piątek, 5 października 2018

Pęknięcia - Rozdział 26

Nawet nie chce mi się pisać, jak bardzo to z siebie wyplułam, więc... Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze! Może nie odpowiadam na nie zbyt szybko i zbyt składnie, ale cieszą mnie przeogromnie. Miłego dnia, kochani!
________________________________________________________________

Sytuację w domu Brightów można było określić jako dziwną. Wszystko toczyło się swoim rytmem – Jacques chodził do szkoły, przesiadywał godzinami w pracowni i spotykał się z Nickiem; Blake był zajęty swoją karierą, dużo czasu spędzał poza domem i zwykle mijał się z szatynem. A Katherine zajmowała się firmą i przygotowaniami do ślubu, nie zauważając przy tym napięcia pomiędzy dwójką mężczyzn. Z pozoru zmieniło się niewiele, ale tak naprawdę zmieniło się wszystko.
Jacques starał się unikać Blake’a, co nie było wcale prostym zadaniem, nawet jeśli mężczyzny często nie było w domu. Nie mógł ciągle opuszczać wspólnych posiłków, jedząc na mieście lub w pokoju, bez zwracania na siebie uwagi mamy. Poza tym próbował całkowicie odseparować się od bruneta i nie wdawać się z nim w żadne rozmowy, co ku jego zaskoczeniu, okazało się trudne.
Po tym, co wydarzyło się między nimi, nastolatek spodziewał się dwóch reakcji: Blake mógł go zacząć z powrotem nienawidzić, obarczając go całą winą za to, co się wydarzyło, lub mógł zacząć go unikać i udawać, że nic się nie stało (tak, jak chciał tego Jacques). Niestety, szatyn nie doczekał się żadnej ze spodziewanych reakcji i to najpierw wprawiło go w całkowitą konsternację, która z czasem zaczęła przeradzać się w skrywaną złość.
Blake na początku faktycznie zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Chłopaka w ogóle to nie zaskoczyło, spodziewał się takiego zachowania i był z niego zadowolony. Sam nie kwapił się wcale do konfrontacji z mężczyzną, a sama myśl o tym, że ich wspólny sekret mógłby wyjść na jaw, sprawiała, że robił się chory. Wolał więc o niczym nie mówić i siedzieć cicho, udając, że wcale nie myśli o tym, jak brunet przesuwał dłońmi po jego ciele i jak przyjemne były jego pocałunki. Ale z czasem zachowanie Blake’a uległo zmianie – znów chciał z nim rozmawiać; znów chciał się z nim przekomarzać i traktować go jak swojego dobrego kumpla. A to wydawało się Jacques’owi całkowicie absurdalne.
Przebywanie z mężczyzną w tym samym pomieszczeniu było dla chłopaka bolesne i wywoływało wspomnienia. A kiedy ten zaczynał jeszcze go zagadywać, to szatyn czuł się już całkowicie osaczony i przygnębiony kierunkiem, w jakim zmierzała ich relacja. Nie wiedział, czy Blake robił to, by się nad nim poznęcać, czy może naprawdę zdrada, jakiej się dopuścili wobec Katherine, w ogóle go nie obchodziła. A to denerwowało nastolatka, który sam nie potrafił poradzić sobie z wyrzutami sumienia, podczas gdy mężczyzna zdawał się podchodzić do tego z całkowitym spokojem. Jacques nie dostrzegł żadnej zmiany w zachowaniu Blake’a względem jego matki, co doprowadzało go do furii, bo sam czuł, że nie potrafi rozmawiać z nią tak, jak wcześniej. Nie wiedział, jak można nie odczuwać żadnej skruchy i nie czuć się winnym, a właśnie tak odbierał zachowanie bruneta. I przez to znów zaczął uważać go za prawdziwego dupka, nawet jeśli jego serce wciąż biło mocniej na jego widok.  
Jacques był całkowitym przeciwieństwem Blake’a – nie radził sobie z tą sytuacją, nie potrafił nazwać ich dziwnej relacji i w każdym jego słowie oraz geście było widać, że jest tym wszystkim przytłoczony. Mężczyzna natomiast wydawał się całkowicie spokojny i rozluźniony, jakby niczym się nie przejmował. Sytuacja w ich domu, choć z pozoru normalna, była tak naprawdę bardzo toksyczna i działa na nich coraz gorzej, a najbardziej odczuwał to właśnie najmłodszy z mieszkańców. Wcześniej czy później musiało się to skończyć katastrofą.

