty gór, które były widoczne z oddali. – Zawsze uważał, że mężczyzna powinien mieć męskie zajęcie i utrzymywać rodzinę. Tak, wiem, to śmieszne. – Przeniósł wzrok na jego rozbawioną minę. Domyślał się, że właśnie taką reakcję wywoła, skoro Jacques był nieukrywającym się gejem, jego matka całe życie pracowała i akceptowała go w pełni. U niego nigdy tak nie było. – Chciał, żebym poszedł w jego ślady i irytowała go moja niechęć. – Wzruszył ramionami. – Matka za to chciała, żebym został księdzem.
Widział, jak kąciki ust chłopaka unosiły się, jak jego uśmiech się poszerzał, aż w końcu nie wytrzymał parsknął głośnym śmiechem.
- Ty? K-księdzem? – wydusił.
Blake podrapał się po klatce piersiowej okrytej materiałem koszulki. Od kiedy doszło do „incydentu”, o którym obaj nie zamierzali wspominać, przestał chodzić z odkrytym torsem, czując się dzięki temu mniej odsłoniętym.
- Wyglądałbym gorąco w sutannie… - mruknął, pozwalając sobie na pewny siebie uśmieszek. – Deprawowałbym wszystkie parafianki.
- Daj spokój. – Nastolatek prychnął i machnął dłonią, jakby odganiał natrętną muchę. Jego zmarszczone brwi wskazywały na to, że pomyślał o czymś jeszcze, ale mężczyzna nie miał śmiałości o to zapytać. – Szybko by się na tobie poznały. – Pokręcił głową. – Nieważne. Co z twoimi rodzicami?
- Jestem raczej rozczarowującym synem, bo nie spełniłem żadnego z ich marzeń. Kiedy zacząłem studiować, wtedy poważniej pomyślałem o pisarstwie jako czymś, co może być moim stałym zajęciem, a nie hobby. Ale kiedy było już wiadomo, że faktycznie moja powieść jest coś warta, mam coś wydać… Cóż, pomyślałem wtedy o moich rodzicach czytających akurat TĘ książkę… - Spojrzał na niego znacząco. – Nie, nawet im o tym nie powiedziałem.
- Odniosłeś sukces i nie powiedziałeś o tym swoim rodzicom?
Brunet spojrzał na niego uważniej. Oczywistym było, że chłopak tego nie rozumiał, skoro Katherine od razu zaakceptowała jego wybór i robiła wszystko, by Jacques mógł zostać artystą. Była wspaniałą matką, to musiał jej przyznać. Nawet jeśli czasem za bardzo popuszczała szczeniakowi i ten wchodził jej na głowę.
- Nie. I stąd wziął się również mój pseudonim – pomyślałem o tym, jak matka wychodzi z kościoła, a jakaś wścibska sąsiadka zaczepia ją i pokazuje, co znalazła w księgarni. Pyta, czy to jej syn, opowiada o czym jest ta książka, a moja matka zalewa się łzami. – Uśmiechnął się gorzko. To mogłoby się zdarzyć naprawdę, wiedział o tym. – Ojciec nigdy by mi nie wybaczył tego wstydu, który bym im przyniósł.
- To… - Jacques pokręcił głową – okropne.
- A to jest naprawdę niezłe – Blake zmienił nagle temat, wskazując dłonią na blok i jedną z kartek, na której Jacq szkicował krajobraz, który był widoczny z werandy. Na pierwszym planie znalazły się drzewa, różnego rodzaju krzewy i bujna roślinność, która nie była może aż tak dokładnie widoczna w rzeczywistości, ale najwyraźniej użył do tego wyobraźni. Dalej były góry – duże, ostre, może nawet nieco przerażające, jakby szatyn chciał oddać ich drugą naturę. Trudno byłoby nie przyznać mu talentu.
- Nudziło mi się. – Nastolatek wzruszył ramionami, tak naprawdę niezbyt przywiązany do tego szkicu. Dobrze wiedział, że w jego tymczasowym pokoju znajduje się rysunek, który pochłaniał go znacznie bardziej niż jakiś tam krajobraz. – Ale wracając… Z tego co wiem, twoi rodzice wiedzą, czym się zajmujesz, prawda?
Blake westchnął, krzywiąc się.