***

- Jacques!
- Lily!
Chłopak jęknął z zaskoczeniem, kiedy dziewczyna rzuciła mu się na szyję, ale objął ją i mocno do siebie przytulił. Za każdym razem zdumiewało go, jak wylewna jest siostra Blake’a wobec niego, choć kiedy sobie przypominał jej dziwną rodzinę i problemy z rówieśnikami, starał się maskować konsternację, jaką odczuwał.
- Dobrze cię widzieć!
- Ciebie też. Na żywo wyglądasz znacznie lepiej niż na ekranie komputera. – Jęknął, czując silne uderzenie w ramię. – Au! To był komplement!
- Skończyliście?
Jacques drgnął, przypominając sobie, że nie byli sami; że Blake stał obok, obserwując ich z wyraźnym zniecierpliwieniem. Wciąż przecież znajdowali się w holu, stłoczeni we trójkę na niewielkiej przestrzeni (z pewnością zbyt małej, by pomieścić ich dwóch).
- Taa… - mruknął niemrawo, robiąc krok w tył. Nawet nie spojrzał na mężczyznę, sięgając po walizki dziewczyny. – Zaniosę je do twojego nowego pokoju.
- To nie będę spała z tobą? – Lily wydęła usta, uśmiechając się psotnie.
- Chciałabyś. – Uniósł brew, prychając, choć w jego oczach można było dostrzec uśmiech. W ostatnim czasie nie był to częsty widok.
- Pokłóciliście się? – Dziewczyna zerknęła na swojego brata, gdy Jacques zniknął na schodach.
- Nie, dlaczego?
- Przecież widzę. – Wywróciła oczami. – Znowu go obraziłeś?
- Ja? – Blake uniósł brew, odwieszając kurtkę na wieszak.
- No co? Przecież wiesz, że jak chcesz, to potrafisz być dupkiem. – Wzruszyła ramionami. – O co poszło?
- O nic. Jesteś głodna?
Lily zmrużyła oczy, słysząc tę kiepską próbę zmiany tematu, ale ostatecznie kiwnęła głową, odpuszczając. Mężczyzna odetchnął z ulgą i poprowadził swoją młodszą siostrę do kuchni. Nie mógł jej przecież powiedzieć prawdy, a dziewczyna w swych przypuszczeniach wcale nie była jej bliska. Przecież się nie pokłócili. I Blake w żaden sposób go nie obraził, a przynajmniej nie umyślnie. Wręcz przeciwnie, to on starał się nawiązać z chłopakiem kontakt, wbrew temu, co podpowiadał mu rozum. Ale Jacques chciał się całkowicie od niego odsunąć i nic nie dało się z tym zrobić.
- Katherine nie ma?
- Ma spotkanie, ale wróci najszybciej, jak się da. Bardzo żałowała, że nie może cię powitać w domu. – Zerknął na nią krótko, wyciągając ser z lodówki. – Mówiłem ci w samolocie.
- Um, ta, faktycznie. – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Chyba mi umknęło. Byłam zmęczona.
- A teraz nie jesteś? Chcesz się położyć?
- Mhm, jaki troskliwy braciszek się z ciebie zrobił – wytknęła mu, choć z wyraźnym rozbawieniem. – Zjem i pójdę się położyć, co? Kanapki to nadal twoje największe osiągnięcie?
- Mogę spróbować z czymś innym, jak chcesz się otruć. – Posłał jej uroczy uśmiech.
- Szczęściarz z ciebie, że trafiłeś na Kath. Przynajmniej masz co jeść.
Uśmiech zamarł na twarzy Blake’a, który odwrócił się w stronę przygotowywanych przez siebie kanapek. Nie wyglądały najapetyczniej, ale też nie najgorzej. I na pewno dało się je zjeść.
- Ta… - mruknął niewyraźnie. – Nie tylko ona w tym domu potrafi gotować.
- Serio? Jacques ma jakieś ukryte zdolności, o których nie wiem?
- A ma jakieś, o których wiesz? – Zerknął na nią, unosząc brew. – Coś za bardzo się nim interesujesz…
Lily spuściła wzrok, patrząc na swoje stopy okryte długimi, kolorowymi skarpetkami. Wyglądała na zmieszaną.
- Lubię go… - wymamrotała.
- Tylko się nie zakochaj – ostrzegł i wcale nie brzmiał, jakby żartował.
Dziewczyna aż spojrzała na niego większymi oczami.
- No coś ty? Zwariowałeś? – Prychnęła. – Może jest fajny, ale nie na tyle, żebym od razu miała się w nim zakochiwać. Poza tym jest gejem i chyba wszyscy o tym wiedzą, nie?
Mężczyzna kiwnął głową, ponownie skupiając swą uwagę na kanapkach. Nie wiedział, co może odpowiedzieć, bo przecież sam też uważał, że Jacques jest fajny. A poza tym bardzo zdolny, inteligentny i cholernie gorący. Im więcej czasu mijało od tego, co stało się ich wspólną tajemnicą, tym bardziej nie mógł przestać o nim myśleć. Już dawno temu zrozumiał, że gówniarz go zauroczył, ale… czy mogło być to czymś więcej?
- To jak? Jacques lubi gotować? – Zapytała w końcu, wyraźnie zniecierpliwiona brakiem reakcji u Blake’a. Nie mogła nie zauważyć, że jej brat zachowuje się dziwnie.
- Nie wiem, czy lubi, ale jest w tym świetny. Nie mów Kath, ale on jest prawdziwym mistrzem kuchni. – Puścił jej oczko, szepcząc konspiracyjnie.
I może dobrze, że postanowił szeptać, bo właśnie w tym momencie do kuchni wszedł bohater ich rozmowy.
- Idziesz ze mną do Nicka? – zwrócił się do Lily, po raz kolejny ignorując mężczyznę.
- Teraz? – Jęknęła. – Chciałam zjeść i iść spać…
- Boże, emeryci mają w sobie więcej życia. – Parsknął. – Za dziesięć minut wychodzimy.
- Może miałabym więcej życia, gdybym się wyspała i zjadła coś porządnego – burknęła, opierając się plecami o blat kuchenny. – Właśnie, Blake mówił mi, że doskonale gotujesz.
- Serio? – Jacques aż zerknął na mężczyznę, a przelotny uśmiech pojawił się na jego twarzy, zanim przypomniał sobie, że nie powinien się do niego uśmiechać.
- Mhm. – Odpowiedziała swoim najlepszym i najszerszym uśmiechem. – Ugotowałbyś nam coś? Proszę?
- On nic nie zrobi, dopóki będzie miał świadomość, że ja też mam to jeść – wtrącił brunet i sam nie wiedział, jaki miał w tym cel. Chciał chyba wywołać jakąś reakcję u chłopaka, nawet jeśli miałaby być to złość. Tęsknił za ich przekomarzaniami, za tą swobodą, jaką czuli w swoim towarzystwie (czasem tylko pozorną, podszytą mnóstwem podtekstów, ale nadal większą, niż teraz).
- Co? – Lily zmarszczyła brwi, przenosząc podejrzliwy wzrok ze swojego brata na, jak miała nadzieję, przyjaciela. – Ale to prze…
- Może – przerwał jej szatyn, ucinając tym samym dyskusje. Nie patrzył na Blake’a, zaciskając jedynie usta z irytacji. Wiedział, co mężczyzna chciał zrobić i nie potrafił tego zrozumieć. – Poczekam na zewnątrz.
Dziewczyna zamrugała, patrząc z zaskoczeniem na plecy wychodzącego chłopaka.
- Ale jest zimno! – krzyknęła, lecz odpowiedział jej jedynie odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Wciąż skonfundowana spojrzała na swojego starszego brata i prychnęła. – Nie pokłóciliście się, co?
Blake wzruszył jedynie ramionami, nie odpowiadając. Nie było słów, którymi mógłby to wyjaśnić.

***

- Kogo to moje piękne oczy widzą…? – Nick już od progu powitał ich szerokim uśmiechem, który tylko powiększył się (o ile było to w ogóle możliwe), gdy jego wzrok spoczął na szesnastoletniej dziewczynie. – Czy to panienka Sherwood?
- We własnej osobie. – Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, choć wyglądała na trochę zdenerwowaną, jakby stresowała się tym spotkaniem. – Pamiętasz mnie.
- Jak mógłbym zapomnieć?
Jacques stał za Lily, wywracając oczami. Czasem naprawdę nie potrafił uwierzyć w zachowanie przyjaciela.
- Mógłbyś przestać zachowywać się jak idiota i w końcu nas wpuścić. Zimno jest.
- Nie musisz być od razu taki niemiły… - wyburczał w odpowiedzi Nick, przesuwając się, by mogli wejść do środka.
- Jesteś sam?
- Mhm. Cała chata tylko dla nas. – Znów zwrócił swój wzrok na dziewczynę. – Wow, i dziś masz na sobie coś normalnego…
Jacques teatralnie uderzył dłonią w czoło, patrząc na przyjaciela z niedowierzaniem.
- Serio? – zapytał, by zaraz zwrócić się do młodszej siostry Blake’a. – Przepraszam za niego. Zapomniałem, że nie można go wypuszczać do ludzi…
- To był komplement!
- Chyba mam deja vu… - Szatyn wydał z siebie cierpiętniczy jęk i ściągnąwszy buty, bezpardonowo ruszył w stronę pokoju gospodarza, nie czekając, aż ten go tam zaprowadzi. Był w końcu w tym domu setki razy i czuł się jak u siebie.
- Um… - Lily wyglądała na zmieszaną. – Dzięki. Chyba.
- Naprawdę nie miałem nic złego na myśli! – Nick przyłożył dłoń do klatki piersiowej w miejscu, w którym znajdowało się serce i spojrzał na dziewczynę tak błagalnym wzrokiem, jakby od tego zależało jego życie. – Wybaczysz mi?
- Tak. – Lily zaśmiała się z zachowania chłopaka, odgarniając swoje czarne włosy, które opadały falami na jej plecy.
Gdy oboje weszli do pokoju Nicka, ujrzeli szatyna, który leżał rozłożony na łóżku, przeglądając jakąś książkę. Wywrócił oczami, gdy ich zobaczył, i odłożył powieść na szafkę nocną, a dziewczynie nie umknęło nazwisko autora z okładki. Znała je bardzo dobrze. Nic jednak nie powiedziała, siadając jedynie obok Jacques’a i wciąż czując się nieco niezręcznie.
- Napijecie się czegoś?
- Soku. – Szatyn pierwszy wyrwał się z odpowiedzią, posyłając Nickowi porozumiewawcze spojrzenie. – Żadnego alkoholu. Wszyscy pamiętamy, jak skończyło się to ostatnim razem.
- Ej! – Lily uderzyła chłopaka w ramię, czerwieniejąc na policzkach. Wciąż pamiętała swoje zawstydzenie, gdy upiła się jednym piwem.
- Taak, to było zabawne! – Nick zaśmiał się, zupełnie jakby nie dostrzegł reakcji nastolatki. – To co, sok?
- To było wredne – stwierdziła, kiedy gospodarz wyszedł do kuchni, żeby przynieść im coś do picia.
- Było? – Jacques wyszczerzył się, nic sobie nie robiąc z zawstydzenia dziewczyny. Oboje wiedzieli, że jego żarty są bardziej wyrazem sympatii niż złośliwości. Albo jednego i drugiego. – Sorry, ale to było zbyt dobre, by tego nie wspominać. Próbowałaś alkoholu od tego czasu?
- Nie…
- I dobrze – powiedział poważnie, kiwając głową, zupełnie jakby w ostatnich tygodniach sam nie wracał z klubów, będąc pod wpływem.
Lily zerknęła niepewnie na książkę swojego brata (jedną ze słabszych, jeśli miała być szczera) i już miała coś powiedzieć, gdy wrócił Nick wraz z tacą, na której zostały ustawione trzy wysokie szklanki wypełnione jasnym sokiem.
- Multiwitamina – oznajmił, stawiając wszystko na niewielkim stoliku.
- Prawdziwy z ciebie kelner – zakpił Jacques, sięgając po jedną ze szklanek.
- Staram się. – Drugi chłopak wyszczerzył się i usiadł naprzeciwko swoich gości na obrotowym fotelu. – Na długo przyjechałaś? – Zwrócił się w stronę Lily, patrząc na nią nieco maślanym wzrokiem, co nie umknęło szatynowi.
- Na całą przerwę świąteczną.
- Serio? Jak udało ci się to załatwić?
- Cóż… - Zagryzła dolną wargę, trochę speszona. – Moi rodzice pewnie nigdy by się na to nie zgodzili, ale ostatnio nasze relacje są bardzo… napięte. Z tatą prawie nie rozmawiam, z mamą ciągle się kłócę. Chyba uznali, że nawet oni potrzebują czasem spokoju i zgodzili się na propozycję Blake’a. Zresztą, on też bardzo pomógł.
- Ta… - Nick skrzywił się, gdy tylko usłyszał imię starszego brata dziewczyny. Od kiedy Jacques opowiedział mu o wszystkim, co się między nimi wydarzyło, jego nastawienie względem mężczyzny uległo drastycznej zmianie. – A skąd ta napięta atmosfera?
Lily spojrzała lekko zaskoczona na Jacques’a, jakby nie spodziewała się, że ten zachowa wszystko dla siebie i nikomu nie powie o jej problemach rodzinnych.
- Przez chłopaka – odpowiedziała cicho.
- Więc masz chłopaka? – Nick wydał z siebie coś pomiędzy jękiem a stęknięciem, a szatyn aż uniósł brwi, spoglądając na przyjaciela z zaskoczeniem. Wiedział, że związek z Mary trochę ośmielił chłopaka, ale nie spodziewał się, że ten stanie się tak otwarty i oczywisty.
- Już nie. – Lily zdawała się nie zauważać zachowania Nicka, najwyraźniej pogrążona w nieprzyjemnych wspomnieniach. – Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale najwyraźniej moi rodzice nie spodziewali się, że jedno z ich dzieci może się zbuntować. Blake zawsze się na wszystko zgadzał, a później po prostu uciekł, a ja… cóż.
- Uciekł. – Nick wydał z siebie pogardliwe prychnięcie, nie mogąc się powstrzymać, za co od razu został skarcony wzrokiem przez przyjaciela. – Jakie typowe.
- Też go nie lubisz, co? – Lily uśmiechnęła się z wyraźnym rozbawieniem, choć w jej oczach wciąż można było dostrzec smutek.
- To mało powiedziane… - mruknął, ale zaraz klasnął w dłonie i podskoczył jak nadpobudliwa nastolatka. – Ale koniec z tymi dołującymi tematami. Zróbmy coś wesołego!
Jacques potaknął, zgadzając się, choć jego wzrok mówił, że nie podobała mu się wzmianka Nicka o Blake’u. Wiedział, jak jego przyjaciel patrzy teraz na mężczyznę i nawet był mu trochę za to wdzięczny, ale nie chciał, by wspominano o starszym Sherwoodzie. Samo myślenie o nim bolało, a ten, kto powiedział, że czas leczy rany, chyba nigdy o nim nie słyszał, bo w jego przypadku na pewno to nie działało.
- To jaki masz pomysł?

***

- Nick jest bardzo fajny – stwierdziła Lily, kiedy wieczorem po kolacji leżeli razem na łóżku w pokoju gościnnym.
- Tak? – Jacques uniósł głowę i podparł ją na dłoni, patrząc na nią z zainteresowaniem.
- Mhm. Jest miły i zabawny. Musi być dobrym przyjacielem, co?
- Jest – przyznał szczerze, już dawno zapomniawszy o ich ostatniej kłótni. Zaraz jednak uśmiechnął się cwanie i poruszył idiotycznie brwiami. – Podoba ci się…?
- Co? Nie, daj spokój. – Prychnęła, choć wyglądała na zmieszaną, a jej policzki szybko zaczęły pokrywać się delikatną czerwienią.
Jacques roześmiał się serdecznie i opadł na plecy, naprawdę zadowolony. Obecność Lily była odświeżająca i wpływała na niego kojąco. Wciąż pozostawała świadomość, że Blake był jej bratem, ale mimo to czuł się całkiem dobrze i stabilnie tego dnia, co nie zdarzało mu się często w ostatnim czasie.
- To powiesz mi, o co poszło z moim bratem? – Gdy tylko dziewczyna zadała to pytanie, uśmiech Jacques’a od razu spłynął z jego twarzy. Spodziewał się tego pytania, ale był trochę zawiedziony, że padło akurat teraz.
- Nic. – Wzruszył ramionami. – Wszystko jest w porządku.
- Przecież widzę. Pokłóciliście się? Coś ci powiedział?
Szatyn odetchnął, usiadł, a następnie wstał, przeczesując swoje brązowe włosy.
- Pójdę wziąć prysznic, a ty idź spać. Pewnie jesteś zmęczona po dzisiejszym dniu.
- Jacques…
Chłopak uśmiechnął się z wymuszeniem, podchodząc do drzwi.
- Dobranoc, Lily.
Gdy wyszedł, dziewczyna jęknęła z irytacją i wtuliła nos w poduszkę. Coś wydarzyło się pomiędzy nimi i obiecała sobie, że nie wyjedzie, dopóki nie odkryje prawdy.

piątek, 14 września 2018

Nowy blog

Kochani, dzisiaj pojawiam się z zaskakującą informacją - stworzyłam nowego bloga. Będzie on dotyczył książek (mało oryginalny pomysł, wiem) i ma być moją odskocznią od pisania (mam tu na myśli tylko i wyłącznie pisanie historii), które ostatnio mnie przytłacza. Znajdziecie na nim opinie o książkach, które bardzo cenię i gorąco polecam lub wręcz przeciwnie - szczerze nie znoszę i odradzam. Jeśli uwielbiacie czytać książki i lubicie o nich czytać, to zapraszam! 

P.s. Jeśli chodzi o "Pęknięcia", to przeżywam dłuższy kryzys i nie ma on nic wspólnego z weną, a z samym opowiadaniem. Od razu zaznaczam, że go nie porzucam i zostanie ono ukończone, ale na razie nie sprawia mi takiej radości, jak kiedyś. Mam wrażenie, że katuję tę historię. Cierpliwości, kochani.
Swoimi bolączkami dzielę się na fejsie, więc jak chcecie być na bieżąco, to zapraszam tutaj: Facebook

niedziela, 26 sierpnia 2018

Crossover SPN i HP

Niektórzy z Was pewnie już widzieli informację na fejsie, że jestem w trakcie pisania fanfiction (taki powrót na stare śmieci). To mój pierwszy crossover, o którym myślałam od lat, ale dopiero teraz zdecydowałam się go napisać. Jeśli lubicie Harry'ego Pottera lub Supernatural (a może jedno i drugie), to zapraszam do czytania. Od razu jednak ostrzegam - żadnego kanonu tam nie znajdziecie. To tylko moja szalona wizja, którą postanowiłam w końcu urzeczywistnić.
Opowiadanie nosi tytuł "Tajemnica baru Lawtone" i znajdziecie je na dwóch platformach: SWEEK oraz FANFICTION. Biorę udział w konkursie na SWEEK, więc będę wdzięczna za każde wyświetlenie, ale oczywiście czytajcie, gdzie chcecie, a później dzielcie się swoimi wrażeniami.
Pozdrawiam!
PS. Na komentarze do ostatniego rozdziału "Pęknięć" najpewniej odpowiem w poniedziałek!