-  Druga książka. Niemal kolejny debiut, bo tym razem był to kryminał. Nadal nie rozumiem, dlaczego to zrobiła. Mówiła, że pokłóciła się z nimi…
- Kto? – Jacques wtrącił się, patrząc na niego z niezrozumieniem.
- Lily. – Rzucił mu zniecierpliwione spojrzenie. – Pokazała im moją książkę. Mama była zawiedziona, że o niczym jej nie powiedziałem, ale tylko dopóki nie przeczytała… Chyba nie sądziła, że jej syn może pisać o krwawych morderstwach, prostytutkach i innych „grzechach”, o których ona nawet bała się mówić.
Odchylił głowę i zmrużył oczy. Dzień wcześniej Nate zadał mu takie samo pytanie jak Jacq. Spojrzał wtedy na niego, uśmiechnął się i odpowiedział, że ceni sobie swoją prywatność. Nie rozwinął swojej wypowiedzi i temat skończył się równie szybko, jak się zaczął. Jemu nie powiedział nawet części prawdy, a Jacquesowi… Był wyjątkowo szczery i nawet nie do końca był w stanie powiedzieć, co takiego to spowodowało. Nie czuł się jednak źle z tym, że akurat jemu postanowił o tym opowiedzieć. Pomimo ich wspólnej historii czuł, że chłopak nikomu tego nie rozpowie.
- Ale poznali twój pseudonim. – Szatyn dalej nie rozumiał. – Przecież bez problemu mogli przeczytać „W poszukiwaniu”, więc…
Blake pokręcił głową, niemal rozbawiony. Przypuszczał, że komuś z zewnątrz ciężko było zrozumieć bycie częścią tak specyficznej rodziny, która całe swoje życie podporządkowała religii.
- Nadal nie łapiesz? Oni nie czytali innych moich książek. Nie chcieli i nadal nie chcą, dopóki nie zacznę pisać czegoś wartościowego. – Wzruszył ramionami. – To są dokładnie ich słowa.
Kiedyś bardziej się tym przejmował. Bolało go, że jego jedyna rodzina, o którą zawsze starał się dbać; która niszczyła mu życie, gdy chodził do szkoły, nie docenia jego pracy. Lily lubiła jego książki, zawsze je chwaliła, ale rodzice… Ich pogarda wobec jego pasji i zajęcia była cholernie bolesna. Z czasem zaczął jednak obojętnieć na to, aż przestał się przejmować, ignorując bliskich. To był jeden z wielu powodów, przez które przestał odwiedzać rodzinne strony.
- To jest… popierdolone.
Jacq wyglądał na wstrząśniętego i tak też się czuł. Nie zastanawiał się nad tym, dlaczego Blake postanowił mu to wszystko opowiedzieć. Bardziej myślał o jego szurniętej rodzinie, która gardziła pracą swojego jedynego syna. A przecież ten nie miał się czego wstydzić! Szatyn czytał jego książkę i mógł szczerze przyznać, że była to dobra powieść. Mężczyzna był poczytnym pisarzem, miał wielu fanów… A jego rodzice nie chcieli nawet przeczytać jego powieści. Nie był w stanie tego pojąć. Dla niego takie zachowanie było abstrakcyjne.
Gdy Jacques cały czas starał sobie uzmysłowić postępowanie rodziców Blake’a i Lily, mężczyzna przyglądał się emocjom pojawiającym się na twarzy nastolatka. To naprawdę było dla niego szokujące i wyglądał na bardziej przejętego, niż brunet mógłby się po nim spodziewać. W jakiś sposób było to pokrzepiające.
- Daj spokój. – Prychnął. – Przyzwyczaiłem się.
- A jeśli kiedyś przeczytają coś więcej? Co wtedy?
- Nie przeczytają. – Prawie się uśmiechnął. – Gdyby jednak nagle przestali widzieć diabła w moich powieściach, to trudno. Nic nie mógłbym z tym zrobić. W ostateczności by się mnie wyrzekli i tyle.
Jacques pokiwał głową, w tym momencie naprawdę mu współczując. Czy był tak dobrym aktorem, czy naprawdę się nie przejmował? Nie wiedział. Nieważne dla niego było, że mężczyzna miał trzydzieści pięć lat i mówił, że poradził sobie już z tą sytuacją – dla Jacqa świństwem było to, jak zachowują się wobec niego jego rodzice. Gdyby Katherine tak go traktowała, nigdy by się do niej nie odezwał.