czwartek, 16 sierpnia 2018

Pęknięcia - Rozdział 25

Wymęczony, ale jest! Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze i za to, że wciąż tu jesteście i czekacie.
Rozdział jest niesprawdzony, więc za wszelkie błędy przepraszam. Gdy zostanie poprawiony, to po prostu go podmienię ;)
Trzymajcie się!
______________________________________________________________


Jacques obudził się z bólem głowy i ohydnym posmakiem w ustach. Przez chwilę jego ociężały umysł unosił się jeszcze na granicy jawy i snu, a on stawał się jedynie świadom swojego obolałego ciała. Parę minut zajęło mu całkowite rozbudzenie, a kiedy w końcu otworzył oczy i przekręcił się na plecy, gapiąc się bezmyślnie w sufit, wspomnienia z kolejnego wieczoru w klubie i tego, co zdarzyło się po jego powrocie do domu, uderzyły w niego z siłą rozpędzonego pociągu.
Zerwał się z łóżka w tempie, którego pozazdrościłby mu niejeden powieściowy wampir i wybiegł do łazienki. Nawet nie zauważył, że był przy tym całkowicie nagi. Upadł na kolana przy sedesie i opróżnił swój żołądek, w głowie wciąż mając wspomnienia z nocy. Gdy torsje przestały wstrząsać jego ciałem, oparł na chwilę czoło o muszlę klozetową i po prostu się rozpłakał. Był to bezgłośny płacz – wielkie, słone krople spływały po bladych policzkach, a następnie spotykały się na brodzie i skapywały na kolana.
Przed oczami wciąż widział, jak szybko ulega Blake’owi, z jaką łatwością mu się oddaje, nawet przez chwilę nie myśląc o matce, którą teraz naprawdę zdradził. Wciąż pamiętał uczucie ramion mężczyzny owiniętych wokół jego klatki piersiowej; pamiętał jego dotyk, gorące pocałunki, niecierpliwość… Pochylił się nad sedesem i znów zwymiotował.
Gdy w końcu podniósł się z trudem i na miękkich nogach podszedł do umywalki, żeby wypłukać usta, w lustrze dostrzegł brudnego, złamanego trupa. Odwrócił z niesmakiem głowę, nie mogąc patrzeć na swoje odbicie. Brzydził się sobą.
Wypłukał usta i poczłapał pod prysznic. Od razu odkręcił zimną wodę, nie martwiąc się tym, że już czuje gęsią skórkę na całym ciele. Wszedł do kabiny i zadrżał, gdy lodowaty strumień uderzył o jego skórę. Skulił się pod natryskiem, pozwalając wodzie obmyć jego brudne ciało. Czuł łzy, które znów zaczęły spływać mu po policzkach, gdy usilnie starał się nie myśleć o tym, co wydarzyło się między nim a Blakiem. Niestety, nie potrafił tego zatrzymać.
Z gardła Jacques’a wydostał się zduszony dźwięk, gdy język Blake’a utorował sobie drogę pomiędzy jego ustami.
Chłopak jęknął, uderzając pięścią w ścianę prysznica. Nawet przez chwilę nie protestował, od razu ulegając mężczyźnie i oddając mu się w zupełności. Wystarczył głupi pocałunek, by zamienił się w żałosną, skomlącą kupkę, która może jedynie błagać o więcej. Nie wiedział, jak ma sobie z tym poradzić.
Jacques zadrżał, słysząc głęboki, lekko zachrypnięty głos mężczyzny i bez zająknięcia wykonał polecenie. Oparł się dłońmi o ścianę, lekko się przy tym wypinając.
Opadł na kolana i skulił się, wciąż czując lodowate krople uderzające o kark. Podciągnął kolana pod brodę i płakał bezgłośnie, myśląc o tym, jak bardzo żałosny był, skoro dał przelecieć się facetowi, tylko po to, żeby choć przez chwilę skupić na sobie całą jego uwagę. A najgorsze było to, że gdyby drzwi od łazienki właśnie się otworzyły i stanąłby w nich Blake, chcąc, by szatyn mu obciągnął, ten zrobiłby to bez zawahania. Znów nie myślałby o matce, nie zastanawiałby się nad konsekwencjami – opadłby przed nim na kolana i zająłby się jego penisem, najlepiej jak umiał, tylko po to, by znów poczuć, że na tę jedną chwilę istnieje dla mężczyzny tylko on. Jacques myślał, że jeśli tak wyglądała miłość, to on nienawidził tego uczucia najbardziej na świecie.

***

Blake miał wyznaczoną trasę, którą pokonywał każdego ranka, zawsze zaczynając o godzinie siódmej. Najpierw biegł w dół ulicy, później skręcał w lewo, biegł pod górę na niewielkie wzgórze, zbiegał, trzy razy skręcał w lewo i znów biegł ulicą, przy której mieszkali. Pokonanie tej trasy nie zajmowało mu więcej niż czterdzieści minut.
Tym razem było jednak inaczej. Zamiast skręcić na pierwszym skrzyżowaniu – jak zwykle – w lewo, pobiegł prosto, nawet przez chwilę nie myśląc o tym, by się zatrzymać. Biegł przed siebie, chcąc chociaż na chwilę oczyścić umysł z myśli o nastolatku, z którym mieszkał, i o tym, co się między nimi wydarzyło.
Nie patrzył na zegarek, nie włączył też stopera. Biegł przed siebie, aż nie mógł złapać tchu i musiał zatrzymać się przy drewnianym ogrodzeniu, o które oparł się, żeby nie upaść z wyczerpania. Oddychał z trudem, pot spływał mu po twarzy, mokre kosmyki przysłaniały oczy… Otworzył butelkę z wodą i za jednym razem opróżnił niemal połowę. Potrzebował chwili, żeby odpocząć.
Zaklął pod nosem, oparł dłonie na kolanach i rozejrzał się wokół, ale ulica, na której się znajdował, nie była zbyt ruchliwa – może dwa samochody przejechały obok niego, a kilka domów dalej jakiś roznegliżowany dzieciak biegał po podwórku, ganiany przez zdenerwowaną matkę. Blake opadł więc na trawę i oparł się o sztachety, robiąc sobie kilkuminutową przerwę. Gdy mógł w końcu normalnie oddychać, a jego umysł stał się wystarczająco jasny, był w stanie w końcu określić, gdzie się znajduje. Nie była to ulica, którą często przejeżdżał i z pewnością nie znajdował się blisko domu, ale przecież wcale nie spieszyło mu się do powrotu.
Jeśli do tej pory sądził, że sytuacja w domu jest napięta, a to, co dzieje się pomiędzy nim i Jacques’em jest nie do wytrzymania, to nawet nie potrafił wyobrazić sobie tego, co będzie działo się po wydarzeniach z ostatniej nocy. A trzeba mu było przyznać, że wyobraźnię miał sporą. Był w końcu pisarzem.
Najgorsze było jednak to, że nie potrafił czuć takich wyrzutów sumienia, jakie wydawało mu się, że powinien czuć. Oczywiście wiedział, że to, czego obaj się dopuścili, było karygodne i nigdy nie powinno się wydarzyć. Zdradzili kobietę, która była zbyt miła i dobra, by traktować ją w ten sposób. Ale świadomość tego wcale nie sprawiała, że Blake przestał odczuwać… ulgę. Od lat odmawiał sobie spotkań z mężczyznami, próbował całkowicie wymazać tę część siebie i stworzyć trwały, normalny związek z kobietą. Udało mu się z Katherine i naprawdę czuł się przy niej szczęśliwy, ale nie była to pełnia szczęścia. Nigdy nie czuł się przy niej wolny.
Z Jacques’em było inaczej. Od początku chłopak wyzwalał w nim tęsknotę za czymś, czego nie mógł mieć, i złość, bo sam nigdy nie potrafił zdobyć się na taką otwartość jak on. Długo dusił w sobie te uczucia, wmawiając sobie i innym, że bezczelność i arogancja nastolatka to główne powody ich wzajemnej niechęci, ale prawda była taka, że po prostu mu zazdrościł. A później zaczął dostrzegać, że Jacques jest naprawdę interesującą i atrakcyjną osobą. Może miał tylko osiemnaście lat, ale sprawiał, że ludzie do niego lgnęli. Blake wcale nie był wyjątkiem, jak się okazało w trakcie wyjazdu w góry. I po powrocie z wakacji było tylko gorzej.
Lubił kobiety i mężczyzn. Wiedział o tym od dawna. Katherine była piękną i mądrą kobietą. Problem tkwił jednak w tym, że wiążąc się z nią, Blake wciąż nie potrafił poradzić sobie z tym, kim tak naprawdę był. Jacques mu w tym pomógł. Ta ostatnia noc sprawiła, że mężczyzna w końcu poczuł się wolny. I teraz czuł się już gotowy, by budować coś trwałego. Nie wiedział tylko, jak rozwiązać sprawę z nastolatkiem. Nie wyobrażał sobie, by znów mogli normalnie ze sobą rozmawiać. Nie wiedział, czy w ogóle będzie mógł na niego patrzeć, nie myśląc przy tym o jego nagim ciele. Poza tym nie mógł udawać, że nie wie, iż chłopak się w nim zakochał, co tylko pogarszało całą sprawę. Znaleźli się w patowej sytuacji i Blake nie znał sposobu, by z tego wyjść. Mógł tylko przyglądać się wszystkiemu z boku i pozwalać rzeczom po prostu się dziać, czekając na to, dokąd ich to zaprowadzi.