- A mama? – Zapytał nagle, znów spoglądając na niego z zainteresowaniem. Nie sądził, że głupie pytanie o pseudonim doprowadzi do tak szczerej (jednostronnej) rozmowy. – Czytała „W poszukiwaniu”?
Blake kiwnął głową.
- Co jej powiedziałeś? Znaczy… no wiesz. – Machnął dłonią.
- To, co wszystkim – że długo myślałem nad tą historią, która jest całkowicie fikcyjna. – Spojrzał poważniej na nastolatka. – Nie chcę, żeby się dowiedziała, rozumiesz?
Jacques nie odpowiedział. Podciągnął nogę pod siebie, stawiając stopę na ławce, a brodę układając na kolanie. Zapatrzył się w drogę, która prowadziła do wszystkich domków. Nie zamierzał mówić mamie o tym, co powiedziała mu Lily. To nie była jego tajemnica, a Blake najwyraźniej mu zaufał, skoro odpowiedział tak szczerze na jego pytanie. A może chodziło o to, że nikt nie wiedział o jego orientacji i nigdy nie miał się komu zwierzyć?
- Ale teraz już zna twoją rodzinę… - mruknął, nie patrząc na niego. – Myślisz, że się nie domyśli?
- Nie wiem. – Westchnął. – Zobaczymy.
- Ja bym się domyślił. – Uśmiechnął się pod nosem i przekręcił głowę, ponownie skupiając swój wzrok na nim. Włosy miał zupełnie nieuczesane, podkoszulek luźny i wytarty, do tego jednodniowy zarost, którego zapewne nie chciało mu się zgolić… Jak zwykle wyglądał niechlujnie i Jacques kiedyś skrzywiłby się na ten widok, ale chyba już się przyzwyczaił. Co więcej, czuł coś dziwnego w środku, gdy przyglądał się jego twarzy. Był przystojny – miał silne, męskie rysy i duże, kobaltowe oczy. Górną wargę miał nieco węższą, a na nosie kilka piegów, zapewne od słońca. Z każdym dniem dostrzegał coraz więcej szczegółów i było to coraz bardziej niepokojące.
- Gapisz się.
Zamrugał i pospiesznie odwrócił wzrok.
- Wcale nie – burknął, wydymając dolną wargę jak nadąsane dziecko.
- Siemka! – Obaj zwrócili się w kierunku Nate’a, który szedł właśnie do nich od strony swojego domku. Nie mógł poczekać z przywitaniem się, najwyraźniej mając potrzebę wrzeszczenia, ale Jacq i tak był mu wdzięczny – wolał nie tłumaczyć się Blake’owi, dlaczego wpatrywał się w niego jak w obrazek. Nie był przecież tym natrętnym blondynem, który uśmiechał się do niego marzycielsko i właśnie stanął obok nich, szczerząc się. Miał na sobie tylko i wyłącznie krótkie spodenki do kolan i znów wyglądał, jak pieprzone słoneczko.
- Hej. – Blake uśmiechnął się automatycznie, jakby widok Nate’a sprawiał mu przyjemność, czego szatyn nadal nie potrafił zrozumieć. – Co tam?
- Siemka. Zapomniałem rano się zapytać… - Podrapał się po głowie. – Co powiecie na wspólny wypad nad jezioro? Teraz?
Jacq, który bąknął krótkie „cześć” i ostentacyjnie obrócił się w stronę swojego szkicu, poprawiając kontury jednego z drzew, uniósł głowę i spojrzał na „gościa” ze zmarszczonymi brwiami.
- Teraz?
Blondyn entuzjastycznie pokiwał głową.
- Nie jest już tak gorąco, można popływać… Będzie świetnie! Poza tym jutro wyjeżdżamy i…
- Jutro? – Uniósł brew.
- Taa… - Uśmiech mu nieco zbladł. – Wynajęliśmy domek tylko na tydzień, niestety. Szybko minęło.
Jacques pokiwał głową, w duchu dziwnie zadowolony. Mógł znosić obecność Nate’a, ale nie podobało mu się, jak patrzył na Blake’a. W szczególności, że ten bardzo lubił jego towarzystwo. A on… cóż, był synem narzeczonej bruneta. Chodziło tylko o Katherine, oczywiście. Nic więcej.
- Jasne. Z chęcią sobie popływam. Jacq zresztą też.
- Słucham? – Uniósł brew, zakładając ramiona na piersi. – Od kiedy jesteś moim adwokatem? Nigdzie nie jadę.
Mężczyzna wywrócił oczami, zniecierpliwiony.
- Przestań zachowywać się jak dziecko. Minął tydzień, a my nie ruszyliśmy tyłka z domu.
- I kto to mówi! – przerwał mu, zirytowany. Przecież to Blake miał całkowicie gdzieś cały ten wyjazd. On chciał chodzić po górach, ale nic nie mógł poradzić na to, że źle stanął i bolała go kostka.
- Na pewno będzie to lepsze od siedzenia tutaj – kontynuował, jakby nie zauważył, że Jacq się wtrącił. W ogóle zdawał się nie zwracać uwagi na jego protesty, bo zaraz też zwrócił się do Nate’a, który wciąż stał nad nimi i przyglądał się im z zainteresowaniem. – Daj nam pół godziny.
- Spoko. – Chłopak uniósł dłonie, patrząc na nich z wyraźnym rozbawieniem. – Do potem.
- Nie jadę. Dopiero co moja skóra na plecach wróciła do normalnego stanu – nie zamierzam znowu jej narażać.
- Nie sądziłem, że jesteś taki delikatny. – Blake uśmiechnął się ironicznie. – Panienka.
- Pierdol się.
- Ustaliliśmy już, że nie mam…
- Och, przymknij się! – Przerwał mu, uciekając wzrokiem. Nie chciał słuchać o seksie i mężczyźnie siedzącym przy nim, bo… nie.
Wrócił do swojego szkicu. Nie miał zamiaru się stąd ruszać.

***

Rozłożyli się w głębi plaży na kocach przyniesionych przez Nate’a. Jacques z pochmurną miną obserwował niewielką grupkę ludzi (naprawdę nie rozumiał, dlaczego niektórzy bez wstydu chodzą niemal całkowicie roznegliżowani), którzy znaleźli dla siebie miejsce na tej prowizorycznej plaży. Z niesmakiem odwrócił wzrok, gdy jakiś starszy jegomość z brzuchem powstałym zapewne na wskutek nadmiernego picia piwa, ściągnął przepoconą koszulkę i odsłonił dżunglę na tymże brzuchu. To był jeden z powodów, dla których wolał góry – tam nie musiał patrzeć na odkryte części ciała ludzi, których widok go odrzucał.
Przed sobą miał znacznie ciekawszy widok i musiał to z niechęcią przyznać. Blake miał doskonałe ciało i Jacq wiedział to aż za dobrze (myślenie o tym wywoływało u niego mieszane uczucia), a Nate w niczym mu nie ustępował. Widać było, że lubił sport i dużo ćwiczył. Z pewnością robił niemałe wrażenie na chłopakach i dziewczynach. Oczywiście poza szatynem, który od samego początku pałał do niego niechęcią.
Gdy obaj poszli pływać (tabliczka z zakazem kąpieli nie robiła na nikim wrażenia), Jacq wyciągnął swoje przybory i zabrał się do kolejnego szkicu, tym razem wykorzystując barwiony węgiel, którym zamierzał oddać urok niewielkich sylwetek na tle czystego, górskiego jeziora. Wpierw jednak posmarował się kremem z filtrem, bojąc się, że znów jego skóra przybierze kolor czereśni. Miał problem jedynie z plecami, ale na razie nie odważył się poprosić o posmarowanie Nate’a, a tym bardziej Blake’a.
Zatopił się w swojej pracy, prawie całkowicie zapominając o swoich towarzyszach (czasem zerkał w ich stronę, odnajdując czarną, mokrą czuprynę, ale szybko odwracał wzrok) i nawet nie zauważył, że ktoś stoi obok niego, dopóki ten ktoś się nie odezwał.
- Chcesz iść na AIC*?
Drgnął i spojrzał na Nate’a, który akurat siadał obok niego, nic nie robiąc sobie z tego, że jest cały mokry i zmoczy koc.
- Mhm.
- Dołączysz do nas?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie lubię pływać – burknął, patrząc na niego z niechęcią. Zaraz jednak zmrużył oczy i spojrzał w stronę Blake’a, który wciąż znajdował się daleko od nich i nic nie wskazywało na to, by miał zamiar do nich dołączyć. – Mam pytanie.