***

- Proszę, powiedz, że się przesłyszałem.
Blake spojrzał na swojego agenta i zarazem przyjaciela. Znali się od lat i rozumieli nie tylko w kwestiach biznesowych i artystycznych. Miał nadzieję, że teraz też tak będzie.
- Nie przesłyszałeś.
- Poczekaj, niech zrozumiem… - Aiden od pięciu minut patrzył na niego, jakby zobaczył go pierwszy raz w życiu i nie dowierzał w to, co widzi. – Tyle lat staraliśmy się utrzymać twoją tożsamość w tajemnicy, nie miałeś spotkań autorskich, nie jeździłeś na targi… I teraz co? Koniec?
Brunet kiwnął głową.
- Dokładnie tak.
- A możesz powiedzieć coś więcej? Bo na razie mamroczesz bez sensu i jestem w stanie uwierzyć, że ktoś z obsługi dosypał ci czegoś do kawy. – Mężczyzna spojrzał z nadzieją na filiżankę. – To by wszystko wyjaśniało…
Blake uśmiechnął się z rozbawieniem, patrząc na swojego towarzysza. Aiden był poważnym, ułożonym czterdziestolatkiem, który wszystko zawsze miał zaplanowane i uporządkowane. W pracy był prawdziwym perfekcjonistą i dbał o to, by żadne wydawnictwo ich nie wyzyskiwało. Długo walczył o utrzymanie jego tożsamości w tajemnicy, więc brunet rozumiał jego reakcję. Nic jednak nie mogło zmienić jego zdania.
- Pseudonim nie miał chronić mojej prywatności. Przynajmniej nie do końca. – Westchnął. – Od początku chodziło o moich rodziców i dobrze o tym wiesz. Ale skoro moja matka przeczytała wszystkie moje książki i najwyraźniej nie jest tak ślepa, jak myślałem, że jest… Zastanawiałem się nad tym od powrotu z Fremont i w końcu podjąłem decyzję.
- Ale po co niszczyć coś, co tak dobrze działa? – Czarnoskóry mężczyzna jęknął błagalnie. – Teraz i tak nic tym nie zmienisz.
- Nieprawda. – Blake uporczywie pokręcił głową, odporny na wszelkie argumenty. – To duży krok w moim życiu. W końcu zaakceptowałem samego siebie i chcę to udowodnić.
- I musisz robić to w taki sposób? – Aiden westchnął, doskonale wiedząc, że nie jest w stanie go przekonać. – Wiesz, ile zajmie to wszystko? I wcale nie będzie przyjemnie. Wywiady, irytujące pytania…
- To nic. – Widząc powątpiewanie na twarzy mężczyzny, pochylił się bardziej do przodu, opierając łokcie o blat stolika. – Posłuchaj. Wiem, że nie będzie przyjemnie i że sprawię ci tym sporo kłopotów, ale sądziłem, że jesteś moim przyjacielem i będziesz mnie wspierał.
- A jestem?
Blake skrzywił się i odsunął. Upił trochę kawy, nie odpowiadając od razu. To pytanie go zabolało.
- A nie jesteś? - Zdecydował się na taką odpowiedź, bo tak naprawdę nie wiedział, co innego może powiedzieć.
- Od kilku miesięcy widujemy się tylko w sprawach zawodowych. Czasem rzucisz coś przelotnie o swoim życiu, ale to tyle. Nie wspomnę nawet o słuchaniu o moich sprawach. – Mężczyzna wyraźnie się zawahał. – Nie wiem, co się z tobą dzieje. Nie jestem ślepy i chciałbym wiedzieć, żeby ci pomóc, ale nic mi nie mówisz. Czy tak wygląda przyjaźń?
Wszystko, co powiedział Aiden, było prawdą i brunet nie miał podstaw, by się z nim nie zgodzić. Od kiedy wrócili z Jacques’em do Chicago, zamknął się w domu i przestał utrzymywać kontakty z wieloma osobami. Mógł tłumaczyć to swoimi problemami z tożsamością i tym, co działo się między nim a chłopakiem, ale wiedział, że to nie wystarczy. Wszystko zepsuł i teraz przyszedł w końcu czas, gdy chciał to naprawić. A zacząć musiał od swojego przyjaciela, którego tak okropnie zaniedbał.
- Zjebałem. Wiem. I mogę jedynie za to przeprosić.
- Ale powiesz mi, co się dzieje? Chodzi o Katherine? Za każdym razem, gdy się z wami spotykałem, wydawała się w porządku, ale…
- Nie. Katherine jest wspaniała. Jest ciepła, miła, wyrozumiała… - Myśl o tym, jak wyjątkowa była jego narzeczona, znów przywiodła wyrzuty sumienia. Po raz kolejny utwierdzał się w przekonaniu, że nie był jej wart. – To ze mną jest problem.
- Ale powiesz w końcu, co się dzieje, czy będziesz tak kluczył? – Aiden powoli zaczynał się irytować. – Od kilku miesięcy cię nie poznaje. Zachowujesz się zupełnie inaczej, jakbyś ciągle żył w innym świecie. A twoja najnowsza książka… Obaj wiemy, że nie jest to najlepsza powieść, jaką napisałeś. Nie, nie przerywaj mi. Mam wrażenie, że siedzi przede mną inny człowiek. To wszystko przez ten ślub? Nie chcesz go? Co się dzieje?
Blake kiwnął głową, przywołując kelnerkę.
- Obiecuję, że wszystko ci opowiem. – Spojrzał na swojego przyjaciela, który nawet teraz, po tych miesiącach ciszy z jego strony, wydawał się szczerze zaniepokojony. – Ale musimy znaleźć inne miejsce. Na trzeźwo nie dam rady.

***

Jacques spędził w pokoju pół dnia, wychodząc jedynie do toalety. Ssanie w żołądku było męczące, ale nie na tyle, by nie potrafił tego przetrzymać. Leżał na łóżku w samych majtkach i tak naprawdę robił niewiele poza bezmyślnym gapieniem się w sufit. Mógł szukać jakiegoś zajęcia, które przynajmniej na chwilę oderwałoby jego myśli od nocnych wydarzeń; mógł próbować po raz kolejny uciekać w sztukę… Nic takiego jednak nie zrobił. Wciąż zadręczał się myślami o tym, jak skrzywdził matkę, wyobrażał sobie jej reakcję, gdy prawda wyjdzie na jaw, rozmyślał o jej ślubie z Blakiem… Zastanawiał się, czy ta noc w ogóle cokolwiek zmieniła; czy Blake miał takie same wyrzuty sumienia jak on. A może po prostu zaliczył go i teraz wszystko miało wrócić do dawnego porządku, jeszcze sprzed ich wyjazdu w góry? Potrafił wyobrazić sobie wszystko, ale nie jego relacje z mężczyzną. Nie miał pojęcia, co może się wydarzyć, kiedy w końcu staną twarzą w twarz. Nie chciał tego.
Gdy usłyszał pukanie do drzwi, był przekonany, że to jego matka przyszła kolejny raz zawołać go na śniadanie (albo obiad, bo było już po południu).
- Nie jestem głodny! – krzyknął, mając nadzieję, że Katherine nie wejdzie do środka. Nie potrafiłby spojrzeć jej w twarz. Jeszcze nie teraz. Było na to za wcześnie. Mógł tylko wyobrażać sobie, jak bardzo kobieta go znienawidzi, gdy dowie się o wszystkim. Jego ojciec miał rację – był najgorszym synem na świecie.
Pomimo jego krzyku, drzwi otworzyły się, ale nie stanęła w nich Katherine. Nie stanął w nich nawet Blake, czego Jacques skrycie się obawiał.
- Co ty tutaj robisz?
- Przyniosłem ci kanapki, bo twoja mama mówiła, że nic nie jadłeś. – Nick uniósł talerz ze wspomnianymi kanapkami, wchodząc do środka bez zaproszenia. Gdy zamknął drzwi, wbił wzrok w podłogę, najwyraźniej nie wiedząc, co zrobić.
Szatyn usiadł, wcześniej podsuwając sobie poduszkę pod plecy, i spojrzał na swojego, dotychczas najlepszego, przyjaciela. Sam też nie wiedział, co zrobić. Nick był ostatnią osobą, jakiej się teraz spodziewał w swoim pokoju.
- To podasz mi je, czy będziesz tak stał? – zapytał w końcu, bo ssanie w żołądku stało się nagle znacznie bardziej dokuczliwe, gdy dostrzegł pysznie wyglądające kanapki z serem i sałatą.
- Um, tak, jasne. – Nick odchrząknął i zbliżył się do łóżka, podając mu kanapki. – Czemu nic jeszcze nie jadłeś?
- A ty czemu przyszedłeś? – odpowiedział pytaniem na pytanie, unosząc brew. Był nastawiony dosyć wojowniczo w stosunku do drugiego chłopaka, choć tak naprawdę nie miał siły na żadne kłótnie.
- Zerwałem z Mary.
- Acha. I co mi po tej informacji? – Nie potrafił powstrzymać złośliwości. Nie mógł tak po prostu zapomnieć o tym, że przyjaciel odsunął się od niego w momencie, w którym najbardziej go potrzebował. I że wybrał dziewczynę, którą znał od kilku tygodni, zamiast przyjaciela, którego znał prawie całe swoje życie.
- Przyszedłem przeprosić. – Chłopak spuścił głowę, a jego długie włosy przysłoniły mu niemal całą twarz. – I prosić o wybaczenie. Zachowałem się jak idiota i wiem, że niczym nie mogę tego usprawiedliwić, ale nie chcę stracić najlepszego przyjaciela.
Jacques westchnął i odstawił talerzyk na szafkę nocną. Nie mógł przecież jeść, gdy Nick postanowił przyjść i przeprosić.
- Ja… nie wiem. Nie rozumiem, dlaczego to zrobiłeś.
Brunet odsunął włosy z twarzy, a jego mina wyrażała takie cierpienie, że serca szatyna od razu zmiękło i był gotów wybaczyć mu już teraz, w tej chwili.
- Kiedy zapytałeś po tym pocałunku, czy wszystko w porządku, odpowiedziałem, że tak. Skłamałem. Nic nie było w porządku.
- Co? – Jacques zamrugał, nie spodziewając się takich słów ze strony przyjaciela. Od razu też przypomniał sobie swoje idiotyczne zachowanie, co znów mocno go zawstydziło. Wątpił, by kiedykolwiek przestał czuć zażenowanie na myśl o tym pocałunku.
- Byłem zdezorientowany. Zawsze sądziłem, że jesteśmy tylko przyjaciółmi i granice w naszej relacji są od początku wyraźnie wyznaczone, a ty nagle wyskoczyłeś z czymś takim i zupełnie nie wiedziałem, co myśleć. Oczywiście część mnie wiedziała, że zrobiłeś to przez Blake’a… - widząc minę szatyna, szybko przeszedł dalej – ale druga… Pomyślałem, że możesz jednak mieć coś do mnie i się przestraszyłem. Wiem, to głupie, ale naprawdę byłem wtedy skołowany, a twoja kłótnia z Mary wydarzyła się dzień później i to po prostu mnie przerosło…
- Mogłeś mi o tym powiedzieć. – Jacques zamrugał, z zaskoczeniem wyczuwając wilgoć pod powiekami. W ostatnim czasie płakał tyle, że wydawało mu się, iż zdążył już pobić swój rekord z dzieciństwa. – Ale zamiast tego kazałeś mi spadać. I wypaplałeś wszystko Mary. Przecież wiem, że się domyśliła. Niedługo cała szkoła będzie mówić o tym, że lecę na narzeczonego matki.
- Mary nikomu nie powie.
- Nie wiesz tego, Nick – wymamrotał, ukrywając twarz w dłoniach. – Zerwałeś z nią. Nie masz pojęcia, co zrobi.
Zapadła cisza. Jacques robił wszystko, żeby znów się nie rozpłakać, a brunet z dużą dozą niepewności zbliżył się jeszcze bardziej do łóżka i na nim usiadł.
- Pożałowałem tego w chwili, w której to powiedziałem. Naprawdę. – Przyłożył dłoń do klatki piersiowej, jakby przysięgał. – Ale za bardzo się wstydziłem, żeby przyjść od razu i przeprosić. Czekałem na odpowiedni moment, ale dni mijały i… Sam wiesz, jaki potrafię być głupi.
- Wiem. – Jacques pokiwał głową, bo wszystko to, co powiedział Nick, wydawało mu się szczere. Wiedział, że to go nie usprawiedliwiało, ale wciąż miało sporo sensu, a on nie potrafił dłużej się na niego gniewać. Za bardzo go potrzebował. – Musisz mi obiecać, że nigdy więcej żadna laska nie stanie między nami.
- Ani żaden facet.
- Ani żaden facet – powtórzył, rozkładając szeroko ramiona. – Chodź tutaj.
Gdy szatyn w końcu poczuł, jak przyjaciel go obejmuje, łzy same spłynęły po jego policzkach. Uśmiechnął się w ramię chłopaka, robiąc to chyba po raz pierwszy tego dnia, i przyciągnął go jeszcze bliżej, niemalże wspinając mu się na kolana. Bez niego czuł się bardzo samotny, a teraz… teraz jeszcze bardziej niż wcześniej potrzebował kogoś, kto po prostu przy nim będzie.
- Tęskniłem za tobą – szepnął, opierając policzek na ramieniu drugiego chłopaka.
- Ja za tobą też. – Nick pogładził go na plecach, wtulając twarz w jego skołtunione włosy. – Powiesz mi, co się dzieje? Wyglądasz jak gówno.
Jacques parsknął, wreszcie słysząc swojego prawdziwego przyjaciela.
- I tak się czuję. – Odsunął się i otarł mokre policzki dłońmi. Sięgnął po talerz z prawie nietkniętymi kanapkami. – Ale najpierw zjedzmy. Gdy zacznę mówić… to już pewnie nic nie przełknę.