- Co jest? – Blondyn oparł dłonie za plecami i odchylił głowę, eksponując jabłko Adama.
- Dlaczego myślałeś, że Blake jest gejem?
Nate przechylił głowę, zerkając na niego z zainteresowaniem. Z pewnością nie takiego pytania się spodziewał.
- Powinienem pytać, dlaczego cię to interesuje?
Jacq prychnął z irytacją i pokręcił głową.
- Zapomnij – burknął.
- Wyluzuj. – Drugi chłopak zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony jego zachowaniem. – Strasznie jesteś spięty. Nic dziwnego, że tak często się ze sobą kłócicie. – Znów się zaśmiał, widząc mordercze spojrzenie, którym obdarzył go szatyn. – Pewnie nie czytałeś, ale jego pierwsza książka „W poszukiwaniu” bardzo na mnie wpłynęła. Byłem przekonany, że jest dla niego bardzo osobista i czerpał wszystko z własnych doświadczeń. – Wzruszył ramionami. – Myliłem się i jest to trochę rozczarowujące, ale sam mówiłeś, że bliżej mu do homofoba, niż geja, choć nie zauważyłem u niego żadnych oznak nietolerancji. Zresztą, sam mi mówił, że większość to fikcja. – Westchnął. – Wystarczy na niego spojrzeć… Taka szkoda…
- Ej! – Szturchnął go w ramię, marszcząc brwi. – Mówisz o narzeczonym mojej matki!
Blondyn ponownie parsknął śmiechem, odpowiadając podobnym szturchnięciem.
- Nic nie poradzę na to, że jest taki gorący!
- Kto jest gorący? – Blake zjawił się przy nich nagle, zupełnie niezauważony. Woda spływała po jego odkrytej klatce piersiowej, znikała pod materiałem kąpielówek, które mężczyzna kupił w jednym z miejscowych sklepów, i dalej płynęła strużkami przez silne nogi.
- Jacques ze swoimi czerwieniejącymi plecami! – Nate wyszczerzył się, niczym niezrażony. Zupełnie nie wyglądał, jakby kłamał.
- Kurwa! – Szatyn jęknął, wyginając się i dotykając dłonią swoich łopatek. – Znowu? – Spojrzał z irytacją na siedzącego obok chłopaka. – Posmarowałbyś mnie, skoro już tu siedzisz, do cholery!
- Ja to zrobię.
Jacq zamrugał i przełknął ślinę. Nie mógł zaprotestować, bo w sumie nie miał powodu, więc kiwnął głową i przekręcił się na brzuch, wpierw chowając rozpoczęty szkic do torby. Jak tak dalej pójdzie, to nie skończy niczego, co zaczął na tym wyjeździe, choć patrząc na ostatnie miesiące i jego zupełny brak chęci – zrobił bardzo dużo.
Coś nieprzyjemnie przekręciło mu się w brzuchu, gdy usłyszał dźwięk otwieranego opakowania. Wszystkie odbierane przez niego bodźce z zewnątrz zlały się w jedno, a on mógł tylko napiąć całe ciało i czekać, choć przecież nie chodziło o nic szczególnego – Blake miał tylko posmarować mu plecy kremem.
Drgnął, gdy dłonie mężczyzny znalazły się na jego ramionach. Starał się nie zdradzać niczego miną, ale czuł się… dziwnie. Sama świadomość tego, że brunet go dotyka była zawstydzająca i zarazem wywoływała skojarzenia związane z jego snem (który zdążył się powtórzyć), co skutkowało rumieńcami. Na szczęście mógł wszystko zwalić na upalną pogodę.

Gdy tak leżał, będąc dotykanym przez Blake’a, całkowicie zapomniał o obecności Nate’a. który obserwował ich z uwagą. Gdzieś zniknął jego szeroki uśmiech, a niebieskie oczy wyraźnie śledziły zmiany na twarzach tej dwójki. Nie był głupi i wyczuwał to specyficzne napięcie pomiędzy nimi. Miał wrażenie, że z każdym dniem nasilało się coraz bardziej i… kłóciło się ze wszystkim, co obaj mu opowiadali. Kłamali?
_________________
* School of the Art Institute of Chicago - uczelnia artystyczna połączona z muzeum sztuk pięknych w Chicago.