***

Blake nie mógł tak po prostu odmówić Katherine i powiedzieć, że nie może zawołać jej syna na kolację. Nie miał w końcu powodu, żeby tego nie robić. Dlatego wspiął się po schodach, podszedł do drzwi prowadzących do sypialni chłopaka i po dwóch głębokich wdechach zapukał. Gdy usłyszał ciche „proszę”, nacisnął klamkę i pchnął drzwi, a jego oczy rozszerzyły się na widok, jaki zastał w środku. Jacques leżał na łóżku w samych majtkach, a ślady na jego ciele po wczorajszej nocy były bardziej niż widoczne. Nie był jednak sam. Leżał wtulony w ciało Nicka, który gładził go po plecach i zachowywał się tak, jakby nawet nie zauważył obecności Blake’a.
- Katherine woła was na kolację – powiedział, starając się brzmieć na spokojnego, ale jego oczy prześlizgiwały się po ramionach bruneta owiniętych wokół Jacques’a.
Nie usłyszał odpowiedzi, ale nawet się jej nie spodziewał. Widział przecież, jak szatyn drgnął, gdy zobaczył go w drzwiach. Wyglądał jak przerażone, małe kocię. Ale nie był sam.
Mężczyźnie nie podobało się uczucie, które pojawiło się w nim, gdy zobaczył tę dwójkę razem w łóżku. Nie miał powodu, żeby być zazdrosnym o Jacques’a. Nie powinien być o niego zazdrosny. Przespali się ze sobą, stało się i nie mogli tego odwrócić, ale to nic nie znaczyło. Tylko dlaczego sama myśl o tym, że ktoś inny mógłby dotykać chłopaka, wywoływała w nim taką irytację?
- Powinniśmy gdzieś wyjść. – Wszedł do kuchni i objął kobietę od tyłu w pasie. Musiał wyrzucić obraz Jacques’a z głowy. Poprzedniej nocy wszystko między nimi się skończyło i tak miało pozostać. – Ostatnio siedzimy tylko w domu… Zostawmy chłopaków w domu i spędźmy ten wieczór tylko we dwoje.
- Nick wciąż tu jest? – Katherine odchyliła głowę, opierając ją o ramię mężczyzny.
- Mhm – wymruczał, całując ją w policzek. – Co ty na to?
Kobieta uśmiechnęła się i pocałowała go krótko.
- Daj mi dziesięć minut i możemy wychodzić.
Blake mruknął coś niezrozumiałego, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i odprowadził narzeczoną wzrokiem. Lubił ją i naprawdę chciał zbudować z nią przyszłość. Tylko sam już nie wiedział, czy naprawdę ją kocha.

niedziela, 15 lipca 2018

Kopiejka lub złotówka

Zainspirowana wyczynami naszej reprezentacji na mundialu, napisałam taki oto krótki tekst. Z przymrużeniem oka - odpowiedź na pytanie, które wszyscy sobie zadają, czyli "dlaczego". A dziś już finał i trzymam mocno kciuki za Francję <3
Bardzo dziękuję też za wszystkie komentarze i zapraszam na stronę na Facebooku.
Pozdrawiam!
_____________________________________________________________________


 Opuszczając biuro, w którym przyszło mu pracować, nie spodziewał się, że kilkadziesiąt minut później to właśnie on – rozczarowany życiem trzydziestoletni księgowy – znajdzie się w nieznanym sobie świecie. Zanim to jednak nastąpiło, musiał znosić kibiców z różnych krajów, którzy rozwrzeszczani i zazwyczaj pijani błąkali się po ulicach miasta. Sam nigdy nie interesował się piłką nożną, nie potrafił zrozumieć fenomenu tego sportu, a zmęczenie pracą powodowało, że ci wszyscy wymalowani, roześmiani kibice stawali się idealnym sprawdzianem dla jego samokontroli. 
Tego dnia było wyjątkowo upalnie i Janek czuł, że kołnierzyk przykleił mu się do karku, a po plecach spływały już strużki potu. To wcale nie poprawiało jego parszywego nastroju, gdy wracał do sklepu, żeby kupić pieczywo, o którym zapomniał. Przeklinał przy tym w myślach swoje szczęście, gdy znów trafił na rozśpiewaną grupę. Choć dostrzegł biało-czerwone barwy swoich rodaków, wcale się nie uśmiechnął, a nawet skrzywił, wyczuwając doskonale mu znany zapach piwa. Naprawdę miał już dość pijaków na ulicach i tego cholernego mundialu, który nigdy nie powinien odbyć się w Rosji. 
Gdy minął grupę pomalowanych mężczyzn, coś mignęło na chodniku przed nim. Uśmiechnął się pod nosem, dostrzegając monetę, od której odbijały się promienie słońca. Nie wiedział, czy była to kopiejka, czy może jakaś złotówka, która wypadła przechodzącym przed chwilą Polakom, ale i tak postanowił pochylić się, żeby ją podnieść, bo podobno znalezione monety zawsze przynoszą szczęście. A przynajmniej tak mu powtarzano w dzieciństwie. Schylił się więc, podnosząc błyszczącą monetę, i właśnie wtedy ktoś wpadł na niego od tyłu, przez co Janek wylądował na kolanach, boleśnie je przy tym obijając. Rzucił „kurwą” pod nosem, nim zobaczył przed sobą wyciągniętą dłoń. Chwycił ją i pozwolił się podnieść, dopiero po chwili dostrzegając twarz mężczyzny, który najpierw go przewrócił, a później postanowił mu pomóc. 
- Lewandowski? 
Nawet on nie był takim ignorantem, by nie kojarzyć tego piłkarza, choć jego zainteresowanie piłką nożną było bliskie zeru. Nie słyszeć jednak o Lewandowskim, to prawie jak nie słyszeć o Messim, czy Ronaldo. Tym bardziej był w szoku, rozpoznając słynnego Polaka w osobie, która na niego wpadła. Zanim jednak zdążył powiedzieć coś jeszcze, podziękować za pomoc, a może poprosić o autograf (przecież nie miało znaczenia, że nawet nie lubił tego sportu), jego wzrok przykuł dziwny blask. Zamrugał, patrząc na podniesioną przez siebie monetę, która wcale nie była kopiejką, czy złotówką. Tak naprawdę nie potrafił powiedzieć, co trzymał w dłoni. 
- Co do cholery…? 
Spojrzał jeszcze raz na tę znaną z reklam twarz, nim poczuł, jak kręci mu się w głowie, a wszystko spowijała ciemność. 

***

Janek obudził się z bólem głowy. Przekręcił się na lewy bok, zrobił cierpiętniczą minę i po kilkudziesięciu sekundach otworzył oczy. Promienie słońca od razu zaatakowały jego źrenice, przez co wydał z siebie niezadowolony dźwięk i przykrył twarz ramieniem. Dłuższą chwilę zajęło mu zrozumienie, że w jego sypialni nigdy nie było tak słonecznie. 
Usiadł gwałtownie, rozglądając się po nieznanym sobie pomieszczeniu. Łóżko, pościel, ogromna szafa z lustrem, szklany stolik… Nie zajęło mu dużo czasu zrozumienie, że najprawdopodobniej znajduje się w hotelu. Tylko zupełnie nie potrafił sobie przypomnieć, co on w nim robił. 
Pamiętał, że dzień wcześniej wyszedł z pracy, wstąpił po drodze do sklepu spożywczego, ale zapomniał kupić chleb, więc wrócił, a później… Czarna dziura. Jakby ktoś wyrwał mu kawałek wspomnień. 
Ukrył twarz w dłoniach, usilnie starając się coś sobie przypomnieć, ale bez skutku. W jednej chwili znajdował się w drodze do sklepu, a w drugiej budził się w łóżku, w nie najtańszym, z tego co zdążył zauważyć, hotelu. A przecież nawet nie było go stać na takie noclegi, bo jeszcze nie dostał wypłaty za ostatni miesiąc. 
Rozejrzał się bezradnie po pomieszczeniu, szukając swojego telefonu, ale nigdzie go nie widział. Zaklął pod nosem, odrzucił kołdrę i już był jedną nogą za łóżkiem, gdy nagle coś go powstrzymało. Zamrugał, gapiąc się bezmyślnie na nogi, które… nie były jego. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek je depilował, a nawet jeśli zrobiłby to w czasie którego nie potrafił sobie przypomnieć, to nadal nic by się nie zgadzało. Janek nigdy nie był szczególnie umięśnionym mężczyzną, a już na pewno nie miał mięśni, które wskazywały na codzienne treningi. 
Wyciągnął przed siebie dłonie, dopiero teraz zauważając, że tutaj też nic się nie zgadzało. Dłonie były trochę większe, z dłuższymi, nieco krzywymi palcami. I z pewnością były bardziej opalone niż jego blada, cienka skóra. Kręcąc chaotycznie głową, jakby chciał obudzić się z koszmaru, wygrzebał się spod kołdry i wciąż lekko otumaniony widokiem opalenizny oraz mięśni, których przecież nigdy nie miał, stanął przed lustrem. Jedno szybkie spojrzenie na swoje odbicie i z jego gardła wyrwał się głośny okrzyk. Zachwiał się przy tym i byłby upadł, ale w ostatniej chwili złapał równowagę, szaleńczo machając przy tym ramionami. Zrobiło mu się słabo. 
Drzwi znajdujące się po lewej stronie otworzyły się gwałtownie, a do pokoju wbiegł wysoki, czarnowłosy mężczyzna. 
- Robert?! Wszystko w porządku?! 
Janek otworzył usta i zaraz je zamknął, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Kiwnął powoli głową, gapiąc się bezmyślnie na nieznajomego. 
- Na pewno? – dopytywał brunet, patrząc na niego z niepokojem. – Krzyczałeś… 
- T-tak… - wykrztusił w końcu, zaskoczony brzmieniem swojego głosu. – Po prostu… Eee… Pająk. 
- Pająk? – Nieznajomy patrzył teraz na niego jak na idiotę. 
- Tak. – Janek pokiwał entuzjastycznie głową. – Ale już po problemie. Zabiłem go. 
- A-aha. – Ciemnowłosy mężczyzna uśmiechnął się wymuszenie, wciąż gapiąc się na niego, jakby zobaczył kosmitę. – Dobrze się czujesz? 
- Tak. – Janek znów kiwnął głową, wyginając wargi w sztucznym uśmiechu. – Czuję się doskonale. 
- To… dobrze. – Nieznajomy wskazał kciukiem na drzwi. – Niedługo śniadanie. Zejdziesz ze mną i z Grosikiem? 
- Eee, jasne. Daj mi dziesięć minut. 
Uśmiech spłynął z twarzy mężczyzny, gdy tylko został sam. Odetchnął głęboko, wciąż czując się tak, jakby został uderzony jakimś mocnym przedmiotem w głowę. To przecież musiał być sen, a on powinien zaraz obudzić się we własnym łóżku, z własnym, przeciętnym, bladym ciałem. Ludzie nie zamieniali się ot tak w innych ludzi. A już na pewno nie w znanych na całym świecie sportowców. 
Spojrzał raz jeszcze w lustro. Z drugiej strony mrugał do niego nie kto inny jak sam Robert Lewandowski. 

*** 

- Jak się masz, kapitanie?! 
Janek poczuł tak silne uderzenie w plecy, że aż go zarzuciło do przodu. Nie wywrócił się jednak, ku własnej radości, a jedynie potknął. Odchrząknął, spoglądając na chłopaka, który szczerzył się do niego radośnie. Odpowiedział niepewnym uśmiechem na błysk jego lśniących zębów, udając, że go rozpoznaje. Domyślał się, że to musiał być jeden z zawodników polskiej reprezentacji, ale on nie znał nikogo poza Lewandowskim. 
- Świetnie! 
- Wygramy dziś, nie?! 
Janek pokiwał entuzjastycznie głową, choć na samą myśl o zbliżającym się meczu robił się chory. Samo przyzwyczajenie się do innego ciała, nieznane miejsce, obcy ludzie… A do tego polska reprezentacja grała dziś swój pierwszy mecz z Senegalem. A on był kapitanem, a raczej znajdował się w ciele kapitana. I co najgorsze, wciąż nie mógł się obudzić. 

***

Trening był okropny. Wszyscy patrzyli na niego, jakby widzieli go po raz pierwszy (i trochę tak było), a on czuł, że z każdą chwilą robi z siebie coraz większego idiotę. Próbował się dostosować, bo przecież nie mógł tak po prostu odmówić i nie grać, ale jego ostatni kontakt z piłką nożną miał chyba miejsce jeszcze w szkole, a to było naprawdę dawno temu. Nic nie rozumiał, nie wiedział, co się dzieje wokół niego i wciąż był zdezorientowany tym, co się wydarzyło. Za sukces uważał to, że jeszcze nie zwariował. Albo zwariował i właśnie znajdował się w szpitalu psychiatrycznym, a to było jedno z urojeń jego szalonego umysłu. Nie wiedział. 
- Robert, mogę cię prosić?! 
Janek spojrzał na trenera drużyny – Adama Nawałkę, jak się dowiedział – a następnie na innych zawodników. Niektórzy z nich wciąż patrzyli na niego ze zdumieniem, w szczególności ci najmłodsi. Nie dziwił im się. Dla nich był Robertem Lewandowskim, który zapomniał, jak kopać piłkę. Żaden z nich nie wiedział, że był tylko Jankiem, który chciał jedynie wrócić do swojego szarego, przeciętnego życia. 
Podbiegł do trenera, próbując wyglądać na wyluzowanego, ale po minie mężczyzny wiedział już, że mu się nie udało. 
- Dobrze się czujesz? – Z głosu trenera można było wychwycić zaniepokojenie i nie było w tym nic zaskakującego, skoro jego najlepszy zawodnik zachowywał się bardzo dziwnie w tak ważnym dniu dla reprezentacji. – Nie wyglądasz najlepiej… 
- Tak. – Janek nie liczył już, ile razy odpowiadał dziś na to pytanie i ile razy kłamał. – To tylko lekki stres. 
Starszy mężczyzna pokiwał głową, choć jego niewyraźna mina wiele mówiła o tym, co  tak naprawdę myśli. 
- Rozumiem. Każdy się stresuje. Ale jesteś kapitanem, tak? Musisz dawać przykład. 
„Ale ja nie chcę dawać przykładu” – pomyślał z irytacją. – „Chcę odzyskać swoje ciało, wrócić do domu i już nigdy więcej nie mieć nic wspólnego z piłką nożną”
- Postaram się, trenerze. 
Chyba żaden z nich w to nie uwierzył.

***

Choć ostatni gwizdek zabrzmiał już jakiś czas temu, to Janek wciąż stał na murawie, gapiąc się bezmyślnie pod nogi. Wiedział, że nie był w stanie nic zrobić; że nie mógł grać tak, jak od niego odczekiwano, bo po prostu nie umiał, ale i tak był zawiedziony. Czuł, że rozczarował całą drużynę i kibiców. Od samego początku był jednak pewien, że tak to się skończy. Nie miał złudzeń. 
Cały mecz był dla niego koszmarnym przeżyciem i nigdy nie chciał już tego powtarzać. Zupełnie nie wiedział, co robić, gdzie stać, jak podawać. Miotał się po boisku, próbując obserwować piłkę i robić COKOLWIEK. Niestety, bez większych rezultatów. 
Gdy w końcu uniósł głowę i rozejrzał się po boisku, doszedł do interesującego wniosku. Choć nie znał się na piłce nożnej i w życiu widział może ze dwa mecze w całości, to w trakcie gry odniósł wrażenie, że większość zawodników zupełnie nie wie, co powinna robić. I teraz, stojąc na środku murawy i patrząc na te smutne, zdezorientowane twarze, pomyślał, że może nie tylko on miał takiego pecha; może nie tylko on trafił na dziwną monetę, która przeniosła go w ciało sławnego piłkarza. I to tłumaczyłoby wszystko.